11/28/2014

2. Niczego nie żałuję

Takie widoki z rana mogę mieć już do końca życia, ale nic nie trwa wiecznie. Maluszek stanie się kiedyś mężczyzną i wiem jedno na pewno. Że to będzie jedyny mężczyzna, o którego zawsze będę walczyć. Już mam przed oczami wizję tego, jak zaczyna raczkować po domu, póżniej będzie biegał, zimą jeździł na sankach, a jesienią zbierał liście i kasztany, z których powstaną piękne ludziki. Latem będziemy jeździć nad jezioro i pływać w wodzie na dmuchanych krokodylach, a wiosną będziemy we trójkę jeździć rowerami. Będziemy wysyłać dziadkom kartki świąteczne i laurki na urodziny. 

Teraz nie ma dla mnie znaczenia to, co działo się jeszcze rok temu. Było, minęło. Matura? Kiedyś będzie na to czas, jestem przecież młodą mamą! Te wszystkie spóźnienia na lekcje, jedynki na wywiadówkach, odpowiedzi z biologii i stanie przy tablicy całą lekcję matematyki w stresie, fajka na przerwach, wypracowanie z historii. Jakie to wszystko jest nieważne! Ktoś się zapyta, czy gdybym mogła, cofnęłabym czas i poprawiła te błędy, które popełniłam w życiu? Nie, bo kim byłabym teraz? Skąd wiedziałabym to wszystko co wiem? Co z tego, że ktoś by mi powiedział i wytłumaczył. Ten kto mnie zna, wie, że należę do osób, które popełniają jeden błąd tysiąc razy, aż nie dopadną mnie prawdziwe konsekwencje. 

Od czwartej klasy podstawówki wagary, spóźnienia i lenistwo. W rezultacie brak matury i wydalenie z ostatniej klasy liceum. Oszustwa, kradzieże i przekręty. Oczywiście nie jest teraz łatwo z tym żyć, ale skąd bym to wiedziała?

Ale są też dobre rzeczy. Głupota i brak antykoncepcji podczas seksu. W rezultacie malutki Antoni. Nie żałuję. Kocham. 


11/26/2014

1. Wróciłam i zaczynam od początku

Tak przeżywałam, tak się bałam, tyle obaw, i stało się! Nareszcie! W dzień, kiedy napisałam ostatni post byłam u lekarza. To był 20 listopad czyli dzień terminu. Mówiłam, że jeszcze na pewno tyle czasu muszę czekać. A co jak minie 42 tydzień, a Antosia dalej nie będzie z nami? Niepotrzebnie się stresowałam. Tego samego dnia po powrocie od lekarza zaczęły się bóle brzucha i delikatne skurcze. I kolejne pytania: to skurcze przepowiadające? Czy to nawet nie przepowiadające? A co jak wody mi odejdą zaraz? A może odeszły a ja nie zauważyłam? 
Zbliżał się wieczór, bóle robiły się trudniejsze do zignorowania. Godzina 2:00 i zaczęłam zastanawiać się czy nie wezwać karetki, bo przecież może przejdą... Godzina 4:00 byłam już w szpitalnej recepcji, żeby się zarejestrować. Od razu po tym zawieziono mnie do pokoju, w którym przeprowadzono ktg. Nagle odeszły mi wody i skurcze przybrały na sile i tak się zaczęło rozkręcać. Z góry poprosiłam położną o znieczulenie, zgodziła się i przy okazji zaproponowała podanie kroplówki, która jednocześnie znieczuli i uśpi na kilka godzin, bo miałam wówczas rozwarcie szyjki macicy na 3-4cm. Chciała żebym się zrelaksowała i żeby na spokojnie rozwarcie się powiększyło, bo podczas skurczy raczej będzie ciężko. Pojechałam do swojego pokoiku kilka pięter wyżej, tam podłączyli mnie do kroplówki i czekałam.... Czy coś się zmieniło? Hm, ból jak był tak został i stawał się gorszy i gorszy. Nie byłam ani trochę rozluźniona, wzrok był opóźniony, miałam drgawki, dreszcze i to co się działo z moim organizmem mogę śmiało porównać do bad tripa po mdma. Po godzinie moje krzyki, przekleństwa i płacz można było usłyszeć w całym szpitalu. Błagałam pielęgniarki o znieczulenie, nie wiedziałam gdzie jest góra a gdzie dół. Czy tak trudno było zrozumieć, że umieram? Po pewnym czasie zabrali mnie na wózku na salę porodową i ostatni raz wspomniałam o znieczuleniu. Położna powiedziała, że już dostałam i nic innego nie może mi dać ale jest jeszcze możliwość wykonania PDA czyli zewnątrzoponowego. Tak! W końcu! Cały czas o tym mówię! I tak na salę przyszło dwóch lekarzy anastezjologów, poprosili mnie o podpisanie dokumentów, wytłumaczyli mi jak to wygląda ale szczerze mówiąc miałam w dupie jak to przebiega.
Mogli mi nawet rękę odciąć i przyszyć jeśli to byłoby konieczne byleby tylko nie bolało dalej. Dowiedziałam się, że podawanie PDA trwa pół godziny i w tym czasie muszę siedzieć na brzegu łóżka w pozycji skulonej w koci grzbiet tak, by lekarz widział mój kręgosłup i mógł pomiędzy kręgi wbić igłę z cewnikiem, przez który podane zostanie znieczulenie.


Przyjechał S., zaczął coś gadać bez sensu o tym, że to nic wielkiego czy coś. Nie pamiętam dokładnie ale byłam zła, że gada. Wystarczyło, że był obok i dawał mi ściskać swoją rękę tak, jak robiłam to kilku osobom przed nim. Po parunastu minutach walki ze znalezieniem idealnego miejsca na igłę było już po prostu za późno. Miałam rozwarcie 9cm i musiałam zacząć przeć. Darłam się wniebogłosy dopóki lekarz nie poradził mi przelania energii z krzyku w parcie i tak zamknęłam się do końca. Parłam przez kilka minut, czułam jak główka przeciska się powoli ale nie może wyjść. Lekarz zapytał dwa razy czy chcę dotknąć czubka głowy Antosia ale nie chciałam, bałam się tego, nie wiedziałam czy to doda mi siły czy wręcz przeciwnie. Beng! Główka wyskoczyła i kilka sekund po niej ramionka i cała reszta. Co za ulga! Nagle wszystkie bóle, nerwy, pretensje które gromadziły się 
przez 9 miesięcy wyszły ze mnie razem z synkiem, który od razu wylądował w moich ramionach.
Jeszcze ostatni bolesny skurcz i wyszło łożysko. Tatuś przeciął pępowinkę i zrobił kilka zdjęć.
Godzina 8:32 urodziłam! Co za ulga... Ostatni bolesny element porodu czyli szycie krocza. Niestety rozerwałam się i należało mi się 5 szwów, nie polecam.
Jeszcze przez kilka godzin leżałam na sali porodowej z brudnym maluszkiem w ramionach ale byłam zakochana, od tamtej chwili nie ma dla mnie ważniejszych spraw niż bycie obok tego ludzika. 
Zostaliśmy w szpitalu do poniedziałku. Codziennie pielęgniarki robiły nam badania i dbały o wszystko czego potrzebowaliśmy. Pokazały mi jak wykąpać, przewinąć, nakarmić Antosia, dały mu prezenty, odwiedził nawet ksiądz, żeby go pobłogosławić Gdzie w Polsce moje dziecko dostanie tyle uwagi i troski? Tylko w prywatnych klinikach jak mniemam.

Na koniec powiem kilka słów. Teraz, gdy już minęło kilka dni mogę śmiało powiedzieć, że ból
porodu i cały ciężki okres ciąży wart jest tego wszystkiego. Mogłabym przeżyć jeszcze raz te kilka bolesnych godzin ile razy będzie trzeba. Nie wybrałabym dobrowolnie cesarskiego cięcia, po pierwsze, bo nie byłabym świadoma do końca jakie to jest poświęcenie urodzić dziecko. Jest dużo kobiet, które wolałyby "pójść na łatwiznę", żeby tylko nie bolało, ale domyślam się, że okres po cesarce byłby o wiele gorszy niż po porodzie naturalnym.

Teraz czuję się zupełnie inaczej. Jak przypomnę sobie te awantury, krzyki, pretensje o nieumyte naczynia, niewytartą podłogę po kąpieli, o facebookowe rozmowy, to wszystko było tak absurdalnie głupie z mojej strony... Myślałam, że to kontrolowanie i cała reszta były słuszne ale myliłam się. Hormony jednak robiły swoje i zupełnie przesłaniały mi trzeźwe myślenie. Chciałabym przeprosić wszystkich, których obraziłam, z którymi się pokłóciłam w tym okresie. Byłam kimś zupełnie innym. Mój Baniu nawet powiedział, że zachowuję się teraz inaczej. Jestem taka, jaką pokochał. Bolało mnie to jak powtarzał, że gdyby nie dziecko to już dawno by odszedł, że teraz wyszło jaka jestem znerwicowana, że jestem chora psychicznie, a jednak nie! Chyba że to powróci. Jak na razie nie
przeszkadzają mi brudne naczynia i inne pierdoły, a nawet jeśli to sama to posprzątam ale bez
wyrzutów.

