12/31/2014

9. ... and a Happy New Year

Powiem tak. Zupełnie zapomniałam, że dziś jest Sylwester. Dzień zaczął się poranną kłótnią o to, kto ma pójść zarejestrować dziecko do lekarza, bo ma kaszel. Ja nie pójdę, to chyba oczywiste skoro rownież jestem chora i Antek jest niestety chory przeze mnie. Tatusiowi korona z głowy nie spadnie jak pójdzie. To poszedł. Łaskawie. 
Mam powoli dosyć tych bezsensownych sprzeczek, kto powinien, a kto nie, kto jest lepszym, a kto gorszym rodzicem. Wydaje mi się, że oboje jesteśmy rodzicami tak samo i taki sam powinien być podział obowiązków. W nocy budzę się kilka razy na karmienie, nie jestem w stanie nakarmić Antosia raz a porządnie, bo przysypia. Jeszcze zmienić pieluchę, jeszcze utulić, ponosić i pocałować. I tak się dzieje, że pół nocy nie śpię. Wstaję około 8-9, bo jestem teraz na etapie ustawiania swojego zegara biologicznego. Nie wiem czy to do końca działa kiedy w nocy są co chwilę pobudki ale mimo zmęczenia fajnie jest wstać wcześniej, wypić cieplutką, słodką kawę w największym kubku, włączyć komputer, który nie jest mój i nie wolno mi go ruszać ale co tam! Przecież jest wcześnie i mam kilka wolnych godzinek zanim właściciel wstanie i mi go zabierze.

W międzyczasie podczas pisania tego posta skoczyłam z Antkiem do lekarza. To tylko 5 minut drogi stąd. Pierwsze co zwróciło moją uwagę kiedy wyszłam z domu, to ku zdziwieniu nie temperatura ale nieodśnieżone chodniki. Z wózkiem przez góry śniegu? Masakra! Ale dojechaliśmy, poczekaliśmy w spokoju w poczekalni, dostaliśmy receptę na kropelki i syropek i wróciliśmy do domu. 
Mały nakarmiony, przewinięty, ulany, przebrany, spędza czas z tatą, a mama gotuje wodę na pyszną kawę, nareszcie! 

Wracając do tematu Sylwestra. Ja spędzę go najpewniej bez fajerwerków, wypasionego żarcia, przystawek, alkoholu, imprezy, ludzi i cholera wie co jeszcze. Po prostu zapomniałam. Nawet nie chce mi się. Spojrzę przez okno, porobię fotki i jak co dzień, pójdę spać, bo mój zegar biologiczny.
Jak każdy mam też kilka postanowień noworocznych. Przede wszystkim odstawić słodycze i pić więcej wody, na pewno dzięki temu będę czuła się lepiej. Druga rzecz to powrót na basen dwa razy w tygodniu i podjęcie przysiadowego wyzwania. Zobaczymy czy taki leń jak ja ze słomianym zapałem podoła.  
Wam życzę w Nowym Roku  przede wszystkim szczęścia, bo bez szczęścia wszystko jest bez sensu, szare, ponure i smutne. Powodzenia w spełnianiu marzeń, których każdy ma na pewno kilka. Zdrowie też jest ważne, bez zdrowia można dążyć do swoich marzeń i być szczęśliwym ale niekoniecznie będzie to wszystko stuprocentowe i będzie jakieś takie "wolniej działające". Dużo chęci i energii do życia każdego dnia. Zawiązywania wspaniałych nowych więzi, dalszego pielęgnowania przyjaźni, miłości w związkach. Niewiele problemów, trochę zawsze musi być, żeby uczyć się życia, ale co za dużo to nie zdrowo. Zero łez, chyba, że tych ze szczęścia, pieniędzy, bo kasa zawsze się przyda, oj tak. Dla tych którzy chcą - zajebistych imprez, zabawy, alkoholu i innych zachcianek, z umiarem, pamiętajcie. Chwil uniesień, cudownych momentów i tego przyjemnego uczucia w sercu jak najcześciej. Po prostu życzę Wam czego tylko chcecie i jeszcze więcej! Szczęśliwego Nowego Roku.



Follow my blog with Bloglovin

12/28/2014

8. Merry Christmas...


Wczoraj skończył się piąty dzień najpiękniejszego i najbardziej radosnego okresu ostatnich 9 miesięcy. W poniedziałek z samego rana o godzinie 7 przyjechała moja mama z bratem. Czekałam na to już nawet nie wiem jak długo. Nareszcie mogłam ich przytulic, spojrzeć w oczy podczas rozmowy i na drodze nie spotkać ekranu komputera. Wszystko było prawdziwe. Jeszcze kilka miesięcy temu nie mogłam sobie wyobrazić, ze będziemy mieć swoje mieszkanie a co dopiero przywitać w nim gości! Czekały na nich piękne prezenty ale jeszcze piękniejsze przywieźli ze sobą. Byłam oczarowana widząc upominki od mamy i taty. Jeszcze długie tygodnie przede mną pełne wspominania tych długo oczekiwanych kilku dni. Oprowadziłam mamę i brata po całym miasteczku, pokazałam im Dunaj, zrobiliśmy zakupy i dziesiątki zdjęć! Teraz zaczynam odliczać dni do marca, bo tym razem to my odwiedzimy Piłę.


Wczorajszy dzień trochę sprowadził mnie na ziemię. Zdałam sobie sprawę, ze bez bliskich nie potrafię by szczęśliwa. Wyjadą i znów wróci rutyna, nerwy, płacz i kłótnie. Mama mówi, żeby się nie smucić, ze mam obok siebie swoje dwa szczęścia i po prostu trzeba przetrwać ten trudny okres. Niedługo znowu się zobaczymy. No ale mimo wszystko wczoraj smutek wygrał. Trudno było pożegnać się z nimi mając świadomość, ze przede mną jeszcze kilka trudnych miesięcy. Od rana walczyłam ze sobą, żeby się nie rozkleić i muszę przyznać, ze szło bardzo bardzo ciężko. 
Dopiero teraz, kiedy jest już po fakcie, po wyjeździe z Polski, widzę, jak bardzo rodzina jest ważna, nie znajomi, nie melanż i zabawa. Rodzina. Niby brat denerwuje, komentuje, dzieciak. Mama maruda, czepia się i narzeka. To jednak nie jest istotne. Wręcz niezauważalne, nieporównywalne do tęsknoty i miłości. Dlatego jak masz dość swoich rodziców, cieszysz się z wyprowadzki albo nie możesz się jej doczekać, to tylko Ci się wydaje. Jestem przekonana. Nie mówię tu o jakiś patologicznych rodzinach, tylko o zupełnie normalnych, w których jesteś zbuntowanym nastolatkiem :). Kochasz ich jak cholera, jeszcze do tego dojrzejesz.


Rozmawiałam z mamą na temat ukończenia liceum. Dowiedziałam się, ze oceny z liceum mają swoją ważność, o czym nie miałam bladego pojęcia. Na razie muszę zaliczyć tylko ostatni semestr klasy maturalnej, ale za kilka miesięcy całą klasę a potem całe liceum. Nie podoba mi się raczej perspektywa powtarzania całego liceum na nowej podstawie programowej. Dlatego tez postanowiłam poczytać trochę w necie o nauce eksternistycznej. Niestety taka nauka kosztuje i to nie mało, bo około 400-500 zł za semestr. Napisałam do Zaka czy jest możliwość ukończenia semestru za darmo, ale już mija drugi tydzień a odpowiedzi brak. Na szczęście dostałam cynka od cioci, która podobno załatwiła mi ukończenie szkoły w Nauce w Pile. Musiałabym się stawić w marcu i w maju na lekcji, żeby mieć obecność, ale nie wiem jak to dokładnie ma wyglądać. Wszystkiego dowiem się dziś wieczorem i dam Wam znać. Może kogoś to interesuje.

Zastanawiałam się od kilku dni nad pracą w internecie. Zdaję sobie sprawę jakie kokosy można zebrać po kilku latach takiej działalności, oczywiście opartej na systematyczności i oryginalności. Kanał na YouTube? Banał ale to nie dla mnie. Blog? Może, ale o czym i czy dam radę? Sklep internetowy? Nie wiem, nie wiem, nie wiem. To spory krok w życiu i nie wiem czy to dla mnie. Czy się sprawdzę, podołam ze swoim słomianym zapałem. W sumie jak nie spróbuję to się nie dowiem. Ale jak na razie muszę skupić się na skończeniu szkoły i zdaniu matury. Czas leci a ważność moich ocen nie jest wieczna.

12/17/2014

7. Ogarnę ten temat

Zdaję sobie sprawę z tego, że większość moich wpisów jest przepełniona smutkiem, złością i innymi negatywnymi emocjami ale niestety, tak właśnie wygląda moje obecne życie. Pełne niewiadomych, oczekiwań, przeliczeń. Uśmiecham się patrząc na mojego rycerzyka, ale wolałabym patrzeć na niego w towarzystwie szczerze szczęśliwego taty. Tymczasem muszę zmagać się każdej nocy z krzykami, swoimi, jego i rycerzyka. Patrzeć jak sam nie daje rady, jak odłącza się od nas, sypia sam w pokoju obok. Nic nie zrobię. Pomógł mi zrozumieć, że ze mną można się jedynie kłócić albo przytulać. A on potrzebuje wsparcia, którego nie potrafię mu dać. Skąd mogłam wiedzieć, że oczekuje ode mnie słów otuchy? Sama się zdziwiłam, a jednak, on też jest człowiekiem. Dziwnym, ale człowiekiem. Potrzebuje czasem pomocy jak każdy. Pamiętam jak jeszcze rok temu, kiedy się poznaliśmy postawiłam sobie za cel, być wsparciem, pomocą, lekiem, celem. I zapomniałam? Jak mogłam... Przepraszam. Na prawdę chciałabym być przepełniona pozytywną energią, mieć dużo fajnych planów na siebie, cokolwiek. Brakuje mi takie radości prosto z serca.

