Był sobie raz pewien świat, niewinna kraina co toczyła się do celu po trupach [...]
Paktofonika. Zanim wyszedł film, słyszałam, nie słuchałam. Po filmie, jakieś tam zainteresowanie, bo kawałki wpadły w ucho. Narodziło się wówczas od cholery "fanów" i fanów Paktofoniki. Należę do tych drugich. Ale prawdziwe znaczenie nabrała, kiedy poznałam (jeszcze wtedy) Jonasa. Ziomek w dredach, zamknięty w swoim świecie, z browarem w ręku. Intrygował mnie. Pierwsze dni chodziłam za nim jak zaczarowana. Imprezy, ludzie, dragi, alkohol, to miało dla mnie znikome znaczenie. Wolałam siedzieć obok niego, odizolowana od reszty, na balkonie, na fotelu i po prostu być. Nie było to dla mnie dziwne, że nic nie mówi, że jest skulony, że nie lubi ludzi. Byłam wtedy taka sama. Pierwsze porozumienie jakie nawiązaliśmy? To było idealne, ten rysunek na ścianie też.
Zażartował. Nazwałam go żartłomiejem. "Kto? No żartłomiej, taki jajcarz, kawalarz. Nie znasz czegoś takiego? Nie. Jajcarz to taki ziomek z lat 90tych, w czapce z daszkiem i koszulce z krótkim rękawkiem, który zarzuca w towarzystwie sucharami. No wiesz taki jajcarz. A kawalarz? Z kolei kawalarz to taki wyrafinowany gentleman, w meloniku, z fajką i wąsem [...]. Dokładnie! Wyobraź sobie, że wszyscy spotkają się w dworze z "Pana Tadeusza".
Co zrobiliśmy? Stworzyliśmy wspólne wyobrażenie dworu i umieściliśmy go na ścianie. To był pierwszy rysunek, później właśnie do dźwięków Paktofoniki rysowaliśmy po wszystkich ścianach, drzwiach. Czasem przychodziłam, a na ścianach pojawiały się Jego myśli, teksty, żale. To było jak spowiedź. Nienawidził świata, swojego życia. Poznawanie Go było ogromnym wyzwaniem.
Co do tego ma Paktofonika? Jonas utożsamiał się niesamowicie z Magikiem. Opowiadał, tłumaczył jego teksty. On po prostu nie dał rady, ale to przestroga dla pozostałych "nie poddawajcie się, walczcie". Sam przeżył piekło, które zmieniło jego postrzeganie świata i ludzi. Każdego dnia musiał uporać się z TYMI myślami atakującymi jego biedną głowę. Kłamstwa, którymi obarczał mnie od pierwszych dni naszej znajomości zmuszały mnie do tego, bym szukała go po lasach, osiedlach, klatkach, blokach, piwnicach. Gdzie jesteś? Nie daję rady, już się nie zobaczymy, jestem w lesie, a na szyi mam linę, przepraszam. Mam jedną pierdoloną schizofrenię, zaburzenia emocjonalne proszę puść to na antenie. A gdzie był? Siedział gdzieś schowany, albo w domu, albo gdzieś blisko i pisał smsy. Dlaczego? Życie nasze składa się z krótkich momentów, cudownych chwil czy przykrych incydentów. Nie wiem czy to była zabawa moimi uczuciami, pijackie zagrywki czy może coś czego sam nie potrafił wytłumaczyć. W każdym razie, trzeźwiejąc wszystkie takie wspomnienia ulatywały... Dbam, by chwile ulotne jak notka, nie uleciały jak ulotna plotka w niepamięć.
Ale bywały też momenty kiedy wracał do "żywych" i opowiadał o levelach. O ludziach. Kto jest gdzie, kto jest kim i jakie są jego wartości. Tylko jedynie czasami pomiędzy levelami, myślami, zajmuję się rzekami za plecami. Do pierwszej grupy zaliczali się ci najbardziej małostkowi, szara masa, życie ciągłym schematem (pobudka, kawa, praca, obiad, telewizja, sen). Do drugiej grupy włączają się ci bardziej ogarnięci, czasem zarzucą jakimś żartem, w każdym razie nie są tak bardzo przyziemni. W trzeciej grupie znalazłam się ja, nie wiem kto jeszcze, ale na pewno ludzie, którzy mogą mieć problemy psychiczne albo po prostu rozumieją więcej i myślą więcej. Czwarty poziom poznałam dwa, może trzy razy. Próbowałam wówczas zrobić coś głupiego, pocięłam ręce i z krwią wszędzie chodziłam po mieszkaniu i śmiałam się jak wariatka, to był pierwszy raz. Drugi raz krzyczałam, wyrywałam włosy z głowy i popadłam w chwilowy obłęd. Zrozumiałam, że na czwarty level nie jestem jeszcze gotowa. Jak się tam dostałam? Jonas zaczął wmawiać mi okropne rzeczy, które uderzyły mnie tak głęboko, że nie wytrzymałam. "Na piątym jest Bóg" czyt. zabijesz się to będziesz na piątym. Tyle. Przetrwasz, i ani mi nie mów, że nie mam takich problemów, bo to bajeczka dla dziecka. To jest tak. Mamy po 20 lat, wartości młodości zdmuchnął wiatr, więc koleś spadł.
Dziękuję Bogu za to, że dał mi szansę, by poznać takiego człowieka. Zmienił moje postrzeganie i dzięki niemu zrozumiałam, jak żyć i jak traktować ludzi, by być dobrze traktowanym. Jak nie być głupim. Już kiedyś pisałam co ukształtowało jego psychikę (171).
Najpierw cię lekceważą, potem się z ciebie śmieją, potem z tobą walczą, a na końcu wygrywasz.
Rodzina nie ma wzoru dla syna, to jest fakt. Bydlak spadł z siłą meteoru, finał. To nie brak wyboru, to był brak honoru w czynach. To nie tak, że był sam, bo to był brat, był jak rodzina. To był skład, który jak lawina pokonywał mury. Został ślad na kartach kultury, jest mi zioma brak. To był znak, każdy samemu go odczytał.
Mogłabym tak pisać i pisać i tłumaczyć, opowiadać, wspominać i dodawać. Ale po co? Kiedy to i tak za mało..

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz