2/27/2016

16. Nic nie musisz, możesz wszystko


Mówisz "podziwiam Cię". Czytasz moją historię i twierdzisz, że na moim miejscu nie dałbyś rady. A ja słucham i myślę "jak można nie dać rady? To co byś zrobił? Nic? Zniknął? No co, nie miałbyś innej możliwości niż dać radę. Po prostu".

Pomimo swojego wieku, 20 lat to jednak niewiele, trochę szalonych rzeczy mam za sobą, ale nie czyni mnie to o wiele mądrzejszą od innych. Poznałam swoje zachowania w pewnych sytuacjach, to do czego jestem zdolna by przetrwać i zobaczyłam na własne oczy trochę tego i owego. Nic więcej.
Jednak jest mi całkiem miło, kiedy dostaję wiadomość na fejsie, że ktoś na prawdę mnie podziwia. To, że w ogóle ktoś czyta moje wypociny jest bardzo motywujące.
Wracając do tematu, to nic wielkiego. Raz dostałam prośbę pomocy. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że tuż obok mnie ktoś miewa podobne problemy. Że ktoś, kogo znałam od dzieciaka, teraz buja się gdzieś na granicy detoks a dragi, ale bardziej dragi niż detoks. No byłam w szoku, serio.
A jednak, patrz. Pomogłam myślę w małym stopniu, właśnie dzięki temu, że piszę te swoje nudnawe tekściki, po prostu by uporządkować myśli.

W momencie kiedy przyjechałam do Anglii i minimalnie się tu zaklimatyzowałam poznałam kilka naprawdę wspaniałych osób. Takich ludzi ze świecą szukać, szanować i pielęgnować jak kwiatki na wiosnę. Zwłaszcza, kiedy przez większość swojego szarego życia obracasz się wokół ludzi, których tak na prawdę nie znasz, albo uważasz ich za takich jakimi nie są. Z tych znajomych których miałam w Polsce, teraz mam kontakt dosłownie z kilkoma, mogę ich zliczyć na palcach jednej ręki. Cała reszta kręci się tylko wokół Facebooka i lajków pod zdjęciami. Nic więcej. A MYŚLAŁAM, że miała tyyylu przyjaciół, ha!
Oczywiście nie wszystko jest tak kolorowo jak się pisze, bo na świecie są ludzie i są parapety. Wszyscy wiemy o co chodzi. Poznajesz człowieka, dajesz mu super wypasiony pakiet zaufania i tylko patrzysz z boku co z tym zrobi. Liczysz na cudowne obrazki, a tu okazuje się, że nie dość, że okaże się fałszywą świnią, zakłamanym gnojem, zbędnym elementem, to jeszcze cię wykorzysta i zostawi na lodzie. W moim przypadku jedna na 20 osób poznanych osób okazuje się być człowiekiem, cała reszta to takie zbędne elementy. Dlatego też, zrezygnuję chyba z rozdawania mojego super wypasionego pakietu zaufania, bo naprawdę nie lubię się zawodzić. W ogóle po co tracić miejsce we wpisie, czas i myśli na takie parapety? Lepiej skupić się na tych przyjemniejszych tematach.
Na dzień dzisiejszy wiem, które relacje pielęgnować i pieścić, by przetrwały jak najdłużej, bo życie jest naprawdę krótkie i trzeba się nim cieszyć. Na co komu stresy, choroby z tego wynikające, leki jakieś na starość i ślepota, skoro można tego uniknąć i żyć dłużej swoim własnym osobistym wypielęgnowanym szczęściem?

Chwila, chwila. O czym właściwie miał być ten wpis? Nie wiem na czym się dokładnie skupić.

Powiem tak, życie kolorowe nie jest, podróżujesz jedną drogą i na pewno spotka Cię na niej wiele nieprzyjemności, ale nigdy się nie poddawaj, ile razy upadniesz, tyle razy wstaniesz, za każdym razem silniejszy. Nie licz na ludzi. Nie ufaj nikomu. To Ty jesteś najważniejszy, to Twoja bajka i spraw tak, by to ludzie walczyli o Twoje zaufanie, nie daj się wykorzystać, nie daj się manipulować, trzymaj w rękach to co Twoje i nie oddaj.




Nienawidzę manipulacji. Kurwa. Skup się, żarty się skończyły. Lecę. Wiele razy chciałam dać się ponieść na innych rękach, nie na moich, nie po mojemu, każda ręka niszczyła, delikatnie, coś zabrała, coś tam coś tam, aż na sam koniec tej drogi zostałbyś sam i do tego bez niczego, na dokładkę ze świadomością ile razy cofnąłbyś czas by tego, tego czy tego nie robić.
Zniknął nie było go. Cieszyłam się, że pójdzie siedzieć, w końcu wygrałam. Nie dałam się donieść do końca tej drogi na obcych rękach, oparłam się i stanęłam na nogi, zrozumiałam, że to złe, że to nie moje dzieło i nie moja duma, wręcz przeciwnie. W sumie dalej tak jest, ale ostatnio coś we mnie pękło, a dzisiejsza wiadomość jeszcze dobiła, jakbym dostała liścia prosto w twarz.
Dlaczego weszłaś na mojego Facebooka? Jak Antoś? Nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale mam do amputacji jeden palec, niedowidzę na prawe oko, mam krwiaka mózgu, ale w sumie to już nie Twoja sprawa. Wiedz, że nie pozwolę by ktokolwiek Ciebie i Antka skrzywdził, jesteś złą i najgorsza ale w sumie to kocham Cię. Jestem o krok wprzód do przekonania, że ot tak można kogoś wymazać z pamięci. Będę o Was walczył do końca. Nie było żadnej L., po Tobie nie miałem nikogo i nie będę nikogo miał, mówiłem, do trzech razy sztuka. Nie ważne. Hajs to priorytet, zostańmy przy tym temacie. Zdecydowałem, że zniknę w sumie, znajdź dla Antka dobrego tatę, ja zniknę, będę Was wspierał finansowo ale niech Antek nie wie o moim istnieniu.
A teraz Drogi Czytelniku znajdź tu logikę, bo ja nie widzę. Nie wiem, słowa to tylko słowa. Ja już ludziom w słowa nie wierzę, słowa nic dla mnie nie znaczą, nie słowa są ważne a czyny.
Ja mówię nie jesteś, nie byłeś, nie będziesz Bogiem, nie ma poziomów, nie ma, zejdź na ziemię, nie jesteś gwoździem tego programu, mówisz ‘przetrwasz’. Ja wiem, ja tak, ty nie, nie jesteś mocny, nie jesteś mądrzejszy z każdym kolejnym upadkiem, nie jesteś silniejszy, wbrew pozorom. Jesteś chory a każdy upadek otwiera Ci szerzej drzwi na cmentarz. Publiki już nie masz, koncert się skończył, wiem, że kiedyś to pojmiesz. Błędy popełnia każdy, ale nie codziennie te same, nie możesz być mądry, silny, skoro nie wynosisz z życia żadnej lekcji. Szansa, nadzieja są zawsze, ale nikt już nie będzie na to czekać, żeby Ci na koniec zaklaskać. Weź kurwa mnie nie załamuj. A najgorsze jest to, że każdy człowiek, mniej czy bardziej ważny powiedział Ci to samo, było ich dziesiątki, każdy to widział i słyszał. A Ty nadal uważasz się za Boga. Przepraszam ale mnie już dla Ciebie nie ma. Mnie na pewno.

Powodzenia S.

Czytasz i i tak nie uwierzysz, tyle TYLE bym dała, żeby to zobrazować, wyjąć z głowy i pokazać, przedstawić, ludzie, ludzie, ludzie! Spokojnie oddychaj, zapal i weź łyka, płynie monotonnie muzyka.

Wyścig myśli. Źle mi, terapia jakaś może, psycholog. Weźcie ode mnie to, proszę. 

Brakuje mi ludzi, różnych ludzi, spotkać, pogadać, nie myśleć. Uciec do pracy, popatrzeć, posłuchać, pobyć i wystarczy. Żeby zagłuszyć ten chujowy okres, ten żal, pomimo obecnego JEST OK, chyba nie jest. Nie wiem, nie wiem. Piszę, palce same uderzają o klawisze, nawet nie patrzę, to już nawet o wenę się nie rozchodzi, to już jest mętlik, który staram się poukładać, dojść do sedna tego problemu. Jakieś psychozy zostały. FUU jak wiatr. Dobra skończyłam, nawet na to nie patrzę, żegnam, to do potem.


2/17/2016

15. 110 dni

Dobra, 2016 siedzi, luty już nawet, a tu nic się nie dzieje. Tyle razy już to robiłam, że nawet nie jest mi głupio. I szczerze powiedziawszy patrzę na pusty arkusz już od dobrej godziny i na prawdę pustka w głowie aż mnie boli.

Dzieje się dzieje dookoła ale już na prawdę nie mam ochoty opowiadać. Tłumaczę i opowiadam non stop i jeszcze tutaj? Dobra, zrobię to tylko i wyłącznie dlatego, że sama postanowiłam sobie zamieszczać tu tę marną historię.
Ostatni post był 2 listopada czyliiii.. jakieś 110 dni temu, chyba, że kopnęłam się w obliczeniach, wybaczcie. W ciągu tych 110 dni naprawdę trochę się wydarzyło…. „kocham te moje ekscytujące początki opowieści”.