To tak na marginesie. Czas urozmaicić trochę treść tych ponurych postów.
W ciągu tego tygodnia wyremontowaliśmy do końca kuchnię, pozbyliśmy się ostatnich mebli po poprzednich właścicielach. Nareszcie czuję się w 100% jak u siebie. Troszkę się pospieszyliśmy i popełniliśmy kilka głupich wpadek w montażu szafek, mam tu na myśli złe zamontowanie uchwytów szafek, które są powieszone na ścianie, bo są po prostu na górze, po drugie źle wycięty blat w miejscu na zlew i niestety zlew się rusza bo nic go nie podtrzymuje, powinien zostać fragment blatu z brzegu :D. Mięliśmy też trochę problemów z kuchenką. Najpierw okazało się, że nie było dołączonego kabla do kuchenki i trzeba było go załatwić. Potem po podłączeniu do prądu padły wszystkie gniazdka w kuchni, a teraz kiedy byłam przekonana, że już wszystko jest okej, okazało się podczas dzisiejszego gotowaniu rosołu, że nie działają dwa palniki po prawej stronie. Cóż.


W poniedziałek po 6 rano, nareszcie po 9 miesiącach rozłąki zobaczę mamę i brata, bo odwiedzają nas na święta! Zostało jedynie 5 dni, a ja jeszcze nie mam prezentów! Kupiłam mamie przez internet ekspres do kawy, bratu buty na wiosnę i obojgu oddaję swojego tableta, ale czekam na przesyłkę już 3 dni od wpłaty pieniędzy i jeszcze nie dotarły. Boję się, że na wigilię prezenty nie dotrą :(. Nadal też nie mamy choinki ani jakichkolwiek ozdób świątecznych, bo deszcz leje od wczoraj, więc z małym nie wyjdę na dwór w taką pogodę, a Seba ma pracę na drugą zmianę w tym tygodniu. Lipa.

Jakoś ogarnę temat i odezwię się, trzymajcie się!


12/10/2014

6. Nie dała rady


Pierdolisz jak stary alkoholik, ja słucham i mnie boli, bo nie wierzę jak można aż tak pierdolić.

Pokłócili się, nie dała rady, a przecież starała się, żeby zobaczył, zmrużył oko, bo przemyślał, bo kocha. Sprzątała całe mieszkanie, uciszała synka, żeby tylko on mógł chwilę pospać. Kilka razy nawet siedziała obok, czekała na cokolwiek, jakiś odzew, że jest okej, albo że chociaż nie jest źle. Ale została opierdolona ostatecznie za to, że go obudziła. Poszedł spać dalej. A ona została sama, a chciała zgody, chciała porozmawiać. Ale nie, bo przecież jest pierdolnięta, chora psychicznie. Więc nie może. Nie dała rady. Chociaż obiecywała sobie, że nie wyjdzie z domu po tym jak urodzi. Nie dała rady. Ubrała czapkę, kurtkę, zabrała słuchawki, klucze i muzykę, tablet. Bo przecież nie widzi nic poza tabletem. Gówno. Wyszła.Od dawna nie ma w nas zwątpienia, dlaczego teraz miałbyś umierać tego wszystkiego nie zaznać.Puściła muzykę.Przetrwasz, zamknij sie słuchaj, patrz. Chwilę jeszcze była cicho, jeszcze panowała nad dreszczami. Bała się, uciekła. Ale teraz była sama, mama nie bedzie szukała, mama nie wie, nikt nie uderzy, nikt nie nakrzyczy. On nie poszuka. Zostawiła ich samych. Czy się przejmie? Pomyśli, że jebnięta czy może jednak się wystraszy? Bedzie się martwił? Nie może wrócić pózniej niż za godzinę. Czy będzie spał? Czy w ogóle zauważył? Tak bardzo pragnie uwagi, pierdolonej miłości, ale z każdym dniem przekonuje się, że miłość nie istnieje. Gówno. Pierdolenie. Nienawidzi swojego życia. Chlebaki, kubeczki, pojemniczki, kurwa. Pieniądze szczęścia jej nie dadzą. Tylko wygoda, tylko ładne mieszkanko. Ale co po tym jak i tak nie zniesie tego mieszkanka? Co z tego, ze wydawanie pieniędzy bedzie kojarzyło jej sie tylko z zapełnianiem pustki w sercu. Siedzi na schodach, słucha dalej tego gówna. Niby gówna ale dobrze prawi ten smok. Co ja mam zrobić, nie lubię ludzi, wiem o co chodzi. Siedzę na ławce, bawię sie telefonem, zaraz przyjdzie ziomek, zajebiemy sie gibonem. Tak bardzo tego chciała, smaku nikotyny, chociaż browar, dwa, trzy, cokolwiek. Uciekała zawsze do tego samego, to dawało rade, to było przyjemne. Ale teraz czyta, sprawdza czy wolno. Nie wolno, bo szkodzi nawet bardziej niż jej. Nie chciała dziecka. Ale nie żałuje, odmówi tego szluga, poczeka kilka miesięcy. Przecież za kilka miesiecy też będą te same problemy, wtedy sobie zajara.
Stul pysk suko. Stul pysk, nie gadaj głupot.  Jest przejebane jak ludzie mają najebane, co siedzi w głowach, słowa wciąż te same powtarzane,  puste jak browar szósty siódmy ósmy zdanie znam je, znam je na pamięć mam je zapisane. Ręce zimne jak lód, dupa też marznie, szwy jej sie przeziębią jeszcze, ojej. Gdyby mogła to strzeliłaby sobie w łeb, niech się pierdolą, niech sobie radzą. Ciekawe co by zrobił. Zachlał czy może nie. Przecież potrzebował ciąży i syna, aż tak wielkiej rzeczy żeby nie pić więcej niż 5 miesięcy. Była od ponad roku, wiedziała ze alkoholizm, ze ryzyko, ze kłamstwa, okazało sie, że jednak bedzie więcej, szatany, kurwy pierdolone, masakra. Ale była, nie odeszła, a chciała nie raz. Kochała wiec nie odeszła. Wiedziała co robi. I co? Musiało być dziecko a i tak jej nienawidzi. A tak chciała KURWA CHCIAŁA! Siedzi i sięga pamięcią do tych smutnych chwil, kiedy chciała zbierać łzy do słoika, tak dużo ich było. Ma wrażenie, że ktoś ją woła, zsuwa słuchawki, omamy już jakieś czy może jednak przesłuchy. Plecy bolą, czy jej synek juz płacze? Czy jej facet już wkurwiony? A gdyby ktoś teraz ją zaatakował, już by nie wróciła, nie przytuliła synka, nie nakarmiła, nie dała buziaka w czółko, co on by pomyślał? Co gdyby sie dowiedział, że jego dziewczyna zaginęła, czy by walczył? Szukał? Kim by się okazał? Tak długo są razem, tyłek przeszli a ona nadal go nie zna. Nie wie co by zrobił. Nie wie. Nie. 


12/07/2014

5. Kłamstwo i hipokryzja


"Ogarnia mnie furia, kiedy mam przed sobą durnia, powie coś i wiem, że w głowie gnój ma, to mnie wkurwia! Po rozmowie to nie człowiek, każda myśl jest wtórna, jak ta kulka we fliperach, kozica po turniach."

Po pierwsze

Nie będę się tym razem nad sobą użalać. Po prostu kurwa nienawidzę kłamstwa i hipokryzji. Chociaż przyznaję, że nie raz byłam hipokrytką, a o kłamstwie nie będę się tu rozpisywać, bo okropna była ze mnie kłamczucha i Ci co mnie znają doskonale o tym wiedzą. Ale przepraszam bardzo! Ile razy zwrócę uwagę, ile razy poproszę, zaznaczę, zawsze jest kurwa źle! "Ty jesteś pojebana, ty masz problemy psychiczne." No tak, bo przecież pielucha z ziemi sama się nie podniesie, a ty tego nie zrobisz, bo korona z głowy ci spadnie. Przyjmij moje przeprosiny, o panie. 
Wczoraj przyszedłeś, przeprosiłeś, okej, poczułam się jak w niebie. Raz. Drugi raz już panu nie wypada przeprosić. Dlaczego mnie wyzywasz od pojebanych, szurniętych, jebniętych i chorych psychicznie kiedy proszę o to, żebyś KURWA MAĆ posprzątał. 
"O co ci kurwa chodzi? Zawsze się mnie czepiasz, a ja zrobiłem naleśniki, zmieniłem małemu pieluchę w nocy, rano posprzątałem". No raczej! Jest weekend więc oczywiste, że nie będę zapierdalać sama, kiedy ty siedzisz na dupie i nie pracujesz. Zrobiłeś naleśniki, ja stoję przy garach trzy razy dziennie, nic wielkiego, zmieniłeś pieluchę, ja zmieniam trzy razy i czterdzieści razy karmię i od dwóch tygodni nie przespałam całej nocy, też mi coś, posprzątałeś? ja sprzątam codziennie. Jestem sprzątaczką, matką, kucharką i pseudo-żoną. Zobacz ile etatów, więc mi tu nie sraj o tym jak się narobiłeś, kochanie.

Po drugie

Mam dość słuchania tego, że załatwiłeś te ważne papiery, że wysłałeś te ważne pieniądze, że już zostały wyśłane i już jutro te ważne rzeczy dotrą do nas, że zapłaciłeś, poszedłeś, zadzwoniłeś, napisałeś, zapytałeś, sprawdziłeś. To, że chcesz to nie znaczy, że zrobiłeś, więc mi tu nie pierdol, bo w takim razie w naszym życiu NIC się nie zgadza. 
Kuchnia miała przyjść w zeszły wtorek, od poniedziałku nie mamy nawet gdzie zrobić kanapkę, bo wszystkie blaty wypierdoliłeś. Ponoć od kilku tygodni wypełniasz formularze na dofinansowanie od państwa na dziecko i mieszkanie. Pieniędzy nadal nie ma. Miałeś zapłacić w sierpniu raty w Polsce, teraz jest grudzień a ja mam dochodzenie na policji za wyłudzenie, a przecież wysłałeś pieniądze. Pizda a nie prawda. 

Po trzecie

"Całe życie siedzisz na tym tablecie", "życie ucieka ci pomiędzy palcami", "masz problem z uzależnieniem od komputerów i tabletów jak twój brat", sranie w banie. Siedzę na tablecie, zabijam czas, czytam blogi, książki, sprawdzam co się dzieje w Polsce, rozmawiam z rodziną, znajomymi. Jak mam to robić bez tableta? Mam siedzieć i oglądać ścianę? Chciałabym zaznaczyć, że zanim ODDAŁEŚ swój telefon nie można było się z tobą w ogóle porozumieć. Cały czas gały wlepione w ekran. Więc mi tu nie pierdol. Nawet jeśli tobie to przeszkadza, mi jest z tym dobrze, siedzę w necie i wiem co dzieje się na świecie. Jak nie muszę, nie chcę czy nie mam możliwości, to nie siedzę z tabletem bez przerwy jak zazwyczaj i też nie jest mi źle, nie przeżywam. To znaczy, że jestem uzależniona od internetu czy nie? Poza tym, kto nie jest w tym wieku? 

Nie pierdol mi tu więcej, bo i tak nic nie zmienisz.

12/05/2014

4. Dawno nie rozmawiałyśmy.


Co tam?

Nie mam kompletnie żadnych chęci na pisanie czegokolwiek. Albo inaczej. Chęci mam ale weny brak. O czym pisać? Szukam inspiracji u Malviny Pe i Potwory ale mają za dużo dobrych tekstów.
No nie potrafię! Spróbuję jednak zrobić mały update mojego malucha. 

Minęły równe dwa tygodnie od porodu. Jest kilka różnic, których się dopatrzyłam, ale nie są to jakieś znaczące różnice. Zacznę od Antosia. Nauczył się płakać! Był kochany, cichutki, milutki, nic tylko schrupać dopóty dopóki nie odwiedziliśmy lekarza pediatry w zeszły wtorek. Wszystko było dobrze do momentu kiedy pani doktor nie zaczęła czyścić mu pępuszka... Ojezu. Od wtedy cokolwiek złego się nie wydarzy, a to mokra pielucha, a to burczy w brzuszku, a to idzie kupa, a to leci bąk, gorąco, zimno, nudno, sam, już nie wystarczy groźne spojrzenie czy westchnięcie pełne niemocy, oj nie. Już każdy kto przez ostatnie dni poznał Antosia wie, jak potrafi krzyknąć. Zwłaszcza w nocy... Ale dajemy radę.
Od poniedziałku chodzimy na spacery, raz po osiedlu, raz do lekarza, raz do sklepu, a jutro robimy Mikołajki i angażujemy trochę tatę w opiekę nad swoim synem i w ogóle w życie. Planuję spacer nad Dunaj ale czy wypali...

Wczoraj byliśmy w sklepie i jakaś Baba Jaga zajrzała nam do wózeczka i zaczęła się niezdrowo
podniecać naszym dzieckiem. Myślałam, że palnę ją w łeb. "Jaaaaki uroczy malec! Ojejku jakie oczkaa, paluszki i usteczkaa! Ile miesięcy ma???" Odwróciłam się, zamknęłam spojrzeniem z serii "milcz stara babo". "Miesięcy? Dwa tygodnie". Wyszłam. Mama mi opowiedziała, że muszę przyczepić w gondoli nad główką Antka czerwoną kokardkę, żeby nikt nie rzucił na niego złego uroku. A jak sprawdzić czy urok został rzucony? Najzwyczajniej polizać jego czoło. Jak będzie słone to sprawdziło się najgorsze. Co zrobić w tym wypadku? Trzy razy splunąć przez lewe i prawe ramię po trzy razy. Wówczas urok został cofnięty. Padłam.

Jeśli chodzi o mnie to w sumie nie czuję się mamą. Zdaję sobie sprawę ale nie czuję. Wiem, że mam maluszka, że jest mój i z nim spędzam najwięcej czasu. Leżymy rażem, śpimy razem, jesteśmy cały czas sami więc raczej oczywiste, że spędzamy razem czas. Muszę powiedzieć, że jestem nawet zazdrosna jak tata zmieńia mu pieluchę czy bierze na ręce, bo mama zrobi to lepiej..

Oprócz takich matczynych odczuć mam jeszcze jedno. W końcu czas leci szybciej, nie męczę się sama ze sobą i nie doskwiera mi samotność. Pomimo, że nie pogadamy sobie o życiu to i tak mam do kogo otworzyć gębę, wyżalić się itd. Nawet jeśli nie rozumie to słyszy mój głos. I to go uspokaja.

A tak poza tym, to nic ciekawego.




12/01/2014

3. Pakt przy dźwiękach głośnika

Był sobie raz pewien świat, niewinna kraina co toczyła się do celu po trupach [...]

Paktofonika. Zanim wyszedł film, słyszałam, nie słuchałam. Po filmie, jakieś tam zainteresowanie, bo kawałki wpadły w ucho. Narodziło się wówczas od cholery "fanów" i fanów Paktofoniki. Należę do tych drugich. Ale prawdziwe znaczenie nabrała, kiedy poznałam (jeszcze wtedy) Jonasa. Ziomek w dredach, zamknięty w swoim świecie, z browarem w ręku. Intrygował mnie. Pierwsze dni chodziłam za nim jak zaczarowana. Imprezy, ludzie, dragi, alkohol, to miało dla mnie znikome znaczenie. Wolałam siedzieć obok niego, odizolowana od reszty, na balkonie, na fotelu i po prostu być. Nie było to dla mnie dziwne, że nic nie mówi, że jest skulony, że nie lubi ludzi. Byłam wtedy taka sama. Pierwsze porozumienie jakie nawiązaliśmy? To było idealne, ten rysunek na ścianie też.
Zażartował. Nazwałam go żartłomiejem. "Kto? No żartłomiej, taki jajcarz, kawalarz. Nie znasz czegoś takiego? Nie. Jajcarz to taki ziomek z lat 90tych, w czapce z daszkiem i koszulce z krótkim rękawkiem, który zarzuca w towarzystwie sucharami. No wiesz taki jajcarz. A kawalarz? Z kolei kawalarz to taki wyrafinowany gentleman, w meloniku, z fajką i wąsem [...]. Dokładnie! Wyobraź sobie, że wszyscy spotkają się w dworze z "Pana Tadeusza". 
Co zrobiliśmy? Stworzyliśmy wspólne wyobrażenie dworu i umieściliśmy go na ścianie. To był pierwszy rysunek, później właśnie do dźwięków Paktofoniki rysowaliśmy po wszystkich ścianach, drzwiach. Czasem przychodziłam, a na ścianach pojawiały się Jego myśli, teksty, żale. To było jak spowiedź. Nienawidził świata, swojego życia. Poznawanie Go było ogromnym wyzwaniem. 

Co do tego ma Paktofonika? Jonas utożsamiał się niesamowicie z Magikiem. Opowiadał, tłumaczył jego teksty. On po prostu nie dał rady, ale to przestroga dla pozostałych "nie poddawajcie się, walczcie". Sam przeżył piekło, które zmieniło jego postrzeganie świata i ludzi. Każdego dnia musiał uporać się z TYMI myślami atakującymi jego biedną głowę. Kłamstwa, którymi obarczał mnie od pierwszych dni naszej znajomości zmuszały mnie do tego, bym szukała go po lasach, osiedlach, klatkach, blokach, piwnicach. Gdzie jesteś? Nie daję rady, już się nie zobaczymy, jestem w lesie, a na szyi mam linę, przepraszam. Mam jedną pierdoloną schizofrenię, zaburzenia emocjonalne proszę puść to na antenie. A gdzie był? Siedział gdzieś schowany, albo w domu, albo gdzieś blisko i pisał smsy. Dlaczego? Życie nasze składa się z krótkich momentów, cudownych chwil czy przykrych incydentów. Nie wiem czy to była zabawa moimi uczuciami, pijackie zagrywki czy może coś czego sam nie potrafił wytłumaczyć. W każdym razie, trzeźwiejąc wszystkie takie wspomnienia ulatywały... Dbam, by chwile ulotne jak notka, nie uleciały jak ulotna plotka w niepamięć. 

