7/31/2016

23. Jak być głupim jak but?


Kolejny raz popełniłam tak cholernie głupi błąd, że aż głowa mała. Jestem wściekła na siebie i załamana w najwyższej możliwej skali. Od początku lata kombinowałam jak tu w końcu przyjechać do Polski, odpocząć, spędzić trochę czasu z rodziną i znajomymi, rozerwać i oderwać od tej szarej, smutnej Anglii.
Popatrzyłam na bilety i pomyślałam, że październik będzie idealny, bo jeszcze nie jest wtedy za zimno, trochę kasy do tego czasu zarobię, poza tym loty nie były za drogie. Aplikowałam o urlop w pracy, ale po kilku rozmowach z szefem, niestety okazało się, że w kontrakcie jest jasno napisane, że od 1 września do końca listopada wykluczona jest rezerwacja urlopów, ponieważ akurat wtedy jest "busy" czyli zapierdol i każda para rąk jest potrzebna do pracy. Zaproponowali mi lipiec albo sierpień, stwierdziłam, że lipiec nie, bo wszyscy biorą wtedy urlopy, a poza tym to za szybko i nie stać mnie na bilety. Zaklepałam od 8go do 25go sierpnia. Oczywiście przy moim szczęściu musiało wyjść pare niedomówień. Szef nagle stwierdził, że nasze kontrakty są źle napisane i ogólnie rzecz biorąc zakaz rezerwowania urlopów powinien być od połowy sierpnia ale niech już mi będzie.

Od tej chwili dzień w dzień kontrolowałam ceny wylotów z Doncaster do Poznania i powrotów.
Tak czy inaczej musiałam czekać do wypłaty 29go lipca, żeby zapłacić. Trochę się denerwowałam, że tak późno, bo tylko tydzień mniej więcej do wylotu, więc ceny albo będą kosmiczne albo nie będzie już miejsc w samolocie.
Ostatecznie wczoraj dostałam zaskakująco wysoką wypłatę, bo wydawało mi się, że przepracowałam bardzo mało dni, a tu jednak taka niespodzianka. Cała w skowronkach i podekscytowana szybko weszłam na Wizzair i kupiłam za 259£ wylot na 7go i powrót na 29go sierpnia. Czas na odprawę i będzie po wszystkim. Sięgam po portfel a tu co? Nie ma dowodów. Gdzie są dowody?
Jak mogłam być tak głupia, żeby kupować bilety nie sprawdzając czy mam wszystkie dokumenty? Byłam taka podekscytowana tym wszystkim, stanem konta, całkiem tanimi biletami i tą świadomością, że po tylu miesiącach wreszcie odwiedzę moje miasto rodzinne i jeszcze zaczerpnę przyjemności z reszty lata, że wyłączyłam trzeźwe myślenie.

Od razu rzuciłam się do szukania. Przekopałam po kolei: wszystkie koszyki i pudełka, książki kartka po kartce, szafki i szuflady, kieszenie w bluzach, spodniach, kurtkach moich i nie moich, pod i za meblami, w dokumentach, praniu, naczyniach, kablach, pod pralką i pod lodówką, w pościeli i pod łóżkami, nawet wykładzinę podnosiłam tam, gdzie odchodzi od podłogi. Przejrzałam każdy nawet najmniejszy zakamarek mieszkania i to nie raz, czy dwa ale chyba z dwadzieścia. Znalazłam wszystkie moje zgubione tunele, brakujące skarpetki, magnesy na lodówkę, zapalniczki i wiele innych skarbów. Mój dowód znalazł się w kieszeni spodni razem z kartami bankowymi mojego A. Ale Antka dowodu nie ma. Pomyslałam, że jeśli ostatnio tak pięknie nauczył się sprzątać i wyrzucać wszystko do śmietnika, to bardzo prawdopodobne, że tam też wylądował jego dokument.
Mniej więcej po 3 lipca dostałam zwrotną kopertę z dokumentami, które wysłałam aplikując na Working Tax Credt i pamiętam, że wszystko od razu posegregowałam do segregatora, robiąc przy okazji porządek w papierach.  I w tym momencie pojawiło się w mojej głowie milion możliwości, co mi się wydaje, a co nie. Wydaje mi się, że Mały chwycił papiery, ale od razu mu je zabrałam, albo chwycił dowód i go gdzieś zapodział. Możliwe, że tak jak resztę schowałam go po prostu do portfela, a najgorsza opcja jest taka, że zawinęłam go w koperty i listy do wyrzucenia. Nie mam pojęcia co się w końcu stało. Zadzwoniłam do recyklingu w Mansfield z nadzieją, że jeśli na prawdę wylądował w śmieciach, to jest szansa, że przy segregacji udałoby się go znaleźć. Niestety policzyłam, że do tej pory minęły cztery tygodnie, więc niebieskie śmietniki były opróżniane dwa razy, a zielone trzy, więc już dawno byłby zniszczony. Poza tym linia leci tak szybko, że nikt nie zwróciłby uwagi na małą plastikową kartę.

Spanikowałam. Sama świadomość anulowania rezerwacji, utraty tylu pieniędzy mnie dobijała, a co dopiero fakt, że utknęłam znowu w kolejnym kraju bez ważnego dokumentu dla dziecka. Wyrobienie dowodu za granicą jest niemożliwe, ponieważ do wydania upoważniona jest jedynie gmina, a do paszportu potrzebna jest obecność obojga rodziców. Zaczęłam czytać fora i artykuły w Internecie.
Wpadłam na plan, że zgłoszę zaginięcie dowodu w konsulacie i od razu dostanę zaświadczenie o jego utracie, które jak myślałam upoważni mnie do przekraczania granicy lądowej, odwołam rezerwację biletów i za te pieniądze, które odzyskam wynajmę busa i przyjadę nawet wcześniej, żeby mieć więcej czasu na wyrobienie dowodu Antka w Polsce. Niestety takie zaświadczenie nie jest dokumentem tożsamości i oficjalnie nie upoważnia do podróżowania. Odpada.
Drugi plan jest taki, że wyślę pocztą formularz o utracie dowodu do konsulatu, a do ojca Antka zdjęcia i inne potrzebne dane do wyrobienia dowodu w Polsce, bo akurat to tego nie jest potrzebna obecność obojga rodziców. Wysłałby mi  go po prostu pocztą od razu po wyrobieniu.
Trzeci plan zakłada jutrzejszy telefon do konsulatu na numer zarezerwowany do sytuacji losowych i krytycznych i zrobienie Antkowi zdjęcia do paszportu. Opisałabym sytuację, że dowód został skradziony, co zgłosiłabym na policji otrzymując w zamian jakiś potwierdzający to papier, umówiłabym się na wizytę w tym tygodniu, jeśli będzie to możliwe i od razu na miejscu wyrobiła jednorazowy - 7dniowy paszport, z którym mogłabym polecieć samolotem do Polski. Na miejscu złożyłabym wniosek o 2tygodniowy dowód na powrót, albo na normalny dowód i liczyłabym na to, że do końca pobytu zostanie wyrobiony.

Zawsze, ale to zawsze muszę spieprzyć nawet najprostszą sprawę. Nie wiem czy to wypali, bo jak nie to będę płakać, aż w końcu nie polecę do Polski. Jeśli ktoś z Was, kto to czyta, wie co mogłabym innego wymyślić w tej sytuacji, niech da mi koniecznie znać. Został mi tydzień na rozwiązanie tego problemu i nie, nie znajdę tego dowodu na milion procent, chyba, że zdarzy się cud.

Kończąc tę wyczerpującą i jakże ciekawą opowieść, morał jest taki: nie róbcie takich głupich błędów jak ja, bo nie zawsze się poszczęści, a raczej skończycie z reką w nocniku.
Pozdrawiam ja Klaudia - mistrz rozpierdalania systemu.

