Ten czas, ten moment zbliża się nieubłaganie. Nic nie zrobię. Czasem zastanawiam się czy może zrobić coś, żeby przyspieszyć poród. Czytam i czytam. Seks, mycie okien, pompki, przysiady, mocna kawa, spacery, chodzenie po schodach. Ale czy nie lepiej poczekać jeszcze te dwa, trzy może nawet tygodnie? To ostatnie godziny samotności, już nigdy moje życie nie będzie takie samo. Już nigdy nie będę sama. Może przeczytam w spokoju kilka grubszych książek, przygotuję prezenty na święta i napiszę już kartki świąteczne. Kupię ozdoby na choinkę, pomaluję ściany w kuchni, narysuję portret mamy, o którym tak często myślę, załatwię sprawy prawne. Cokolwiek, byleby nie myśleć o tym momencie. Byłam taka pewna, zdecydowana, czasem ucieszona, czasem nie. Ale teraz zaczyna ogarniać mnie strach. Skąd będę wiedziała, że to już? Czy to boli? Czy zdąrzę do szpitala? Kiedy poprosić o znieczulenie? A jak wody odejdą mi w sklepie? Jak się zmienia pieluchę?! Jak w ogóle trzymać niemowlaka? A co jak go nie pokocham? A co jak pogrążę się w jeszcze większej depresji? Jak to będzie? Nie wiem. I nikt mi nie powie jak będzie wyglądać nowy etap w moim życiu.
Pamiętam jak w lutym wróciłam z ferii w Londynie, co przeżywałam przez te dwa tygodnie kiedy nie było Go obok. Nie wiedziałam co się dzieje, co jest prawdą a co nie. Z każdej strony atakowały mnie wiadomości, telefony. Nikomu nie potrafiłam uwierzyć. Ale w końcu wróciłam, chociaż kłamał i obiecywał, że kupił bilety i przyleci do mnie, że mi się oświadczy, że był w Lipiu i jest czysty. Okej, nie ważne. Wróciłam. To był najpiękniejszy okres w moim życiu, jeszcze nigdy nie czułam się tak szczęśliwa z powrotu do domu i z widoku mężczyzny. Pierwsze dni były cudowne, nie mogliśmy się od siebie odkleić i tak powstał nasz mały synek, który niedługo będzie z nami. Cieszę się, że stało się to mimo wszystko z czystej miłości, a nie w innych okolicznościach.
Jeszcze wtedy byłam inna niż jestem teraz. To oczywiste. Olewałam wszystko, nie było dla mnie konsekwencji. Najpierw robiłam, potem myślałam. "Jakoś to będzie, daj spokój" twierdziłam. Liczył się dla mnie tylko internet, kontakt z S., poranna kawa i fajka, a reszta była albo miłym dodatkiem albo małą przeszkodą, którą zwyczajnie ignorowałam.
Żyłam sobie tym schematem, walczyłam jedynie o Niego, z jego uzależnieniem, rodziną, ze wszystkim co się pojawiło. Pogrążyłam się w pakowaniu się w kłopoty. Kradzieże, oszustwa, wszystko żeby mieć łatwy hajs. Czas leciał. Dotarło do mnie, że spóźnia mi się okres. Kilka dni, to nic. Ale tydzień? Nie, spoko, to stres, dwa tygodnie, robiłam podejścia do zrobienia testu. W końcu mi się udało przemóc i wyszło na jaw. Już wtedy wyniosłam się z domu, mieliśmy zamieszkać razem, cały czas coś było nie tak aż w końcu wylądowaliśmy w domu Jego matki. Już rozumiem jego problemy psychiczne. Ja nie wytrzymałam w tym miejscu dwóch tygodni, a on żył tam latami. Kobieta z nerwicą, dzieciak z porażeniem mózgowym i alkoholik, który ma problemy z agresją. Wyjechaliśmy.
I zaczęła się moja zmiana. Kilka dni po wyjeździe z Piły oświadczył mi się w parku w Poznaniu. Byłam taka szczęśliwa! Pojechaliśmy w góry i tak piękna historia przemieniła się w koszmar. Skończyły się pieniądze, bo S. wypił, do teraz nie wiem dlaczego. Byliśmy szczęśliwi. Wiedziałam, że teraz nie przestanie pić. Nie było leków, nie było ratunku. Chciałam wrócić, zostawić go, ale nie mogłam, nie wiedziałam czy mnie zamkną jak wrócę, przecież jestem w ciąży. Okazało się, że musimy wyjechać za granicę. Teraz jak tak o tym myślę, on to zaplanował i kłamał, może, a może nie. Zaczęliśmy łapać stopa...