Ale bywały też momenty kiedy wracał do "żywych" i opowiadał o levelach. O ludziach. Kto jest gdzie, kto jest kim i jakie są jego wartości. Tylko jedynie czasami pomiędzy levelami, myślami, zajmuję się rzekami za plecami. Do pierwszej grupy zaliczali się ci najbardziej małostkowi, szara masa, życie ciągłym schematem (pobudka, kawa, praca, obiad, telewizja, sen). Do drugiej grupy włączają się ci bardziej ogarnięci, czasem zarzucą jakimś żartem, w każdym razie nie są tak bardzo przyziemni. W trzeciej grupie znalazłam się ja, nie wiem kto jeszcze, ale na pewno ludzie, którzy mogą mieć problemy psychiczne albo po prostu rozumieją więcej i myślą więcej. Czwarty poziom poznałam dwa, może trzy razy. Próbowałam wówczas zrobić coś głupiego, pocięłam ręce i z krwią wszędzie chodziłam po mieszkaniu i śmiałam się jak wariatka, to był pierwszy raz. Drugi raz krzyczałam, wyrywałam włosy z głowy i popadłam w chwilowy obłęd. Zrozumiałam, że na czwarty level nie jestem jeszcze gotowa. Jak się tam dostałam? Jonas zaczął wmawiać mi okropne rzeczy, które uderzyły mnie tak głęboko, że nie wytrzymałam. "Na piątym jest Bóg" czyt. zabijesz się to będziesz na piątym. Tyle. Przetrwasz, i ani mi nie mów, że nie mam takich problemów, bo to bajeczka dla dziecka. To jest tak. Mamy po 20 lat, wartości młodości zdmuchnął wiatr, więc koleś spadł. 

Dziękuję Bogu za to, że dał mi szansę, by poznać takiego człowieka. Zmienił moje postrzeganie i dzięki niemu zrozumiałam, jak żyć i jak traktować ludzi, by być dobrze traktowanym. Jak nie być głupim. Już kiedyś pisałam co ukształtowało jego psychikę (171). 

Najpierw cię lekceważą, potem się z ciebie śmieją, potem z tobą walczą, a na końcu wygrywasz.


Rodzina nie ma wzoru dla syna, to jest fakt. Bydlak spadł z siłą meteoru, finał. To nie brak wyboru, to był brak honoru w czynach. To nie tak, że był sam, bo to był brat, był jak rodzina. To był skład, który jak lawina pokonywał mury. Został ślad na kartach kultury, jest mi zioma brak. To był znak, każdy samemu go odczytał.

Mogłabym tak pisać i pisać i tłumaczyć, opowiadać, wspominać i dodawać. Ale po co? Kiedy to i tak za mało..


11/28/2014

2. Niczego nie żałuję

Takie widoki z rana mogę mieć już do końca życia, ale nic nie trwa wiecznie. Maluszek stanie się kiedyś mężczyzną i wiem jedno na pewno. Że to będzie jedyny mężczyzna, o którego zawsze będę walczyć. Już mam przed oczami wizję tego, jak zaczyna raczkować po domu, póżniej będzie biegał, zimą jeździł na sankach, a jesienią zbierał liście i kasztany, z których powstaną piękne ludziki. Latem będziemy jeździć nad jezioro i pływać w wodzie na dmuchanych krokodylach, a wiosną będziemy we trójkę jeździć rowerami. Będziemy wysyłać dziadkom kartki świąteczne i laurki na urodziny. 

Teraz nie ma dla mnie znaczenia to, co działo się jeszcze rok temu. Było, minęło. Matura? Kiedyś będzie na to czas, jestem przecież młodą mamą! Te wszystkie spóźnienia na lekcje, jedynki na wywiadówkach, odpowiedzi z biologii i stanie przy tablicy całą lekcję matematyki w stresie, fajka na przerwach, wypracowanie z historii. Jakie to wszystko jest nieważne! Ktoś się zapyta, czy gdybym mogła, cofnęłabym czas i poprawiła te błędy, które popełniłam w życiu? Nie, bo kim byłabym teraz? Skąd wiedziałabym to wszystko co wiem? Co z tego, że ktoś by mi powiedział i wytłumaczył. Ten kto mnie zna, wie, że należę do osób, które popełniają jeden błąd tysiąc razy, aż nie dopadną mnie prawdziwe konsekwencje. 

Od czwartej klasy podstawówki wagary, spóźnienia i lenistwo. W rezultacie brak matury i wydalenie z ostatniej klasy liceum. Oszustwa, kradzieże i przekręty. Oczywiście nie jest teraz łatwo z tym żyć, ale skąd bym to wiedziała?

Ale są też dobre rzeczy. Głupota i brak antykoncepcji podczas seksu. W rezultacie malutki Antoni. Nie żałuję. Kocham. 


11/26/2014

1. Wróciłam i zaczynam od początku

Tak przeżywałam, tak się bałam, tyle obaw, i stało się! Nareszcie! W dzień, kiedy napisałam ostatni post byłam u lekarza. To był 20 listopad czyli dzień terminu. Mówiłam, że jeszcze na pewno tyle czasu muszę czekać. A co jak minie 42 tydzień, a Antosia dalej nie będzie z nami? Niepotrzebnie się stresowałam. Tego samego dnia po powrocie od lekarza zaczęły się bóle brzucha i delikatne skurcze. I kolejne pytania: to skurcze przepowiadające? Czy to nawet nie przepowiadające? A co jak wody mi odejdą zaraz? A może odeszły a ja nie zauważyłam? 
Zbliżał się wieczór, bóle robiły się trudniejsze do zignorowania. Godzina 2:00 i zaczęłam zastanawiać się czy nie wezwać karetki, bo przecież może przejdą... Godzina 4:00 byłam już w szpitalnej recepcji, żeby się zarejestrować. Od razu po tym zawieziono mnie do pokoju, w którym przeprowadzono ktg. Nagle odeszły mi wody i skurcze przybrały na sile i tak się zaczęło rozkręcać. Z góry poprosiłam położną o znieczulenie, zgodziła się i przy okazji zaproponowała podanie kroplówki, która jednocześnie znieczuli i uśpi na kilka godzin, bo miałam wówczas rozwarcie szyjki macicy na 3-4cm. Chciała żebym się zrelaksowała i żeby na spokojnie rozwarcie się powiększyło, bo podczas skurczy raczej będzie ciężko. Pojechałam do swojego pokoiku kilka pięter wyżej, tam podłączyli mnie do kroplówki i czekałam.... Czy coś się zmieniło? Hm, ból jak był tak został i stawał się gorszy i gorszy. Nie byłam ani trochę rozluźniona, wzrok był opóźniony, miałam drgawki, dreszcze i to co się działo z moim organizmem mogę śmiało porównać do bad tripa po mdma. Po godzinie moje krzyki, przekleństwa i płacz można było usłyszeć w całym szpitalu. Błagałam pielęgniarki o znieczulenie, nie wiedziałam gdzie jest góra a gdzie dół. Czy tak trudno było zrozumieć, że umieram? Po pewnym czasie zabrali mnie na wózku na salę porodową i ostatni raz wspomniałam o znieczuleniu. Położna powiedziała, że już dostałam i nic innego nie może mi dać ale jest jeszcze możliwość wykonania PDA czyli zewnątrzoponowego. Tak! W końcu! Cały czas o tym mówię! I tak na salę przyszło dwóch lekarzy anastezjologów, poprosili mnie o podpisanie dokumentów, wytłumaczyli mi jak to wygląda ale szczerze mówiąc miałam w dupie jak to przebiega.
Mogli mi nawet rękę odciąć i przyszyć jeśli to byłoby konieczne byleby tylko nie bolało dalej. Dowiedziałam się, że podawanie PDA trwa pół godziny i w tym czasie muszę siedzieć na brzegu łóżka w pozycji skulonej w koci grzbiet tak, by lekarz widział mój kręgosłup i mógł pomiędzy kręgi wbić igłę z cewnikiem, przez który podane zostanie znieczulenie.


Przyjechał S., zaczął coś gadać bez sensu o tym, że to nic wielkiego czy coś. Nie pamiętam dokładnie ale byłam zła, że gada. Wystarczyło, że był obok i dawał mi ściskać swoją rękę tak, jak robiłam to kilku osobom przed nim. Po parunastu minutach walki ze znalezieniem idealnego miejsca na igłę było już po prostu za późno. Miałam rozwarcie 9cm i musiałam zacząć przeć. Darłam się wniebogłosy dopóki lekarz nie poradził mi przelania energii z krzyku w parcie i tak zamknęłam się do końca. Parłam przez kilka minut, czułam jak główka przeciska się powoli ale nie może wyjść. Lekarz zapytał dwa razy czy chcę dotknąć czubka głowy Antosia ale nie chciałam, bałam się tego, nie wiedziałam czy to doda mi siły czy wręcz przeciwnie. Beng! Główka wyskoczyła i kilka sekund po niej ramionka i cała reszta. Co za ulga! Nagle wszystkie bóle, nerwy, pretensje które gromadziły się 
przez 9 miesięcy wyszły ze mnie razem z synkiem, który od razu wylądował w moich ramionach.
Jeszcze ostatni bolesny skurcz i wyszło łożysko. Tatuś przeciął pępowinkę i zrobił kilka zdjęć.
Godzina 8:32 urodziłam! Co za ulga... Ostatni bolesny element porodu czyli szycie krocza. Niestety rozerwałam się i należało mi się 5 szwów, nie polecam.
Jeszcze przez kilka godzin leżałam na sali porodowej z brudnym maluszkiem w ramionach ale byłam zakochana, od tamtej chwili nie ma dla mnie ważniejszych spraw niż bycie obok tego ludzika. 
Zostaliśmy w szpitalu do poniedziałku. Codziennie pielęgniarki robiły nam badania i dbały o wszystko czego potrzebowaliśmy. Pokazały mi jak wykąpać, przewinąć, nakarmić Antosia, dały mu prezenty, odwiedził nawet ksiądz, żeby go pobłogosławić Gdzie w Polsce moje dziecko dostanie tyle uwagi i troski? Tylko w prywatnych klinikach jak mniemam.

Na koniec powiem kilka słów. Teraz, gdy już minęło kilka dni mogę śmiało powiedzieć, że ból
porodu i cały ciężki okres ciąży wart jest tego wszystkiego. Mogłabym przeżyć jeszcze raz te kilka bolesnych godzin ile razy będzie trzeba. Nie wybrałabym dobrowolnie cesarskiego cięcia, po pierwsze, bo nie byłabym świadoma do końca jakie to jest poświęcenie urodzić dziecko. Jest dużo kobiet, które wolałyby "pójść na łatwiznę", żeby tylko nie bolało, ale domyślam się, że okres po cesarce byłby o wiele gorszy niż po porodzie naturalnym.

Teraz czuję się zupełnie inaczej. Jak przypomnę sobie te awantury, krzyki, pretensje o nieumyte naczynia, niewytartą podłogę po kąpieli, o facebookowe rozmowy, to wszystko było tak absurdalnie głupie z mojej strony... Myślałam, że to kontrolowanie i cała reszta były słuszne ale myliłam się. Hormony jednak robiły swoje i zupełnie przesłaniały mi trzeźwe myślenie. Chciałabym przeprosić wszystkich, których obraziłam, z którymi się pokłóciłam w tym okresie. Byłam kimś zupełnie innym. Mój Baniu nawet powiedział, że zachowuję się teraz inaczej. Jestem taka, jaką pokochał. Bolało mnie to jak powtarzał, że gdyby nie dziecko to już dawno by odszedł, że teraz wyszło jaka jestem znerwicowana, że jestem chora psychicznie, a jednak nie! Chyba że to powróci. Jak na razie nie
przeszkadzają mi brudne naczynia i inne pierdoły, a nawet jeśli to sama to posprzątam ale bez
wyrzutów.

Wróciłam i zaczynam od początku!


11/20/2014

24.2 Dzień terminu!

Jest 20 listopada czyli dzień terminu porodu ustalonego przez lekarza. W nocy nie mogłam spać, wyobrażałam sobie sytuacje jak odejdą mi wody, jak zadzwonić po karetkę, jak czuć ból skurczy, ból podczas podania znieczulenia, kiedy o nie zapytać, cholera! W rezultacie mój sen prawie nie trwał. Powiedzmy, że udało mi się zasnąć około 5 nad ranem, po 6 usłyszałam dziwnie brzmiące walenie. "O, S. jednak nie wziął kluczy do domu" pomyślałam, ale co? Otorzyłam drzwi a tam nikogo nie ma... Wali dalej, poszłam do kuchni i zobaczyłam za oknem mojego Romeo. Chciałabym zaznaczyć, że mieszkamy na drugim piętrze, na samej górze budynku, w którym nie ma balkonów. Nie wiem jak on to zrobił ale wszedł do domu oknem przez wyjście przeciwpożarowe. Nie śpię w soczewkach, więc jak zobaczyłam czarną postać za oknem byłam delikatnie mówiąc przerażona, w głębi duszy modliłam się, żeby ten strach wywołał skurcze ale niestety.. Teraz jest godzina prawie 13 i muszę zebrać się do lekarza. Może powie mi dziś coś nowego, ciekawego. W poniedziałek miałam rozwarcie szyjki macicy na 1cm, niewiele, ale jednak już jakieś było, dziś, po kilku bolesnych i nieprzespanych nocach powinno być większe. Proszę niech już zacznie się coś dziać!

EDIT
Wróciłam niedawno od lekarza i pierwsze co to zaliczyłam ktg, które zarejestrowały dość sporą częstotliwości skurczy. Szczerze powiedziawszy nadal ich nie czuję... Ale! Po rozmowie z lekarzem dowiedziałam się co robić dalej. Jeżeli synek nie urodzi się do soboty, to w sobotę mam pojechać do szpitala na badania kontrolne. Jak wszystko będzie w porządku odeślą mnie do domu, chyba że zadecydują coś innego. W innym wypadku kolejną wizytę kontrolną mam zapisaną na poniedziałek do mojego lekarza ginekologa. Co się będzie działo - czas pokaże. Jestem mega podekscytowana! 

Dziś z rana przyszło kilka zamówionych przez nas rzeczy, a mianowicie przedłużenie do stołu, które muszę sprzedać i piękne białe łóżko ze skórzanym obiciem. Ahh jest na co patrzeć. Od razu zrobiliśmy przemeblowanie naszego małego pokoiku. Dzisiejszej nocy będę spać na kanapie, bo materac do łóżka przyjdzie dopiero jutro ale jakoś dam radę. W ciągu kilku następnych tygodni przywędruje do nas nowe wyposażenie kuchni czyli meble, lodówka i piekarnik, krzesła do stołu i na deser laptop. Nareszcie będziemy mieć pięknie urządzone mieszkanie! 

11/16/2014

23.2 Co...

Czas leci jak szalony, a sprawia wrażenie jakby stał w miejscu. Cały czas narzekam, że nuda, że sama, że lenistwo. Jeszcze "kilka dni temu" do terminu było pół roku, a teraz? Tylko cztery dni! Chyba to do mnie nie dociera, że zostanę mamą.. Żyję sobie codziennie tym samym schematem, pobudka, poranna toaleta, posprzątać, wypić kawę, sprawdzić co się dzieje w internecie, co zabiera mi zdecydowaną większość czasu, zrobić obiad, przywitać Sebę po pracy, nakarmić go, przetrwać do wieczora i pójść spać. Niby zabijanie czasu, żeby już był z nami Antoś, no a co jak już będzie? Co się zmieni? Jak to będzie wyglądać? Szybko się zestarzeję, nie wiem jak żyć w swojej rodzinie, jeszcze nie wiem co i jak. Jak z finansami, jak to się robi, jak rachunki, a kiedy praca? Czy mogę pracować jak dziecko będzie miało kilka miesięcy czy raczej nie powinnam? A znajomi? A jak moje samopoczucie? Czy kiedyś będę miała stałe miejsce, prawdziwy dom na tym świecie, w którym będę czuła się jak u mamy? Czy będę szczęśliwa? Tyle pytań... A ja siedzę na Facebooku i odświeżam stronę główną...

Nie wiedziałam, że życie na własny koszt jest takie... bez barierek? Nikt nie mówi "zrób to szybko, bo pózniej będziesz miała pod górkę" albo "nie rób tego, nie rób nic głupiego, nie zapomnij tego" itd. Lodówka sama się nie napełni, dom sam się nie posprząta. Dziwnie, prawda? Takich rzeczy się nie spodziewałaś. Że jak sobie pościelesz tak się wyśpisz. A dziś akurat nie mam poszewek na kołdrze, bo się wyprały. Nie, same się nie wyprały, i nie, same też się nie wywiesiły. Szok. 

Z innej beczki teraz. Wczoraj byliśmy w Regensburgu w Ikiei. Taki luźny pomysł, bo okazało się, że kilka dni temu robiąc zakupy do mieszkania, zamówiliśmy przedłużenie do stołu zamiast stołu po prostu. Ah te niemieckie strony... Przez cały pobyt w sklepie byłam podminowana. KAŻDA osoba tam obecna (a wyobraźcie sobie ile osób może być w sobotnie popołudnie w takim sklepie jak ikea) musiała na mnie spojrzeć. Po co, pytam??? Na chuj wlepiasz te gały?! No kurwa kobiety w ciąży NIKT kurwa nie widział NIGDY! Ale nie o tym chciałam mówić. Stojąc przy kasie ogarnął mnie okropny smutek, a może nawet jeszcze wcześniej i S. to zauważył. "Nie jesteś szczęśliwa prawda?" I zrozumiałam.

Jestem z człowiekiem, który tyra dzień w dzień, siedem dni w tygodniu prawie 10h w pracy. Większość wolnego czasu spędza na naprawianiu laptopów, żeby zdobyć jeszcze pare groszy. Żeby kupić farbę i pomalować mieszkanie, żeby zamówić wygodne łóżko i miękki materac, żeby nie bolały mnie plecy, żeby kupić lampę, bo szybko męczy mi się wzrok, żeby kupić nową lodówkę, nową kuchnię, krzesła i stół, żeby wigilia była piękna. Robi wszystko, żebyśmy mięli wszystko. A ja nie jestem szczęśliwa. Dlaczego? Bo rzeczy materialne mnie nie cieszą. Kiedy byłam najbardziej szczęśliwa? W ciągu tego roku najszczęśliwszy moment należał do chwil spędzonych w namiocie na działkach, po kilku dniach w szpitalu. Nie mieliśmy tego wszystkiego, ale mieliśmy siebie. Mogliśmy razem spać, grzać się w jednym śpiworze, razem kąpać w strumyku i chodzić na spacery po lesie. Na prawdę. Wolę nie mieć sofy, laptopa, telewizora i nowej kuchni ale mieć tego kochanego mężczyznę, który smażył mi parówki i przynosił herbatę ze sklepu codziennie rano. A nie tego naburmuszonego, wiecznie zdenerwowanego faceta, który chce od razu zagwarantować wszystko. Przepraszam, ale taka jest prawda. Wydaje mi się, że z jednej strony taka prawda jest jednak z jednej strony piękna. 