Przyjechałam razem z mamą, żeby pomogła mi przez pierwsze dwa tygodnie zadomowić się trochę i poszukać pracy. Nie no nie mam weny, dobra cicho, skup się. Była, pojechała, było smutno cicho i pusto. Znalazłam dla Antka przedszkole, do którego chodził może maksymalnie dwa tygodnie. W tym czasie pracowałam w kilku miejscach, bo jak wiadomo praca przez agencje, nie jest tak kolorowa jak się spodziewałam jadąc tutaj. Większość czasu siedzę w domu na dupie i liczę krople deszczu na oknie, NO BO CO INNEGO. Powoli zaczynam się irytować, jakaś taka mocno podirytowana ostatnio chodzę. 

Poznałam ludzi. Tylko i wyłącznie dzięki takiej, a nie innej pracy mam znajomych, miałam więcej, ale Polak za granicą już nie jest Twoim bratem i po raz kolejny przekonałam się, że lepiej unikać rodaków za granicą, niż szukać u nich przyjaźni. Pomimo większej ilości nieudanych znajomości, znalazły się też takie, które warto pielęgnować, mogę je policzyć na palcach jednej ręki. Ale po co komu więcej?
Przez prawie dwa miesiące miałam współlokatorów. Z jedną częścią tych współlokatorów dogadywałam się bardzo dobrze, a z drugą miewało różnie, raczej nie dobrze. Co poskutkowało tym, że w chwili obecnej toczę wojnę na słowa. Ale pamiętajcie drogie dzieci, z głupim nigdy nie wygracie, głupiemu trzeba przyznać rację i przybić jeszcze piątkę, hura. Także wojna, nie wojna, nie ważne, szkoda słów, może kiedy indziej, teraz nie, teraz nie ma weny.
Zostałam ciocią!


Oczywiście historia nie obejdzie się bez zawsze obecnego i aktywnego Pana S. czyli ‘gdziekolwiek się nie pojawię, zawsze wszystko spierdolę’. Nie minęła nawet pierwsza połowa grudnia, a Pan S. już tu był. I tym razem drogie dzieci Was nie zaskoczę, bo Pan S. był pijany! Przez miesiąc, prawie dzień w dzień, kilka razy dziennie, słyszałam walenie do drzwi i okien ‘wpuść mnie!’, ‘chcę tylko zobaczyć Antosia’, ‘chcę zobaczyć mojego syna i wejść się ogrzać’, ‘nie nakarmisz mnie?’. Serio? Znam to zbyt dobrze. Grudzień, więc można się spodziewać na dworze minusowej temperatury OCZYWIŚCIE, ale alkoholik zawsze da radę, nie ma innej opcji. Z czasem dowiedziałam się, że Pan S. okupuje super, hiper, wyjebiście wygodniutki, de luxe materac na opuszczonym ogrodzie, za opuszczonym domem i tam nie groźny był mu już śnieg, deszcz, grad czy wiatr, ważne, że flaszka zawsze była w kieszeni.
W końcu wylądował w szpitalu, zakażenie w nodze i odmrożenie rąk i nóg, tydzień w szpitalu pozwolił mu w końcu wytrzeźwieć. Pojawił się potem tylko na chwilę, odebrać swoje rzeczy, które jeszcze pozbierałam z ulicy, wyprałam i włożyłam mu do torby. Wiem, nie powinnam, nie wiem dlaczego to zrobiłam, ale zrobiłam, na chuj drążyć temat. Tego dnia widziałam go po raz ostatni, jeszcze później miałam z nim styczność w internetach, trochę gróźb, problemów, ostatecznie możliwe, że wylądował w więzieniu. Tyle w temacie, i mam nadzieję, że ten temat się więcej nie pojawi na mojej życiowej ścieżce.

A teraz zakończenie. Dobra, chciałabym, móc częściej zmusić się do pisania, ale moje lenistwo jest tak uparte, że sobie z nim nie radzę. Może są na to jakieś leki? Opisane wyżej wydarzenia to tylko skrót, potrzebuję być pod wpływem skrajnych emocji, by przywołać wenę do pomocy. Nie, chyba nie będę się zmuszać do płaczu, żeby coś napisać. To już nie ten etap.


Dobra, trzymajcie się ciepło, cieszcie się nadchodzącą wiosną tak jak ja to doskonale potrafię robić i będę zbierać siły na kolejne wpisy. Cześć!
SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://klaudiaurszula.blogspot.com/2016/02/