7/25/2016

22. Niedzielna refleksja o związkach


       

Jako, że wracam tu głównie jak coś niefajnego dzieje się w moim życiu, to tak oto jestem poukładać myśli.
Przez ostatnie X czasu układało się całkiem przyzwoicie. Myślałam i byłam wręcz pewna, że znalazłam kogoś z kim na prawdę mogę dzielić najbliższą przyszłość. Ale moje życie nie mogłoby przecież być moim życiem, gdyby jak zwykle nie działo się w nim multum nieznośnych i niezrozumiałych rzeczy, prawda? 

Trzy ostatnie miesiące, może nawet trochę więcej, mój obecny 'chyba związek' przeszedł ze stanu euforii do stanu 'co to kurwa jest?'. Muszę przyznać szczerze, że nie miałam motylków w brzuchu, zawalania obowiązków na rzecz tej drugiej osoby, czy innych typowych dla zakochania odczuć i zachowań. Byłam po prostu pewna siebie, pewna działań i szczęśliwa. Miałam plan, układałam życie pod kątem posiadania prawdziwej rodziny 2+1, dbałam o dom i każdego lokatora, a synka mogłam wreszcie ze spokojem ducha uczyć słowa 'tata'. Składaliśmy się na dom, życie i rachunki, mieliśmy też na przyjemności, widzieliśmy się niekoniecznie 24/h ale było idealnie. Pozbyłam się nawet mojego bąbęlka, w którym mieszkałam razem ze swoimi złymi wspomnieniami i pytaniami. Był czas dla siebie, czas na tęsknotę, wspólnych znajomych i naszą małą rodzinę. Był. A to tylko ile? Trzy miesiące? 

Teraz odnoszę wrażenie, że mieszkam znowu sama z dzieckiem ale mam przy tym jakiegoś lokatora-chyba chłopaka, którego plan dnia na pewno nie wlicza czasu dla mnie czy Antka. Jest sen, żarcie, gry na telefonie, sen, jaranie, żarcie, piwo, żarcie, sen, a w międzyczasie jeszcze gry na telefonie, ah i LeagueOfLegends w weekendy. 
Wstawałam, sprzątałam mieszkanie, robiłam śniadanie i spędzałam czas wolny sama, sprzątałam, dalej siedziałam sama i sprzątałam, po tym jak narobił wszędzie syf, szłam spać. A w dni robocze? Wstawałam, szłam do pracy, wracałam styrana jak wół, sprzątałam, zjadłam obiad i znów sprzątałam, szłam spać i tak codziennie. 
Pytam, dlaczego jesteś opryskliwy, wredny, po prostu jesteś dla mnie zimnym skurwysynem. Co ja Ci takiego zrobiłam? 'Mówiłem Ci, mężczyźni w naszej rodzinie wystarczy, że są przytulani i mają obiad na stole, a zawsze będą wierni i kochani, a Ty ile razy mi zrobiłaś obiad? Trzy razy, trzy, a ile razy przywitałaś mnie w drzwiach z uśmiechem na twarzy jak wróciłem z pracy? Dwa, tylko dwa razy. Jesteś tylko wtedy, jak czegoś ode mnie potrzebujesz, a jak masz żarcie w lodówce, rachunki zapłacone, to nagle Cię nie ma.' Dotknęły mnie te słowa okrutnie. Na prawdę jestem taka straszna? Wiem, że jestem egoistką ale nie do tego stopnia, by wykorzystywać ludzi, a potem bez słowa mieć ich w głębokim poważaniu. To na pewno nie ja. Nigdy w życiu! Poza tym, czy na prawdę obiad na stole i czekanie w drzwiach są kluczowymi elementami każdego związku? Bez tego się nie da? 

Zastanawiam się, czy to kobiety są tak skomplikowane i wymagają niemożliwego? Podnoszą poprzeczki tak wysoko, że nie da się ich dosięgnąć, a co dopiero przeskoczyć? Czy może faceci oczekują tak absurdalnych rzeczy, że kobiecy umysł po prostu nie jest w stanie zrozumieć sensu w tym wszystkim? Co w rezultacie? Awantury, krzyki, rzucanie talerzami, przekleństwa, trzaskanie drzwiami, a po co to, zapytam? Co to da, co to zmieni? Nie lepiej porozmawiać, dojść do kompromisów, pogodzić się i dokładać wszelkich starań z obu stron, by układało się tak, jak powinno? No ba, ale to nie jest takie hop siup, wiem. Dlatego tu jestem. Naszło mnie na takie niedzielne refleksje.