11/12/2014

22.2 Udało się przetrwać

CZĘŚĆ II

Przyjechał Wiechu, u którego mieszkaliśmy do połowy maja. Jak to wyglądało mniej więcej? Cóż, kawalerka wielkości maksymalnie 15m2. Jedno łóżko, stół, zlew, jakiś narożnik i szafa. Wszystko brudne od oleju, bo pokoje w tym pensjonacie były zajmowane głównie przez pracowników firmy Gruner, czyli fabryce części samochodowych.
Przyjechał ze swoim kumplem, oboje pili razem z sąsiadem, codziennie, wszyscy alkoholicy, więc tak jak zaczęli, tak skończyć nie mogli. A za co pili, skoro do pracy nie byli w stanie iść? Proste, na nasz koszt. S. w ramach "podzięki" za "gościnę" przynosił im raz na dwa dni, czasem codziennie flaszkę... Okropieństwo. Nie mogłam czuć się swobodnie, ani trochę prywatności, bo zawsze ktoś był w pokoju. Pójść pod prysznic w majtkach i koszulce? W życiu! Musiałam owijać się kołdrą, żeby uniknąć obleśnych spojrzeń starych schlanych dziadów... 
Ale nie potrwało to długo. Wiechu stracił pracę, bo pił, kilka tygodni, wyłączyła mu się chęć do jedzenia, więc proste było, że długo tak nie pociągnie. Ostatnie dni słuchaliśmy bez przerwy, że on wraca do Polski, bo nie ma co, nie ma kasy, zaczęły się również problemy z tym pokojem, w którym wszyscy mieszkaliśmy, bo był dłużny właścicielce trochę kasy. Szybko te wygody, na które tak liczyliśmy się skończyły, do tego dość nieprzyjemnie. Nasze ostatnie starcie z Wiechem pełne było wyzwisk, przekleństw, obwiniania i bliskie rękoczynów. Żadna z tych osób później się do nas nie odezwała, nie była ciekawa co z nami, czy sobie poradziliśmy. 


Znowu czekał nas namiot ale tym razem mieliśmy towarzysza. Bodzia. Raz przyszedł do Wiecha na wódkę i tak go poznaliśmy. Kolejny alkoholik ale na tym blogu nie raz już o nim wspominałam. Człowiek przesadnie uprzejmy, przeprasza nawet za to, że idzie się wysrać, że je i że w ogóle istnieje... Codziennie papieroski, piwerka, wszystko na spokooooojnie, bez pośpiechu, damy radę. Dużo pisałam o nim w postach 174, 180, więc nie będę się niepotrzebnie powtarzać :). 
Razem z opuszczeniem mieszkania tego ELEMENTU (bo Wiecha nie jestem w stanie przydzielić do ludzi, nie dlatego, że jest alkoholikiem, po prostu dla mnie nie jest człowiekiem) natrafiliśmy na kolejnego uzależnionego - Bodzia, 60letni pan, niski, przesadnie miły, irytujący, chory. Z nim spędziliśmy kolejne 2-3 tygodnie podróży w poszukiwaniu stałego miejsca zamieszkania, lekarza i pracy. Zaznaczam, że Seba nadal nie pił, dla odmiany upijał Bodzia. Codziennie kilka piw a wieczorem flaszeczka na dobry sen. Tolerowałam to, czasem było śmiesznie, bo nie powiem, ale Bodziu tracił kontrolę nad ciałem i umysłem po 2, może 3 piwach. Robił dziwne rzeczy rękami, nogami, robił miny. Nadszedł czas kiedy przestałam to 
tolerować. Przepraszam bardzo, ale starszy pan, śmierdzący, brudny, ze sztuczną szczęką, która nie wiedziała co to 
szczoteczka do zębów i pasta, codziennie brzydko mówiąc najebany. To nie dla mnie, zwłaszcza, że spał z nami w namiocie,
 smród nie do zniesienia, raz nawet był tak pijany że obudził się w nocy i bezczelnie WYSIKAŁ SIĘ w środku. Wszystko do śmietnika, ciuchy, jedzenie, kapcie, które ratowały moje stopy w lodowate noce, byłam załamana.. A S.? Nie rozumiem ale nadal go upijał, z czasem Bodziu sam prosił się o "piwko i jakieś papieroski" zanim zaczniemy załatwiać sprawy. Nie 
potrafił niczego zrobić bez zapicia kaca...

W ciągu tych 2-3 tygodni na początku mieszkaliśmy w domu starego Niemca. Bodziu znał go, bo był jego sąsiadem zanim jeszcze go znaliśmy. Nazwaliśmy go Komiks :). Należał do grona takich osób, które mają zakorzenione jakieś przyzwyczajenia, kochają swój dom i są bardzo związani ze swoją przeszłością. Jego dom pełen był gratów, koców, rzeczy, które zrobił sam z szyszek i zdobiazgów znalezionych na dworze, zdjęć rodzinnych i przede wszystkim wiader z deszczówką do podlewania roślin w ogrodzie. Na zewnątrz była masa drewna, narzędzi i materiałów budowlanych, bo z tego co widziałam rozbudowywał jedno skrzydło domu. Miał też króliki i szopę. Pozwolił nam mieszkać u niego przez chyba 4 dni ale chyba głównie ze względu na to, że byłam w ciąży. Przynosił mi codziennie owoce i soki, które musiałam zjadać na jego oczach, wtedy był bardzo zadowolony, pomimo, że jego twarz zawsze była taka sama, nigdy nie wiedzieliśmy w jakim był humorze. Cygaro w buzi i zmarszczone czoło, rzadko kiedy jakikolwiek uśmiech. 
Kilka razy odwiedziła go koleżanka - Karin. Starsza pani, która miała na przeciwko jego domu działkę. Umówili się, że zamieszkamy u niej na tak długo na ile będziemy chcieli, dopóki nie znajdziemy pracy i mieszkania. I tak się stało. Razem z
Sebą dostaliśmy mały pokoik, a Bodziu spał w pokoju gościnnym. Nigdy nie pomyślałabym, że spotkamy tak miłych ludzi.
Okazało się, że Karin wyjeżdża na tydzień do swojej chorej ciotki czy coś takiego i zostaliśmy całkiem sami. W tym czasie mięliśmy załatwić wszystko, ale nie udało się. Było pare opcji na pracę, ale bez zagwarantowanego mieszkania, a jak już było mieszkanie, tanie, w którym przez jakiś czas byśmy sobie poradzili we trójkę, a potem poszli na swoje, okazało się, że
kaucja wynosi prawie 3000€!!! Bodziu dostał wsparcie finansowe od Komiksa i Karin w postaci 700€, ale część przepił, a druga część została przeznaczona na transport do sąsiedniej miejscowości. Tak minęła nasza szansa, Bodziu się upił, narobił bałaganu w sąsiedztwie, pojechał na pogotowie, o wszystkim dowiedziała się Karin i delikatnie się nas pozbyła.


Wzięliśmy więc namiot, walizki i pojechaliśmy rozbić się w Suhl i dalej szukać pracy. Mieszkaliśmy w dole, w krzakach niedaleko dworca autobusowego, jakoś sobie radziliśmy. Po kilku dniach udało się skontaktować się z biurem w Regensburgu, którzy oferowali im pracę. Musieliśmy w ciągu jednego weekendu przejechać około 300km do Bawarii na stopa, żeby wstawić się na rozmowę. Po rozmowie okazało się, że Bodziu dostał i pracę i mieszkanie i pojechał z ludźmi z biura do Neustadt. A my? Zostaliśmy na lodzie... Dojechaliśmy po kilku godzinach do niego, bo obiecał, że jak damy radę się dostać do Neustadt to pójdziemy do innego biura i on S. pracę załatwi. Szczerze mówiąc przez cały okres opieki nad Bodziem często obmyślaliśmy różne plany jak go zostawić, uciec od niego, tak, żeby się nie zorientował. Po prostu to był dla nas ogromny ciężar, bo bardziej przeszkadzał niż pomagał.

Dojechaliśmy do Neustadt nad Dunajem, spotkaliśmy się z Bodziem. Liczyliśmy na to, że przenocuje nas, pożyczy kilka euro na jedzenie, pozwoli wykąpać, wyprać wszystkie rzeczy. W życiu. Każdy człowiek okazuje się po czasie egoistą. Jest jak czegoś potrzebuje, a jak już ma to się odwraca. Przez kolejne dwa tygodnie mieszkaliśmy w namiocie na polu przy drodze do początku czerwca. Seba codziennie chodził do biura pracy i czekał na informacje. Jako, że nie był sam tylko ze mną nie mógł dostać od biura mieszkania. Ale na nasze szczęście poznaliśmy Remika, który przygarnął nas do siebie i tak mieszkaliśmy u niego prawie do sierpnia.


Resztę tego, co działo się dalej możecie przeczytać od postu 165 :) 
To wszystko na dzisiaj. W końcu mogę być na bieżąco.


11/05/2014

21.2 A miało być tak pięknie

Ten czas, ten moment zbliża się nieubłaganie. Nic nie zrobię. Czasem zastanawiam się czy może zrobić coś, żeby przyspieszyć poród. Czytam i czytam. Seks, mycie okien, pompki, przysiady, mocna kawa, spacery, chodzenie po schodach. Ale czy nie lepiej poczekać jeszcze te dwa, trzy może nawet tygodnie? To ostatnie godziny samotności, już nigdy moje życie nie będzie takie samo. Już nigdy nie będę sama. Może przeczytam w spokoju kilka grubszych książek, przygotuję prezenty na święta i napiszę już kartki świąteczne. Kupię ozdoby na choinkę, pomaluję ściany w kuchni, narysuję portret mamy, o którym tak często myślę, załatwię sprawy prawne. Cokolwiek, byleby nie myśleć o tym momencie. Byłam taka pewna, zdecydowana, czasem ucieszona, czasem nie. Ale teraz zaczyna ogarniać mnie strach. Skąd będę wiedziała, że to już? Czy to boli? Czy zdąrzę do szpitala? Kiedy poprosić o znieczulenie? A jak wody odejdą mi w sklepie? Jak się zmienia pieluchę?! Jak w ogóle trzymać niemowlaka? A co jak go nie pokocham? A co jak pogrążę się w jeszcze większej depresji? Jak to będzie? Nie wiem. I nikt mi nie powie jak będzie wyglądać nowy etap w moim życiu.

