Chodzi mianowicie o to, że wybywam. Wybywam do zjednoczonych emiratów brytyjskich, jak to kiedyś ktoś tak nazwał. Druga Polska, polska kolonia etc. Udało się wszystko czasowo i finansowo rozplanować na moją korzyść i lecę zacząć od nowa. Który raz już to mówię, że zaczynam od nowa? Całe życie zaczynam od nowa. Ale lepiej zaczynać niż stać w miejscu, prawda?
Szukałam przez długi czas kogoś, kto chciałby podjąć się tego wyzwania ze mną. Jakiejś koleżanki, kolegi, może ktoś z rodziny, ktokolwiek. I tak właśnie znalazłam dwie i pół osóbki. Zajebiście było poznać kogoś nowego, przy tym odnowić stara znajomość i pomóc trochę w kompletowaniu wyprawki dla dzieciątka, które niedługo będzie z nami na tym świecie.
Wyszło z naszych spotkań prawdziwie wielkie YOLO, pożyczki, pakowanie, sprzątanie i wszystko rach ciach. Miesiąc znajomości i już mam kompanów do podróży. Sama perspektywa tego, że wyjeżdżając będę miała do kogo otworzyć buzię, jest na prawdę cudowna.
Sęk w tym, jak już wspomniałam, wyskoczył jeden głupi błąd, za dużo naobiecywałam i teraz mam za swoje. Stara znajomość się na mnie wypięła, nowa znajomość stoi po środku nas, i w sumie nie wiadomo czy jeszcze kiedykolwiek będzie w porządku. Akurat ta osoba ma kilka niefajnych cech i to jest ta komplikacja. Szkoda byłoby jeszcze przed startem wszystko zakończyć. Co to za fajna znajomość, kiedy z jednej strony masz przyjaciela a z drugiej wroga. Wróg wpływa na przyjaciela, bardziej niż przyjaciel na wroga i w końcu wyjdzie jedna wielka LIPA.
No nic, miejmy nadzieję, że wszystko się uda i nareszcie będę miała swój kąt na tym świecie.