A co jest najlepsze i najgorsze w tym wszystkim? Że już jest dobrze. Ha! Zawsze tak jest! Najlepsze, że jest dobrze, już można się przytulić i pogadać, a najgorsze jest to, że nic nie zostało rozwiązane i wyjaśnione. Skąd mam wiedzieć, czy jutro znów nie będzie to samo? Jak nie jutro to kiedyś? Jak mam temu zapobiec skoro to, co powiedział wcześniej na pewno nie jest głównym powodem? Nie powtarzam swoich błędów, a zwłaszcza takich błahych. 

Muszę przyznać, że gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy nie polubiliśmy się w ogóle. Ja, bo wydawał mi się zbyt wulgarny, rozbiegany, wredny i w ogóle jakiś taki, nie wiem, nie zrobił na mnie dobrego pierwszego wrażenia. A on, chyba nie lubił mnie dla zasady, żeby odwzajemnić moje podejście. Ale z czasem zaczęliśmy spotykać się we trójkę z naszym wspólnym ziomkiem i przekonałam się do niego. Że jest całkiem w porządku, jest dobry, wesoły, szczęśliwy ze swojego życia: zajebiście płatna praca, którą lubił, hajsu na wszystko starczało, robił co chciał, a co najważniejsze nie udawał i był szczerym, brzydko mówiąc skurwysynem. Coś nie tak? Powiedział od razu prosto w twarz, bez owijania w bawełnę i to spodobało mi się najbardziej. Wiedziałam, że jeśli w końcu będziemy razem, to szczerość z jego strony mam murowaną.

Teraz zadaję sobie pytanie, czy aby na pewno ta stuprocentowa szczerość podczas kłótni jest szczerością, czy raczej złośliwością, żeby wbić mi nóż w serce jak najgłębiej. Jakbym sobie zasłużyła, jakbym zrobiła coś na prawdę złego, przykrego, bolesnego. ALE KURWA! 
Dlaczego niektórzy ludzie jak są wkurwieni muszą się wyżywać na bliskich, na tych, którym zależy najbardziej? Nie chodzi o to, by tłumić w sobie emocje, bo to najgorsze co może być, ale weź człowieku wyjdź na dwór, złam jakiegoś większego patyka albo pobiegaj i emocje opadną. Tyle pytań, a odpowiedzi znaleźć nie mogę. Pogadać z kimś? Wygadać się? I co dostać w zamian? Już mówię, bo znam to na pamięć: "pogadajcie o tym, będzie dobrze, nie martw się" albo "co za typ! Zostaw go, lepiej teraz niż żebyś pózniej miała się męczyć, na początku radziłaś sobie sama, teraz też sobie poradzisz". Wygadać się komuś jest w sumie zdrowe, ale nie liczę już na żadne dobre rady. 
Męczy mnie to wszystko, jak ma być dobrze, to jest ale gdzieś z boku znajdzie się jakieś ale, jakiś zgrzyt, który zapoczątkuje cały łańcuch zdarzeń i to nie zawsze dobrych. Przyczepiła się do mnie karma i obrywam chyba za poprzednie wcielenia, nie wiem. 

A może to nie wina wszystkiego dookoła? Może to ja jestem tym zgrzytem, to ja jestem winna, dlatego trzymają się mnie nieszczęścia, bo je przyciągam do siebie jakoś podświadomie - nieświadomie? Rutyna? Nuda? A co tam, znajdę jakiś problem i się go doczepię, a potem będę płakać nad swoim smutnym życiem. Nie wiem, na prawdę! Leję wodę już w tym wpisie, czas to zakończyć i wrócić następnym razem.

Tak mnie pochłonęły te niedzielne reflekcje, że aż straciłam pierwotny wątek. Tak czy inaczej, apeluję do ludzi w związkach, przyjaciół swoich, cudzych i całej reszty: nie bądźcie dla siebie złośliwi, nie róbcie sobie na wzajem pod górkę. Szanujmy się, kochajmy i w ogóle MAKE LOVE NOT WAR, WOODSTOCK :D.