Pamiętam jak w lutym wróciłam z ferii w Londynie, co przeżywałam przez te dwa tygodnie kiedy nie było Go obok. Nie wiedziałam co się dzieje, co jest prawdą a co nie. Z każdej strony atakowały mnie wiadomości, telefony. Nikomu nie potrafiłam uwierzyć. Ale w końcu wróciłam, chociaż kłamał i obiecywał, że kupił bilety i przyleci do mnie, że mi się oświadczy, że był w Lipiu i jest czysty. Okej, nie ważne. Wróciłam. To był najpiękniejszy okres w moim życiu, jeszcze nigdy nie czułam się tak szczęśliwa z powrotu do domu i z widoku mężczyzny. Pierwsze dni były cudowne, nie mogliśmy się od siebie odkleić i tak powstał nasz mały synek, który niedługo będzie z nami. Cieszę się, że stało się to mimo wszystko z czystej miłości, a nie w innych okolicznościach. 

Jeszcze wtedy byłam inna niż jestem teraz. To oczywiste. Olewałam wszystko, nie było dla mnie konsekwencji. Najpierw robiłam, potem myślałam. "Jakoś to będzie, daj spokój" twierdziłam. Liczył się dla mnie tylko internet, kontakt z S., poranna kawa i fajka, a reszta była albo miłym dodatkiem albo małą przeszkodą, którą zwyczajnie ignorowałam. 
Żyłam sobie tym schematem, walczyłam jedynie o Niego, z jego uzależnieniem, rodziną, ze wszystkim co się pojawiło. Pogrążyłam się w pakowaniu się w kłopoty. Kradzieże, oszustwa, wszystko żeby mieć łatwy hajs. Czas leciał. Dotarło do mnie, że spóźnia mi się okres. Kilka dni, to nic. Ale tydzień? Nie, spoko, to stres, dwa tygodnie, robiłam podejścia do zrobienia testu. W końcu mi się udało przemóc i wyszło na jaw. Już wtedy wyniosłam się z domu, mieliśmy zamieszkać razem, cały czas coś było nie tak aż w końcu wylądowaliśmy w domu Jego matki. Już rozumiem jego problemy psychiczne. Ja nie wytrzymałam w tym miejscu dwóch tygodni, a on żył tam latami. Kobieta z nerwicą, dzieciak z porażeniem mózgowym i alkoholik, który ma problemy z agresją. Wyjechaliśmy.

I zaczęła się moja zmiana. Kilka dni po wyjeździe z Piły oświadczył mi się w parku w Poznaniu. Byłam taka szczęśliwa! Pojechaliśmy w góry i tak piękna historia przemieniła się w koszmar. Skończyły się pieniądze, bo S. wypił, do teraz nie wiem dlaczego. Byliśmy szczęśliwi. Wiedziałam, że teraz nie przestanie pić. Nie było leków, nie było ratunku. Chciałam wrócić, zostawić go, ale nie mogłam, nie wiedziałam czy mnie zamkną jak wrócę, przecież jestem w ciąży. Okazało się, że musimy wyjechać za granicę. Teraz jak tak o tym myślę, on to zaplanował i kłamał, może, a może nie. Zaczęliśmy łapać stopa...
Przekroczyliśmy granicę Czech. Pierwszą noc spędziliśmy w śmietniku na makulaturę gdzieś przy autostradzie. Wcześniej chodziliśmy po domkach prosząc o nocleg ale niestety. Był początek kwietnia. Zdobyliśmy namiot i zaczęliśmy walkę. Przejechaliśmy Czechy, przekroczyliśmy granicę niemiecką i mięliśmy plan dojechać do Antwerpii w Belgii. Spaliśmy przy drogach, w lasach, za stacjami, za parkingami, w rowach, zmienialiśmy namioty jak skarpetki, walczyliśmy o jedzenie i alkohol, żeby S. był w stanie jechać dalej. W pierwszej połowie kwietnia wylądowaliśmy na kilka dni u Jego przyjaciela w Visselhovede, niedaleko Bremen. Wypraliśmy wszystkie rzeczy, śpiwory, namiot. I po 4 dniach pojechaliśmy dalej. Kolejne noce, kolejne ciężkie godziny, komary, czerwone mrówki, mróz w nocy, smród, Jego wymioty, alkohol, alkohol, alkohol!!! Udało się dojechać do Antwerpii. Od razu poszliśmy w stronę kanału. Dlaczego? Mieliśmy tu zamieszkać, S. miał pracować na barkach u swojego wujka. Czekaliśmy na barkę "Discovery", żeby krzyknąć, zawołać, żeby zacząć normalnie żyć. Miało być pięknie. Była już druga połowa kwietnia. Kilka dni spędziliśmy rozbici w jakiś krzakach. On już zaczynał wariować, psychoza zaczęła go atakować, nie wiedział kim jest, co robi, kim jestem i jaki jest plan. Okazało się, że Jego wujek od kilku lat ma firmę w Polsce i bez sensu wybraliśmy się do Belgii. Byłam załamana, ciąża, brud, głód, ciąg, namiot. Udało nam się skontaktować z Jego mamą i dowiedzieliśmy się, że w Hildburghausen jest jego biologiczny ojciec - alkoholik z agresorem. Nie miałam wyjścia, musiałam wziąć się w garść i wrócić się z nim do Niemiec.

Wracaliśmy przez Brukselę. Nawet nie wiedziałam gdzie jestem. Nie było czasu na zwiedzanie podziwianie, bo jego psychoza Go przerosła. Uderzył mnie, raz, drugi, trzeci. Zaczęłam się bronić. Biliśmy się nawzajem. On i ja zakrwawieni. Bałam się, w nocy krzyczałam kiedy chciał alkoholu w ja nie miałam, szarpał mnie. Nie wiedziałam co zrobić. Przyjechała policja, udawałam, że krzyki dochodziły ze strony ulicy. Nienawidziłam go. Już nie obchodziło mnie kim jest, bilam go, byłam w stanie zabić, żeby tylko nie pił, żeby wrócił. W Belgii pierwszy raz wylądował w szpitalu. Nie pomogli. Nie wiedzieli co zrobić, nie znali alkoholizmu? 
Złapaliśmy stopa z Brukseli do Köln z jakimiś dziadkami. Byliśmy już blisko ale jego stan był krytyczny. Przestał jeść, pił litr wódki dziennie i nie jadł od tygodni. Krew leciała mu z uszu, oczu, nosa, wymiotował krwią, ropą, błagał, ale nie wiedział o co, nie wiedział co się dzieje. To były dwa dni przed Wielkanocą kiedy wylądowaliśmy drugi raz w szpitalu w Fuldzie. Nie był w stanie się poruszać, nie mogłam go nosić. Leżał i umierał... Przyjechała karetka, która zabrała nas do szpitala. Miał około 4 promile alkoholu we krwi, przez kilka godzin był podłączony do kroplówki, podali mu witaminy, wody, w końcu zaczął wracać do żywych. Cieszyłam się, że uda się wyciągnąć go z ciągu. Niestety około północy zaczęło mu brakować alkoholu, zaczął trzeźwieć. Miał około 2 promile. Żeby dostać leki musiał poczekać do rana. Nie wytrzymał, powiedział, że wychodzi. Podpisał papierek o tym, że zdaje sobie sprawę o zagrożeniu życia i poszliśmy szukać miejsca na namiot. Załatwił sobie alkohol i to był błąd. Dzień przed Wielkanocą. Błagałam go o to, żebyśmy dojechali. Mięliśmy tylko 100 km do Hildburghausen. Obiecał, że przyjdzie do mnie zając... Obiecał. Ale wyszła kolejna historia z tego wszystkiego.

Postanowiliśmy wziąć taksówkę z Fuldy do Hildburghausen, bo byliśmy pewni, że Wiechu jest na miejscu i zapłaci za przejazd, a my mu oddamy jak S. zarobi. Dotarliśmy na miejsce, ale taksówkarz okazał się być zapatrzonym w pieniądze Turasem. Nie mogliśmy znaleźć Wiecha, nie wiedzieliśmy czy w ogóle jest w miasteczku. Pojechaliśmy pod zakład pracy Gruner i tam nasz Turas się wkurzył i zadzwonił po policję. Pojechaliśmy na komendę, on złożył zeznanie, byliśmy mu winni prawie 200€ za przejazd. Policja próbowała dowiedzieć się gdzie jest Wiechu, nikt nie odbierał telefonu. Nagle S. zaczęła lecieć krew z nosa i dostał ataku padaczki. Przyjechała karetka, już 3 raz. Zabrali go do szpitala, a ja zostałam sama z tym wszystkim. Okazało się, że Wiechu wróci za tydzień do Niemiec. Z policji wypuścili mnie do szpitala. Tam zalatwiłam sobie nocleg i zostaliśmy w szpitalu na całe święta. Całe szczęście wyciągnęli go z ciągu. Nareszcie był ze mną, nie tylko fizycznie ale też psychicznie. Przynosiłam mu prezenty, całowałam, tuliłam. Nareszcie...