Wróciłam i zaczynam od początku!


11/20/2014

24.2 Dzień terminu!

Jest 20 listopada czyli dzień terminu porodu ustalonego przez lekarza. W nocy nie mogłam spać, wyobrażałam sobie sytuacje jak odejdą mi wody, jak zadzwonić po karetkę, jak czuć ból skurczy, ból podczas podania znieczulenia, kiedy o nie zapytać, cholera! W rezultacie mój sen prawie nie trwał. Powiedzmy, że udało mi się zasnąć około 5 nad ranem, po 6 usłyszałam dziwnie brzmiące walenie. "O, S. jednak nie wziął kluczy do domu" pomyślałam, ale co? Otorzyłam drzwi a tam nikogo nie ma... Wali dalej, poszłam do kuchni i zobaczyłam za oknem mojego Romeo. Chciałabym zaznaczyć, że mieszkamy na drugim piętrze, na samej górze budynku, w którym nie ma balkonów. Nie wiem jak on to zrobił ale wszedł do domu oknem przez wyjście przeciwpożarowe. Nie śpię w soczewkach, więc jak zobaczyłam czarną postać za oknem byłam delikatnie mówiąc przerażona, w głębi duszy modliłam się, żeby ten strach wywołał skurcze ale niestety.. Teraz jest godzina prawie 13 i muszę zebrać się do lekarza. Może powie mi dziś coś nowego, ciekawego. W poniedziałek miałam rozwarcie szyjki macicy na 1cm, niewiele, ale jednak już jakieś było, dziś, po kilku bolesnych i nieprzespanych nocach powinno być większe. Proszę niech już zacznie się coś dziać!

EDIT
Wróciłam niedawno od lekarza i pierwsze co to zaliczyłam ktg, które zarejestrowały dość sporą częstotliwości skurczy. Szczerze powiedziawszy nadal ich nie czuję... Ale! Po rozmowie z lekarzem dowiedziałam się co robić dalej. Jeżeli synek nie urodzi się do soboty, to w sobotę mam pojechać do szpitala na badania kontrolne. Jak wszystko będzie w porządku odeślą mnie do domu, chyba że zadecydują coś innego. W innym wypadku kolejną wizytę kontrolną mam zapisaną na poniedziałek do mojego lekarza ginekologa. Co się będzie działo - czas pokaże. Jestem mega podekscytowana! 

Dziś z rana przyszło kilka zamówionych przez nas rzeczy, a mianowicie przedłużenie do stołu, które muszę sprzedać i piękne białe łóżko ze skórzanym obiciem. Ahh jest na co patrzeć. Od razu zrobiliśmy przemeblowanie naszego małego pokoiku. Dzisiejszej nocy będę spać na kanapie, bo materac do łóżka przyjdzie dopiero jutro ale jakoś dam radę. W ciągu kilku następnych tygodni przywędruje do nas nowe wyposażenie kuchni czyli meble, lodówka i piekarnik, krzesła do stołu i na deser laptop. Nareszcie będziemy mieć pięknie urządzone mieszkanie! 

11/16/2014

23.2 Co...

Czas leci jak szalony, a sprawia wrażenie jakby stał w miejscu. Cały czas narzekam, że nuda, że sama, że lenistwo. Jeszcze "kilka dni temu" do terminu było pół roku, a teraz? Tylko cztery dni! Chyba to do mnie nie dociera, że zostanę mamą.. Żyję sobie codziennie tym samym schematem, pobudka, poranna toaleta, posprzątać, wypić kawę, sprawdzić co się dzieje w internecie, co zabiera mi zdecydowaną większość czasu, zrobić obiad, przywitać Sebę po pracy, nakarmić go, przetrwać do wieczora i pójść spać. Niby zabijanie czasu, żeby już był z nami Antoś, no a co jak już będzie? Co się zmieni? Jak to będzie wyglądać? Szybko się zestarzeję, nie wiem jak żyć w swojej rodzinie, jeszcze nie wiem co i jak. Jak z finansami, jak to się robi, jak rachunki, a kiedy praca? Czy mogę pracować jak dziecko będzie miało kilka miesięcy czy raczej nie powinnam? A znajomi? A jak moje samopoczucie? Czy kiedyś będę miała stałe miejsce, prawdziwy dom na tym świecie, w którym będę czuła się jak u mamy? Czy będę szczęśliwa? Tyle pytań... A ja siedzę na Facebooku i odświeżam stronę główną...