7/02/2016

21. Akcja społeczna dla dzieci


Od zawsze wiele słyszy się o przedsięwzięciach organizowanych w Internecie przez uczniów różnych szkół na rzecz osób potrzebujących, chorych czy po prostu dla sprawienia komuś przyjemności. Osobiście uważam, że wielu osóbkom, w tym mnie robi się ciepło na duchu z takich okazji, bo zdaję sobie sprawę, że w naszych czasach jest na prawdę dużo młodych osób, które chcą się w jakiś sposób rozwijać, bogacić się o nowe doświadczenia, dawać upust swoim pomysłom, a tym samym ofiarowywać coś dobrego od siebie na innych. Nie ślęczą całymi dniami przed ekranami komputerów czy telewizorów, co niestety coraz bardziej dotyka nas w dzisiejszych czasach. Myślą o dawaniu innym radości, zyskując przy tym satysfakcję.  

Kilka miesięcy temu odezwał się do mnie pewien chłopak - 19letni Mateusz jest osobą niewidomą, lecz pomimo braku jednego ze zmysłów, nie przeszkadza mu to w organizowaniu fajnych projektów dla zainteresowanej młodzieżyChłopak uczęszczał do Technikum Administracyjnego przy SOSW dla Młodzieży Niewidomej i Słabowidzącej w Chorzowie. Był organizatorem dwóch konkursów plastycznych dla dzieci. Pierwszy w 2014 roku noszący hasło przewodniczące "Kreatywne Dziecko", a drugi w 2015 roku pt. "Pieniądz przyszłości". Oba konkursy cieszyły się niemałą popularnością, bo w każdym z osobna udział wzięło około 700 osób!  

Od jakiegoś czasu na Facebooku prowadzi akcję społeczną, polegającą na obdarowywaniu dzieciaków drobnymi artykułami, a są to w głównej mierze rzeczy niezbędne do szkoły, które tak czy inaczej każdy zapracowany rodzic musiałby sprawić swojemu dziecku, a mianowicie: zeszyty, plany lekcji, notesy, linijki itd. Jak już wyżej wspomniałam, są to darmowe gadżety, a za udział, zgłoszenie czy cokolwiek z tym związanego nikt nie musi ponosić żadnych kosztów. Jedyny haczyk, który warto wziąć pod uwagę, to to, że ilość gratisów jest ograniczona. 

 Zapraszam wszystkich zainteresowanych na stronę akcji Mateusza na Facebooku KLIKAJĄC TU. 





5/16/2016

20. Ocknij się!

Znowu dopuściłam do momentu lenistwa w kwestii zamieszczania postów (ta, chwilowego) i wpadłam w monotonię codzienności. Dzień w dzień to samo. Praca, dom, sprzątanie, internety, ziomki, weekend. Stary ciąg, z którego tak ciężko wyjsć.

Ostatnim razem kiedy pisałam było troszkę inaczej, byłam sama, miałam inną pracę, kilka spięć z ludźmi, ale kilka rzeczy zmieniło się od tamtej chwili. Dostałam kontrakt w firmie, w której wcześniej pracowałam przez agencję i całkiem mnie to ucieszyło. Garstka osób, które znałam już od początku mojego przyjazdu do Anglii, nowe znajomości, pomimo kiepskiej stawki godzinowej widzę lepsze perspektywy na najbliższy okres w moim życiu. Pojawiła się szansa na wsparcie finansowe od państwa, której wcześniej nie miałam przez pracę bez papierka, Antek chodzi do opiekunki, a może niedługo będzie szansa na przedszkole i nareszcie normalny rozwój wsród dzieci, normalny plan dnia. Dla mnie koniec z życiem krecika. Praca w dzień od rana i jeszcze czas na zrobienie czegoś produktywnego (chociaż przyznaję, że z produktywnością mam problem). No i noc tylko na sen. Niby cud, miód, malina, ale zawsze znajdzie się jakieś ALE.