Przekroczyliśmy granicę Czech. Pierwszą noc spędziliśmy w śmietniku na makulaturę gdzieś przy autostradzie. Wcześniej chodziliśmy po domkach prosząc o nocleg ale niestety. Był początek kwietnia. Zdobyliśmy namiot i zaczęliśmy walkę. Przejechaliśmy Czechy, przekroczyliśmy granicę niemiecką i mięliśmy plan dojechać do Antwerpii w Belgii. Spaliśmy przy drogach, w lasach, za stacjami, za parkingami, w rowach, zmienialiśmy namioty jak skarpetki, walczyliśmy o jedzenie i alkohol, żeby S. był w stanie jechać dalej. W pierwszej połowie kwietnia wylądowaliśmy na kilka dni u Jego przyjaciela w Visselhovede, niedaleko Bremen. Wypraliśmy wszystkie rzeczy, śpiwory, namiot. I po 4 dniach pojechaliśmy dalej. Kolejne noce, kolejne ciężkie godziny, komary, czerwone mrówki, mróz w nocy, smród, Jego wymioty, alkohol, alkohol, alkohol!!! Udało się dojechać do Antwerpii. Od razu poszliśmy w stronę kanału. Dlaczego? Mieliśmy tu zamieszkać, S. miał pracować na barkach u swojego wujka. Czekaliśmy na barkę "Discovery", żeby krzyknąć, zawołać, żeby zacząć normalnie żyć. Miało być pięknie. Była już druga połowa kwietnia. Kilka dni spędziliśmy rozbici w jakiś krzakach. On już zaczynał wariować, psychoza zaczęła go atakować, nie wiedział kim jest, co robi, kim jestem i jaki jest plan. Okazało się, że Jego wujek od kilku lat ma firmę w Polsce i bez sensu wybraliśmy się do Belgii. Byłam załamana, ciąża, brud, głód, ciąg, namiot. Udało nam się skontaktować z Jego mamą i dowiedzieliśmy się, że w Hildburghausen jest jego biologiczny ojciec - alkoholik z agresorem. Nie miałam wyjścia, musiałam wziąć się w garść i wrócić się z nim do Niemiec.
Wracaliśmy przez Brukselę. Nawet nie wiedziałam gdzie jestem. Nie było czasu na zwiedzanie podziwianie, bo jego psychoza Go przerosła. Uderzył mnie, raz, drugi, trzeci. Zaczęłam się bronić. Biliśmy się nawzajem. On i ja zakrwawieni. Bałam się, w nocy krzyczałam kiedy chciał alkoholu w ja nie miałam, szarpał mnie. Nie wiedziałam co zrobić. Przyjechała policja, udawałam, że krzyki dochodziły ze strony ulicy. Nienawidziłam go. Już nie obchodziło mnie kim jest, bilam go, byłam w stanie zabić, żeby tylko nie pił, żeby wrócił. W Belgii pierwszy raz wylądował w szpitalu. Nie pomogli. Nie wiedzieli co zrobić, nie znali alkoholizmu?
Złapaliśmy stopa z Brukseli do Köln z jakimiś dziadkami. Byliśmy już blisko ale jego stan był krytyczny. Przestał jeść, pił litr wódki dziennie i nie jadł od tygodni. Krew leciała mu z uszu, oczu, nosa, wymiotował krwią, ropą, błagał, ale nie wiedział o co, nie wiedział co się dzieje. To były dwa dni przed Wielkanocą kiedy wylądowaliśmy drugi raz w szpitalu w Fuldzie. Nie był w stanie się poruszać, nie mogłam go nosić. Leżał i umierał... Przyjechała karetka, która zabrała nas do szpitala. Miał około 4 promile alkoholu we krwi, przez kilka godzin był podłączony do kroplówki, podali mu witaminy, wody, w końcu zaczął wracać do żywych. Cieszyłam się, że uda się wyciągnąć go z ciągu. Niestety około północy zaczęło mu brakować alkoholu, zaczął trzeźwieć. Miał około 2 promile. Żeby dostać leki musiał poczekać do rana. Nie wytrzymał, powiedział, że wychodzi. Podpisał papierek o tym, że zdaje sobie sprawę o zagrożeniu życia i poszliśmy szukać miejsca na namiot. Załatwił sobie alkohol i to był błąd. Dzień przed Wielkanocą. Błagałam go o to, żebyśmy dojechali. Mięliśmy tylko 100 km do Hildburghausen. Obiecał, że przyjdzie do mnie zając... Obiecał. Ale wyszła kolejna historia z tego wszystkiego.
Postanowiliśmy wziąć taksówkę z Fuldy do Hildburghausen, bo byliśmy pewni, że Wiechu jest na miejscu i zapłaci za przejazd, a my mu oddamy jak S. zarobi. Dotarliśmy na miejsce, ale taksówkarz okazał się być zapatrzonym w pieniądze Turasem. Nie mogliśmy znaleźć Wiecha, nie wiedzieliśmy czy w ogóle jest w miasteczku. Pojechaliśmy pod zakład pracy Gruner i tam nasz Turas się wkurzył i zadzwonił po policję. Pojechaliśmy na komendę, on złożył zeznanie, byliśmy mu winni prawie 200€ za przejazd. Policja próbowała dowiedzieć się gdzie jest Wiechu, nikt nie odbierał telefonu. Nagle S. zaczęła lecieć krew z nosa i dostał ataku padaczki. Przyjechała karetka, już 3 raz. Zabrali go do szpitala, a ja zostałam sama z tym wszystkim. Okazało się, że Wiechu wróci za tydzień do Niemiec. Z policji wypuścili mnie do szpitala. Tam zalatwiłam sobie nocleg i zostaliśmy w szpitalu na całe święta. Całe szczęście wyciągnęli go z ciągu. Nareszcie był ze mną, nie tylko fizycznie ale też psychicznie. Przynosiłam mu prezenty, całowałam, tuliłam. Nareszcie...
Ale to nie był koniec. Wypuścili nas a my nadal nie wiedzieliśmy co zrobić jeszcze te kilka dni. Rozbiliśmy namiot na czyjejś działce. Była opuszczona, sam trawnik, zniszczony płot, myśleliśmy, że to teren niczyj. Znowu ktoś wezwał policję ale udało nam się dogadać. Dostaliśmy od właściciela kilka dni, żeby się tu przenocować i jedzenie. Urządziliśmy się, wykąpaliśmy w strumyku i przetrwaliśmy te kilka dni.
Przyjechał Wiechu, zamieszkaliśmy z nim na około dwa tygodnie. Do połowy maja...
CDN