Nie wiedziałam, że życie na własny koszt jest takie... bez barierek? Nikt nie mówi "zrób to szybko, bo pózniej będziesz miała pod górkę" albo "nie rób tego, nie rób nic głupiego, nie zapomnij tego" itd. Lodówka sama się nie napełni, dom sam się nie posprząta. Dziwnie, prawda? Takich rzeczy się nie spodziewałaś. Że jak sobie pościelesz tak się wyśpisz. A dziś akurat nie mam poszewek na kołdrze, bo się wyprały. Nie, same się nie wyprały, i nie, same też się nie wywiesiły. Szok. 

Z innej beczki teraz. Wczoraj byliśmy w Regensburgu w Ikiei. Taki luźny pomysł, bo okazało się, że kilka dni temu robiąc zakupy do mieszkania, zamówiliśmy przedłużenie do stołu zamiast stołu po prostu. Ah te niemieckie strony... Przez cały pobyt w sklepie byłam podminowana. KAŻDA osoba tam obecna (a wyobraźcie sobie ile osób może być w sobotnie popołudnie w takim sklepie jak ikea) musiała na mnie spojrzeć. Po co, pytam??? Na chuj wlepiasz te gały?! No kurwa kobiety w ciąży NIKT kurwa nie widział NIGDY! Ale nie o tym chciałam mówić. Stojąc przy kasie ogarnął mnie okropny smutek, a może nawet jeszcze wcześniej i S. to zauważył. "Nie jesteś szczęśliwa prawda?" I zrozumiałam.

Jestem z człowiekiem, który tyra dzień w dzień, siedem dni w tygodniu prawie 10h w pracy. Większość wolnego czasu spędza na naprawianiu laptopów, żeby zdobyć jeszcze pare groszy. Żeby kupić farbę i pomalować mieszkanie, żeby zamówić wygodne łóżko i miękki materac, żeby nie bolały mnie plecy, żeby kupić lampę, bo szybko męczy mi się wzrok, żeby kupić nową lodówkę, nową kuchnię, krzesła i stół, żeby wigilia była piękna. Robi wszystko, żebyśmy mięli wszystko. A ja nie jestem szczęśliwa. Dlaczego? Bo rzeczy materialne mnie nie cieszą. Kiedy byłam najbardziej szczęśliwa? W ciągu tego roku najszczęśliwszy moment należał do chwil spędzonych w namiocie na działkach, po kilku dniach w szpitalu. Nie mieliśmy tego wszystkiego, ale mieliśmy siebie. Mogliśmy razem spać, grzać się w jednym śpiworze, razem kąpać w strumyku i chodzić na spacery po lesie. Na prawdę. Wolę nie mieć sofy, laptopa, telewizora i nowej kuchni ale mieć tego kochanego mężczyznę, który smażył mi parówki i przynosił herbatę ze sklepu codziennie rano. A nie tego naburmuszonego, wiecznie zdenerwowanego faceta, który chce od razu zagwarantować wszystko. Przepraszam, ale taka jest prawda. Wydaje mi się, że z jednej strony taka prawda jest jednak z jednej strony piękna. 


11/12/2014

22.2 Udało się przetrwać

CZĘŚĆ II

Przyjechał Wiechu, u którego mieszkaliśmy do połowy maja. Jak to wyglądało mniej więcej? Cóż, kawalerka wielkości maksymalnie 15m2. Jedno łóżko, stół, zlew, jakiś narożnik i szafa. Wszystko brudne od oleju, bo pokoje w tym pensjonacie były zajmowane głównie przez pracowników firmy Gruner, czyli fabryce części samochodowych.
Przyjechał ze swoim kumplem, oboje pili razem z sąsiadem, codziennie, wszyscy alkoholicy, więc tak jak zaczęli, tak skończyć nie mogli. A za co pili, skoro do pracy nie byli w stanie iść? Proste, na nasz koszt. S. w ramach "podzięki" za "gościnę" przynosił im raz na dwa dni, czasem codziennie flaszkę... Okropieństwo. Nie mogłam czuć się swobodnie, ani trochę prywatności, bo zawsze ktoś był w pokoju. Pójść pod prysznic w majtkach i koszulce? W życiu! Musiałam owijać się kołdrą, żeby uniknąć obleśnych spojrzeń starych schlanych dziadów... 
Ale nie potrwało to długo. Wiechu stracił pracę, bo pił, kilka tygodni, wyłączyła mu się chęć do jedzenia, więc proste było, że długo tak nie pociągnie. Ostatnie dni słuchaliśmy bez przerwy, że on wraca do Polski, bo nie ma co, nie ma kasy, zaczęły się również problemy z tym pokojem, w którym wszyscy mieszkaliśmy, bo był dłużny właścicielce trochę kasy. Szybko te wygody, na które tak liczyliśmy się skończyły, do tego dość nieprzyjemnie. Nasze ostatnie starcie z Wiechem pełne było wyzwisk, przekleństw, obwiniania i bliskie rękoczynów. Żadna z tych osób później się do nas nie odezwała, nie była ciekawa co z nami, czy sobie poradziliśmy. 


Znowu czekał nas namiot ale tym razem mieliśmy towarzysza. Bodzia. Raz przyszedł do Wiecha na wódkę i tak go poznaliśmy. Kolejny alkoholik ale na tym blogu nie raz już o nim wspominałam. Człowiek przesadnie uprzejmy, przeprasza nawet za to, że idzie się wysrać, że je i że w ogóle istnieje... Codziennie papieroski, piwerka, wszystko na spokooooojnie, bez pośpiechu, damy radę. Dużo pisałam o nim w postach 174, 180, więc nie będę się niepotrzebnie powtarzać :). 
Razem z opuszczeniem mieszkania tego ELEMENTU (bo Wiecha nie jestem w stanie przydzielić do ludzi, nie dlatego, że jest alkoholikiem, po prostu dla mnie nie jest człowiekiem) natrafiliśmy na kolejnego uzależnionego - Bodzia, 60letni pan, niski, przesadnie miły, irytujący, chory. Z nim spędziliśmy kolejne 2-3 tygodnie podróży w poszukiwaniu stałego miejsca zamieszkania, lekarza i pracy. Zaznaczam, że Seba nadal nie pił, dla odmiany upijał Bodzia. Codziennie kilka piw a wieczorem flaszeczka na dobry sen. Tolerowałam to, czasem było śmiesznie, bo nie powiem, ale Bodziu tracił kontrolę nad ciałem i umysłem po 2, może 3 piwach. Robił dziwne rzeczy rękami, nogami, robił miny. Nadszedł czas kiedy przestałam to 
tolerować. Przepraszam bardzo, ale starszy pan, śmierdzący, brudny, ze sztuczną szczęką, która nie wiedziała co to 
szczoteczka do zębów i pasta, codziennie brzydko mówiąc najebany. To nie dla mnie, zwłaszcza, że spał z nami w namiocie,
 smród nie do zniesienia, raz nawet był tak pijany że obudził się w nocy i bezczelnie WYSIKAŁ SIĘ w środku. Wszystko do śmietnika, ciuchy, jedzenie, kapcie, które ratowały moje stopy w lodowate noce, byłam załamana.. A S.? Nie rozumiem ale nadal go upijał, z czasem Bodziu sam prosił się o "piwko i jakieś papieroski" zanim zaczniemy załatwiać sprawy. Nie 
potrafił niczego zrobić bez zapicia kaca...

W ciągu tych 2-3 tygodni na początku mieszkaliśmy w domu starego Niemca. Bodziu znał go, bo był jego sąsiadem zanim jeszcze go znaliśmy. Nazwaliśmy go Komiks :). Należał do grona takich osób, które mają zakorzenione jakieś przyzwyczajenia, kochają swój dom i są bardzo związani ze swoją przeszłością. Jego dom pełen był gratów, koców, rzeczy, które zrobił sam z szyszek i zdobiazgów znalezionych na dworze, zdjęć rodzinnych i przede wszystkim wiader z deszczówką do podlewania roślin w ogrodzie. Na zewnątrz była masa drewna, narzędzi i materiałów budowlanych, bo z tego co widziałam rozbudowywał jedno skrzydło domu. Miał też króliki i szopę. Pozwolił nam mieszkać u niego przez chyba 4 dni ale chyba głównie ze względu na to, że byłam w ciąży. Przynosił mi codziennie owoce i soki, które musiałam zjadać na jego oczach, wtedy był bardzo zadowolony, pomimo, że jego twarz zawsze była taka sama, nigdy nie wiedzieliśmy w jakim był humorze. Cygaro w buzi i zmarszczone czoło, rzadko kiedy jakikolwiek uśmiech. 
Kilka razy odwiedziła go koleżanka - Karin. Starsza pani, która miała na przeciwko jego domu działkę. Umówili się, że zamieszkamy u niej na tak długo na ile będziemy chcieli, dopóki nie znajdziemy pracy i mieszkania. I tak się stało. Razem z
Sebą dostaliśmy mały pokoik, a Bodziu spał w pokoju gościnnym. Nigdy nie pomyślałabym, że spotkamy tak miłych ludzi.
Okazało się, że Karin wyjeżdża na tydzień do swojej chorej ciotki czy coś takiego i zostaliśmy całkiem sami. W tym czasie mięliśmy załatwić wszystko, ale nie udało się. Było pare opcji na pracę, ale bez zagwarantowanego mieszkania, a jak już było mieszkanie, tanie, w którym przez jakiś czas byśmy sobie poradzili we trójkę, a potem poszli na swoje, okazało się, że
kaucja wynosi prawie 3000€!!! Bodziu dostał wsparcie finansowe od Komiksa i Karin w postaci 700€, ale część przepił, a druga część została przeznaczona na transport do sąsiedniej miejscowości. Tak minęła nasza szansa, Bodziu się upił, narobił bałaganu w sąsiedztwie, pojechał na pogotowie, o wszystkim dowiedziała się Karin i delikatnie się nas pozbyła.


Wzięliśmy więc namiot, walizki i pojechaliśmy rozbić się w Suhl i dalej szukać pracy. Mieszkaliśmy w dole, w krzakach niedaleko dworca autobusowego, jakoś sobie radziliśmy. Po kilku dniach udało się skontaktować się z biurem w Regensburgu, którzy oferowali im pracę. Musieliśmy w ciągu jednego weekendu przejechać około 300km do Bawarii na stopa, żeby wstawić się na rozmowę. Po rozmowie okazało się, że Bodziu dostał i pracę i mieszkanie i pojechał z ludźmi z biura do Neustadt. A my? Zostaliśmy na lodzie... Dojechaliśmy po kilku godzinach do niego, bo obiecał, że jak damy radę się dostać do Neustadt to pójdziemy do innego biura i on S. pracę załatwi. Szczerze mówiąc przez cały okres opieki nad Bodziem często obmyślaliśmy różne plany jak go zostawić, uciec od niego, tak, żeby się nie zorientował. Po prostu to był dla nas ogromny ciężar, bo bardziej przeszkadzał niż pomagał.

Dojechaliśmy do Neustadt nad Dunajem, spotkaliśmy się z Bodziem. Liczyliśmy na to, że przenocuje nas, pożyczy kilka euro na jedzenie, pozwoli wykąpać, wyprać wszystkie rzeczy. W życiu. Każdy człowiek okazuje się po czasie egoistą. Jest jak czegoś potrzebuje, a jak już ma to się odwraca. Przez kolejne dwa tygodnie mieszkaliśmy w namiocie na polu przy drodze do początku czerwca. Seba codziennie chodził do biura pracy i czekał na informacje. Jako, że nie był sam tylko ze mną nie mógł dostać od biura mieszkania. Ale na nasze szczęście poznaliśmy Remika, który przygarnął nas do siebie i tak mieszkaliśmy u niego prawie do sierpnia.


Resztę tego, co działo się dalej możecie przeczytać od postu 165 :) 
To wszystko na dzisiaj. W końcu mogę być na bieżąco.


11/05/2014

21.2 A miało być tak pięknie

Ten czas, ten moment zbliża się nieubłaganie. Nic nie zrobię. Czasem zastanawiam się czy może zrobić coś, żeby przyspieszyć poród. Czytam i czytam. Seks, mycie okien, pompki, przysiady, mocna kawa, spacery, chodzenie po schodach. Ale czy nie lepiej poczekać jeszcze te dwa, trzy może nawet tygodnie? To ostatnie godziny samotności, już nigdy moje życie nie będzie takie samo. Już nigdy nie będę sama. Może przeczytam w spokoju kilka grubszych książek, przygotuję prezenty na święta i napiszę już kartki świąteczne. Kupię ozdoby na choinkę, pomaluję ściany w kuchni, narysuję portret mamy, o którym tak często myślę, załatwię sprawy prawne. Cokolwiek, byleby nie myśleć o tym momencie. Byłam taka pewna, zdecydowana, czasem ucieszona, czasem nie. Ale teraz zaczyna ogarniać mnie strach. Skąd będę wiedziała, że to już? Czy to boli? Czy zdąrzę do szpitala? Kiedy poprosić o znieczulenie? A jak wody odejdą mi w sklepie? Jak się zmienia pieluchę?! Jak w ogóle trzymać niemowlaka? A co jak go nie pokocham? A co jak pogrążę się w jeszcze większej depresji? Jak to będzie? Nie wiem. I nikt mi nie powie jak będzie wyglądać nowy etap w moim życiu.

Pamiętam jak w lutym wróciłam z ferii w Londynie, co przeżywałam przez te dwa tygodnie kiedy nie było Go obok. Nie wiedziałam co się dzieje, co jest prawdą a co nie. Z każdej strony atakowały mnie wiadomości, telefony. Nikomu nie potrafiłam uwierzyć. Ale w końcu wróciłam, chociaż kłamał i obiecywał, że kupił bilety i przyleci do mnie, że mi się oświadczy, że był w Lipiu i jest czysty. Okej, nie ważne. Wróciłam. To był najpiękniejszy okres w moim życiu, jeszcze nigdy nie czułam się tak szczęśliwa z powrotu do domu i z widoku mężczyzny. Pierwsze dni były cudowne, nie mogliśmy się od siebie odkleić i tak powstał nasz mały synek, który niedługo będzie z nami. Cieszę się, że stało się to mimo wszystko z czystej miłości, a nie w innych okolicznościach. 

Jeszcze wtedy byłam inna niż jestem teraz. To oczywiste. Olewałam wszystko, nie było dla mnie konsekwencji. Najpierw robiłam, potem myślałam. "Jakoś to będzie, daj spokój" twierdziłam. Liczył się dla mnie tylko internet, kontakt z S., poranna kawa i fajka, a reszta była albo miłym dodatkiem albo małą przeszkodą, którą zwyczajnie ignorowałam. 
Żyłam sobie tym schematem, walczyłam jedynie o Niego, z jego uzależnieniem, rodziną, ze wszystkim co się pojawiło. Pogrążyłam się w pakowaniu się w kłopoty. Kradzieże, oszustwa, wszystko żeby mieć łatwy hajs. Czas leciał. Dotarło do mnie, że spóźnia mi się okres. Kilka dni, to nic. Ale tydzień? Nie, spoko, to stres, dwa tygodnie, robiłam podejścia do zrobienia testu. W końcu mi się udało przemóc i wyszło na jaw. Już wtedy wyniosłam się z domu, mieliśmy zamieszkać razem, cały czas coś było nie tak aż w końcu wylądowaliśmy w domu Jego matki. Już rozumiem jego problemy psychiczne. Ja nie wytrzymałam w tym miejscu dwóch tygodni, a on żył tam latami. Kobieta z nerwicą, dzieciak z porażeniem mózgowym i alkoholik, który ma problemy z agresją. Wyjechaliśmy.

I zaczęła się moja zmiana. Kilka dni po wyjeździe z Piły oświadczył mi się w parku w Poznaniu. Byłam taka szczęśliwa! Pojechaliśmy w góry i tak piękna historia przemieniła się w koszmar. Skończyły się pieniądze, bo S. wypił, do teraz nie wiem dlaczego. Byliśmy szczęśliwi. Wiedziałam, że teraz nie przestanie pić. Nie było leków, nie było ratunku. Chciałam wrócić, zostawić go, ale nie mogłam, nie wiedziałam czy mnie zamkną jak wrócę, przecież jestem w ciąży. Okazało się, że musimy wyjechać za granicę. Teraz jak tak o tym myślę, on to zaplanował i kłamał, może, a może nie. Zaczęliśmy łapać stopa...
Przekroczyliśmy granicę Czech. Pierwszą noc spędziliśmy w śmietniku na makulaturę gdzieś przy autostradzie. Wcześniej chodziliśmy po domkach prosząc o nocleg ale niestety. Był początek kwietnia. Zdobyliśmy namiot i zaczęliśmy walkę. Przejechaliśmy Czechy, przekroczyliśmy granicę niemiecką i mięliśmy plan dojechać do Antwerpii w Belgii. Spaliśmy przy drogach, w lasach, za stacjami, za parkingami, w rowach, zmienialiśmy namioty jak skarpetki, walczyliśmy o jedzenie i alkohol, żeby S. był w stanie jechać dalej. W pierwszej połowie kwietnia wylądowaliśmy na kilka dni u Jego przyjaciela w Visselhovede, niedaleko Bremen. Wypraliśmy wszystkie rzeczy, śpiwory, namiot. I po 4 dniach pojechaliśmy dalej. Kolejne noce, kolejne ciężkie godziny, komary, czerwone mrówki, mróz w nocy, smród, Jego wymioty, alkohol, alkohol, alkohol!!! Udało się dojechać do Antwerpii. Od razu poszliśmy w stronę kanału. Dlaczego? Mieliśmy tu zamieszkać, S. miał pracować na barkach u swojego wujka. Czekaliśmy na barkę "Discovery", żeby krzyknąć, zawołać, żeby zacząć normalnie żyć. Miało być pięknie. Była już druga połowa kwietnia. Kilka dni spędziliśmy rozbici w jakiś krzakach. On już zaczynał wariować, psychoza zaczęła go atakować, nie wiedział kim jest, co robi, kim jestem i jaki jest plan. Okazało się, że Jego wujek od kilku lat ma firmę w Polsce i bez sensu wybraliśmy się do Belgii. Byłam załamana, ciąża, brud, głód, ciąg, namiot. Udało nam się skontaktować z Jego mamą i dowiedzieliśmy się, że w Hildburghausen jest jego biologiczny ojciec - alkoholik z agresorem. Nie miałam wyjścia, musiałam wziąć się w garść i wrócić się z nim do Niemiec.

Wracaliśmy przez Brukselę. Nawet nie wiedziałam gdzie jestem. Nie było czasu na zwiedzanie podziwianie, bo jego psychoza Go przerosła. Uderzył mnie, raz, drugi, trzeci. Zaczęłam się bronić. Biliśmy się nawzajem. On i ja zakrwawieni. Bałam się, w nocy krzyczałam kiedy chciał alkoholu w ja nie miałam, szarpał mnie. Nie wiedziałam co zrobić. Przyjechała policja, udawałam, że krzyki dochodziły ze strony ulicy. Nienawidziłam go. Już nie obchodziło mnie kim jest, bilam go, byłam w stanie zabić, żeby tylko nie pił, żeby wrócił. W Belgii pierwszy raz wylądował w szpitalu. Nie pomogli. Nie wiedzieli co zrobić, nie znali alkoholizmu? 
Złapaliśmy stopa z Brukseli do Köln z jakimiś dziadkami. Byliśmy już blisko ale jego stan był krytyczny. Przestał jeść, pił litr wódki dziennie i nie jadł od tygodni. Krew leciała mu z uszu, oczu, nosa, wymiotował krwią, ropą, błagał, ale nie wiedział o co, nie wiedział co się dzieje. To były dwa dni przed Wielkanocą kiedy wylądowaliśmy drugi raz w szpitalu w Fuldzie. Nie był w stanie się poruszać, nie mogłam go nosić. Leżał i umierał... Przyjechała karetka, która zabrała nas do szpitala. Miał około 4 promile alkoholu we krwi, przez kilka godzin był podłączony do kroplówki, podali mu witaminy, wody, w końcu zaczął wracać do żywych. Cieszyłam się, że uda się wyciągnąć go z ciągu. Niestety około północy zaczęło mu brakować alkoholu, zaczął trzeźwieć. Miał około 2 promile. Żeby dostać leki musiał poczekać do rana. Nie wytrzymał, powiedział, że wychodzi. Podpisał papierek o tym, że zdaje sobie sprawę o zagrożeniu życia i poszliśmy szukać miejsca na namiot. Załatwił sobie alkohol i to był błąd. Dzień przed Wielkanocą. Błagałam go o to, żebyśmy dojechali. Mięliśmy tylko 100 km do Hildburghausen. Obiecał, że przyjdzie do mnie zając... Obiecał. Ale wyszła kolejna historia z tego wszystkiego.

Postanowiliśmy wziąć taksówkę z Fuldy do Hildburghausen, bo byliśmy pewni, że Wiechu jest na miejscu i zapłaci za przejazd, a my mu oddamy jak S. zarobi. Dotarliśmy na miejsce, ale taksówkarz okazał się być zapatrzonym w pieniądze Turasem. Nie mogliśmy znaleźć Wiecha, nie wiedzieliśmy czy w ogóle jest w miasteczku. Pojechaliśmy pod zakład pracy Gruner i tam nasz Turas się wkurzył i zadzwonił po policję. Pojechaliśmy na komendę, on złożył zeznanie, byliśmy mu winni prawie 200€ za przejazd. Policja próbowała dowiedzieć się gdzie jest Wiechu, nikt nie odbierał telefonu. Nagle S. zaczęła lecieć krew z nosa i dostał ataku padaczki. Przyjechała karetka, już 3 raz. Zabrali go do szpitala, a ja zostałam sama z tym wszystkim. Okazało się, że Wiechu wróci za tydzień do Niemiec. Z policji wypuścili mnie do szpitala. Tam zalatwiłam sobie nocleg i zostaliśmy w szpitalu na całe święta. Całe szczęście wyciągnęli go z ciągu. Nareszcie był ze mną, nie tylko fizycznie ale też psychicznie. Przynosiłam mu prezenty, całowałam, tuliłam. Nareszcie...

Ale to nie był koniec. Wypuścili nas a my nadal nie wiedzieliśmy co zrobić jeszcze te kilka dni. Rozbiliśmy namiot na czyjejś działce. Była opuszczona, sam trawnik, zniszczony płot, myśleliśmy, że to teren niczyj. Znowu ktoś wezwał policję ale udało nam się dogadać. Dostaliśmy od właściciela kilka dni, żeby się tu przenocować i jedzenie. Urządziliśmy się, wykąpaliśmy w strumyku i przetrwaliśmy te kilka dni. 
Przyjechał Wiechu, zamieszkaliśmy z nim na około dwa tygodnie. Do połowy maja...

CDN


SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://klaudiaurszula.blogspot.com/2014/11/