W dalszym ciągu nie wiążę końca z końcem. Pomijając opłaty za mieszkanie, rachunki, podatki, dochodzą koszta opieki, co już mnie wykańcza, zapominam o pieniądzach, które powinnam wysyłać do Polski. Jest ciężko, jakoś leci ale jest na prawdę ciężko. Nie powinnam w sumie narzekać, bo w Polsce nie miałabym tego, co mam tutaj. Ale jest jak jest.

Na szczęście mam wsparcie. Nie chcę na Nim żerować, a tym bardziej uzależniać się finansowo, bo postanowiłam sobie, że sama dam radę. Sama naprawię swoje błędy i sama stanę na nogi. Sama się ustatkuję i spłacę cały syf, który wisi mi nad głową. Choćbym miała walczyć kilka lat, walczyć z instytucjami i walczyć z innymi, dam radę.
Liczę na to, że nareszcie trafiłam na mądrego, odpowiedzialnego faceta, na którym mogę polegać. Jeszcze się nie zawiodłam i raczej się na to nie zapowiada, prędzej ja zawiodę, bo mam ze sobą jakiś niezdefiniowany problem.
Zamknęłam się przez ten toksyczny czas z S. w bąbelku, boję się Go do siebie dopuścić, boję się zaufać i zacząć żyć we dwoje. Sprawiam wrażenie osoby, która chce być z kimś, kto będzie po prostu obok, bym ja nie była sama. Nie chcę, żeby tak było, nie chcę taka być i nie chcę by On się tak przy mnie czuł. Jesteśmy razem, ale osobno. Nie ma Go tylko chwilę, a ja tęsknie. Tęsknie za Nim, czy za obecnością jeszcze jednej osoby obok? Boję się, że znowu kogoś pokocham, a go pewnego dnia zabraknie, zniknie i nawet tego nie zauważę pochłonięta sobą w swoim nieszczęsnym bąbelku. Pewnego dnia obudzę się znowu sama z mojej winy, której nawet nie będę dostrzegać. Tego się boję? A może nie jestem po prostu gotowa? Ale jak nie teraz to kiedy? Nie mogę tak żyć, w takim schemacie nigdy nie będę szczęśliwa, nigdy nie nauczę się żyć od nowa.

Czasem obwiniam o to Antka, że gdyby nie on to moje życie tak by nie wyglądało. Że nadal balowałabym każdego weekendu gdzie indziej i korzystała z życia ile się da. Robiłabym co chcę i mogłabym być w każdym miejscu na świecie, bez łańcucha przywiązanego do jednego miejsca zabudowanego murem z cegieł, z którego ledwo przebija się słońce, tylko deszcz, szarość i żadnych nowych wizji.
Ale wcale tak nie jest. Mam małego Aniołka, dla którego robię to wszystko, walczę. Dla którego powinnam rano wstawać z uśmiechem na twarzy i biec zrobić śniadanko zanim otworzy piękne niebieskie oczka, uczyć go świata, sprawiać, by na jego twarzy zawsze gościła radość. Dlaczego to jest dla mnie takie ciężkie? Dlaczego nie potrafię cieszyć się z każdego dnia jak kiedyś? Co mam zrobić by być szcześliwą? Udało mi się mieć to wszystko, dom, małego Skarba, pracę, bliskich znajomych, zgodę w rodzinie, mężczyznę, któremu na nas zależy, miejsce, w którym zawsze chciałam być, szansę na lepsze jutro, a jednak nie cieszy mnie to.
Ocknij się!


3/19/2016

19. Wiesz o co mi chodzi?



Znowu tu jestem i znowu patrzę na pusty arkusz, czekam aż jakieś mądre słowa wejdą mi do głowy.
Dziś zastanawiałam się czy aby przypadkiem nie biorę udziału w chorej grze, w której króluje złe zrządzenie losu. Nie wiem czy wiesz o co mi chodzi.