Ale to nie był koniec. Wypuścili nas a my nadal nie wiedzieliśmy co zrobić jeszcze te kilka dni. Rozbiliśmy namiot na czyjejś działce. Była opuszczona, sam trawnik, zniszczony płot, myśleliśmy, że to teren niczyj. Znowu ktoś wezwał policję ale udało nam się dogadać. Dostaliśmy od właściciela kilka dni, żeby się tu przenocować i jedzenie. Urządziliśmy się, wykąpaliśmy w strumyku i przetrwaliśmy te kilka dni. 
Przyjechał Wiechu, zamieszkaliśmy z nim na około dwa tygodnie. Do połowy maja...

CDN


10/31/2014

20.2 Wyłączam emocje


Powoli wyłączam uczucia, powoli wyłączam emocje. Co się dzieje takiego? Nigdy się tak nie czułam, może kiedyś, dawno, coś niezrozumiałego. Ale teraz już rozumiem i wiem co się dzieje. Czy miłość istnieje? Czy to jakieś reakcje zachodzące w mózgu. Tylko reakcje. Bodźce czy inne sprawy. Już na prawdę nie mam ochoty biegać, płakać, skakać, użalać się, narzekać i prosić. Znudziło mnie to, zdecydowanie zmęczyło. To była po prostu desperacja, silna więź z tym co było na początku. A jak każdy doskonale wie, na początku jest najbardziej różowo. A potem jest tylko przyzwyczajenie. Złudzenie miłości, sztuczne "kocham", jakieś buziaki.

Na początku kontakt się nie urywa, bo nikt nie chce go urwać. Są pocałunki, przytulańce, flirt i romantyczne momenty. Rozmowy telefoniczne na dobranoc i smsy w ciągu dnia. Tylko siedzisz i czekasz aż się odezwie. A jak się odezwie jesteś cała w skowronkach. Spędzacie każdy dzień razem i jesteście przekonani, że to się nigdy nie znudzi. Ale co to? Nagle jest okazja zamieszkać razem i wychodzi prawda na jaw. 
Ty okazujesz się być znerwicowaną pedantką, a twoja "druga połówka" obleśnym syfiarzem. No przecież nie będziesz sprzątać bez przerwy, no przecież ile można znieść tę hipokryzję i ignorancję. Ciągłe kłótnie, o byle gówno. Przyzwyczajenie staje się męczące. Do głowy wkradają się jakieś obsesyjne wizje zdrady. "Zdradzi mnie, na pewno, ja bym z taką osobą jak ja nie wytrzymała", a z drugiej strony myślisz też "kurcze, nie dam rady tak dłużej, już nie jest mną zafascynowana, już nie chce na mnie patrzeć, coraz częściej słyszę jakie to życie jest chujowe, że chce wrócić do Polski, bo tu nudno, bo chujowo, bo Polacy, bo ojezu", potem te dziewczyny, ciągi, zapomina, że jestem. A może nie zapomina, ale jestem tylko kimś kto pilnuje, żeby brudno nie było i obiad stał na stole ciepły po pracy, ale tak generalnie to jestem dla nego jak wrzód na dupie.

Jeszcze tak nie dawno cieszyła mnie wizja ślubu. Chciałam mieć obrączkę, chciałam być razem, mieszkać razem, mieć piękne dziecko i kotka. Cieszyłam się na to, że wbrew wszystkim będę mogła mieć papierek z urzędu i dumnie mówić oficjalnie o swoim MĘŻU, nie chłopaku, MĘŻU. A ja? ŻONA, ale ekstra. Ale teraz? Teraz powoli przyznaję się przed sobą gdzieś tam w środku, że NIESTETY ale muszę wziąć cywilny ślub, żeby jakoś chrzest załatwić, bo dziecko przecież musi być ochrzczone i to w sumie za pare miesięcy. Co? Już? Tak szybko? Nie chcę wychodzić za mąż za człowieka, który usprawiedliwia każde swoje zachowanie tym, że "jest chory i oderwany od rzeczywistości". Do tego z obowiązku, bo dzieciak... 
Co się dzieje?! Człowieku, jak tak dalej będziesz "oderwany od rzeczywistości" to nawet nie zauważysz jak zostaniesz sam, bo my odejdziemy! I dla kogo będziesz pracować i zarabiać? Dla siebie? Oh, nie żartujmy sobie aż tak, przecież dla siebie nie będziesz pracować. Zachlejesz się w trzy dupy i będzie po zabawie, a tego wbrew pozorom nikt nie chce. 

Marzę o tym, żeby znów poczuć się jak rok temu. Jak wtedy kiedy czarował mnie swoim wzrokiem, jak udawał, że nie chce, a chciał i ja też chciałam. Namiętnie, gorąco. I pomimo, że po czasie już wiedziałam o alkoholizmie, o opętaniu, o narkotykach, o tych wszystkich problemach z prawem i problemach w rodzinie, postanowiłam podjąć to ryzyko. Chciałam zawalczyć o jego serce i stanąć na drodze do butelki. Sprawić, że będę osobą, dla której nie będzie chciał pić, dla której będzie wstawał wcześnie rano, żeby przyjść o 7 i pocałować przed lekcjami. Żeby nie ważne co się dzieje, zawsze był obok i kochał, i chciał, nie musiał, ale chciał, dla mnie. Teraz dla nas.

Rzuciłam wtedy wszystko... Rzuciłam znajomych, przyjaciół. Nie utrzymywałam kontaktów, nie spotykałam się z ludźmi. Rzuciłam rodzinę, to nie oni byli najważniejsi, nie liczyłam się z ich zdaniem, że jest ze mną gorzej, że jestem smutna, zalatana, że mnie nie ma. Nawet po nocach. Rzuciłam szkołę, albo inaczej, zostałam z niej w końcu wyrzucona, bo ile można się spóźniać, ile można lekcji opuszczać, ile jeszcze złych ocen zbierać, nawet na próbne matury nie przyjść, do tego stwarzać zagrożenie dla uczniów. Rzuciłam dosłownie WSZYSTKO. Kraj opuściłam, uciekłam, bałam się konsekwencji, myślałam, że jak za granicą to za daleko, że nauczka mnie nie dopadnie..Po co to wszystko? By zyskać to co mam teraz. Pierwszy wyrok w zawieszeniu, z głupoty. Za kilka dni dojdzie mi drugi wyrok w zawieszeniu, też z głupoty, z chęci szybkich pięniędzy, kilka tygodni i trzeci wyrok w zawieszeniu, z głupoty, też sposób na szybkie pieniądze ale też po to,mżeby załagodzić powód drugiego wyroku. A potem jeszcze czwarty wyrok w zawieszeniu albo odsiadka. Zaskoczeni? Takie błędne koło, same oszustwa, same przekręty. Chciało się być dorosłym? Tak? To teraz musisz ponieść odpowiedzialność i uczyć się na błędach. Płacić kary wysokości kilku tysięcy złotych... Głupia dała się ponieść miłości, straciła co miała, straciła przyszłość. 

Ile bym teraz dała, żeby nie popełnić tych głupich błędów. Żeby mieć szansę zastanowić się nad tym co robię, czy to zgodne z prawem, czy uczciwe. Oddałabym rękę, serio. Zapłaciła każdy pieniądz. Żeby powiedzieć "nie, to nie wyjdzie nam na dobre". Ale była zaślepiona, zaufała, dała się nabrać. 

Teraz żałuję i chcę przeprosić, naprawić.

10/30/2014

19.2 "Zajebiście się nada, bo ogólnie gada"

Nie chcę w każdym kolejnym poście narzekać na to jaki jest mój facet, bo też święta nie jestem. Pisanie o każdej kłótni, o każdym złym słowie, o każdej zgodzie, aj tam. Jest różnie, jakby kogoś to interesowało. Głównym powodem takiej huśtawki nastrojów u nas jest to, że S. skończyły się antydepresanty i niestety wróciły nerwy, lęki, krzyki i przede wszystkim GŁÓD. Głód alkoholowy. To on jest główną przyczyną jego nagłych krzyków kierowanych w moją stronę (halo, przecież S. nie należy do tych którzy unoszą głos!).
Zauważyłam też, że nie krępuje się nawet włączyć te obleśne filmy kiedy siedzę pół metra obok! Co z tego że wyciszone, że chowa jak wstaję, co z tego, że się nie dotyka. I tak jest to dla mnie oczywiste co robi. Chodzę, proszę, krzyczę, płaczę, że nie chcę wiedzieć, że nie chcę widzieć, nie chcę być za ścianą kiedy musi to oglądać, żeby nie robił tego pod prysznicem dwa razy dziennie, bo rachunki za wodę przychodzą kosmiczne! Ale co z tego. Jeszcze jakiś czas temu mówiłam "brakuje tego, żeby oglądał przy mnie". No i mam. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że "brakuje, żeby oglądał ZE mną". Litości...

Ale mniejsza już z tym tematem. Męczę go i męczę, użalam się, wiem, że nic nie zdziałam, pozostało mi tylko pogodzić się.
Zatem dzień minął w większości na kłótniach, milczeniu, pornolach i.. montowaniu telewizora! Tak jest. Tyle gadał o tym, że chce telewizor, że ten , który mamy teraz trzeba wyrzucić bo matryca jest zepsuta, co powoduje czarne pasy na środku ekranu. I proszę... Nie wiem jak to zrobił, nie wiem jak to możliwe, że udało mu się dostać na raty telewizor. Ale dostał, cieszy się, grzebie, bawi, ściąga filmy w 3D. Wszystko jest dla ludzi. Nam zapewnia wszystko co najlepsze, dla synka załatwił wszystko, meble do mieszkania, lodówka pełna. Więc zasłużył. Mi szczerze mówiąc telewizor był obojętny, pochłaniacz czasu, zagłuszacz ciszy, spoko, jakąś muzykę w tle można puścić...






SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://klaudiaurszula.blogspot.com/2014/