Chodzi mi o to, że cokolwiek nie robię, gdziekolwiek nie jestem, kogokolwiek nie poznaję, cokolwiek nie powiem i gdziekolwiek się nie spojrzę - nic mi nie wychodzi, a jak wychodzi, za szybko się tym cieszę i za chwilę dostaję z powrotem podwójną dawkę kopa w dupę. Dlaczego? Karma? No nie sądzę, żebym zrobiła AŻ TYLE złych rzeczy. A może tylko mi się wydaje, że nie było tego dużo ale było po prostu bardzo,  bardzo źle?

Chodzi mi o to, że kiedy nareszcie uwolniłam się od wszechobecnego wówczas syfu, dostałam wolną rękę i duże pole do popisu, kiedy zrozumiałam swoje błędy i wiedziałam jak je naprawić, od tego momentu walczę! Na prawdę robię co w mojej mocy! Uwierz. Ale co chwila coś! Tu czas, tu hajs, tam ktoś, słowo, chwila, rozmowa, spojrzenie, ruch w tę, czy w tę i nagle wszystko leci w dół, z samego szczytu tej wysokiej góry, na którą idę i idę jak Syzyf, za chwile znów to samo. Idę, bo nie mogę przecież się poddać. To nie tak, że czasem nie chcę, po prostu nie mogę. Inaczej gdybym była odpowiedzialna tylko za siebie, ale nie jestem.

Chodzi o to, że wszyscy oczekują ode mnie, że na pstryknięcie palcem wszystko będę miała podane na tacy. Jesteś w Anglii, przecież tu jest praca, przecież ciocia i wujek dostali kontrakt szybko i radzą sobie super, zaraz samochód kupią, zaraz dom wynajmą. Ale ja nie jestem ciocia i wujek. Ja jestem ja i ja jestem sama i ja sama sama muszę sobie ze wszystkim poradzić. Nie, nie będę miała nic na pstryknięcie palcem.
Chodzi o to, że pracuję. Na ile jest pracy, na tyle pracuję. Szukam rozwiązań sama, otwieram jakieś skromne małe działalności, na razie jedną, ale nie pogardzę innymi zajęciami, na których mogę zarobić, posprzątam w czyimś domu, zaopiekuję się czyimś dzieckiem. Oszczędzam, na prawdę aż mi czasem źle, że w domu jest tak zimno ale nie mogę włączyć ogrzewania, bo gazu na obiad nie starczy. Jestem zarejestrowana w większości agencji w okolicy, wysyłam CV, dzwonię i piszę wiadomości, składam aplikacje, pytam i dowiaduję się, będę robić kwalifikacje. To nie jest tak, że siedzę na dupie w domu i wącham kwiatki. Może to tak wygląda ale uwierz, oprócz tego mam jeszcze dom i małego brzdąca na głowie. Do tego dbam o relacje z ludźmi, których poznałam w pracy czy w okolicy. Nie chcę zostać sama, zasypana ogromem obowiązków i zmartwień, chcę czasem zapomnieć na chwilę i odetchnąć, uśmiechnąć się też..

Chodzi o to, że w momencie kiedy pozbyłam się największej przeszkody jaka stała mi na drodze myślę też, by znaleźć kogoś, kto będzie przy mnie o każdej porze dnia i nocy. Kogoś, kto nie tylko powie mi "głowa do góry, będzie dobrze", ale weźmie mnie za rękę i przejdzie przez to bagno ze mną, na kim będę mogła polegać. Nie tylko przyjaciela, bo przyjaciół można mieć więcej niż jednego, a przyjaciel to nie wszystko. Kogoś, kogo będę mogła pokochać, dać trochę swojej miłości i troski, do kogo będę mogła się przytulić w nocy i ogrzać, kiedy będzie zimno. Kogoś, kto wytrze łzy bezradności, pocałuje w czółko i nie zostawi po pierwszej kłótni. Kogoś, kto jest na tyle dojrzały, że zrozumie na co się pisze, podejmie ryzyko ale będzie wiedział ile może dostać w zamian. Kogoś, kto pomoże mi zrozumieć, że jestem warta coś więcej niż tylko zabawić się i zostawić. Zrozumieć, że być samemu w życiu jest ciężko, a po co dodatkowo powiększać tę wielką górę, skoro można mieć kogoś, z kim przejdzie się przez największe trudy.

Chodzi o to, że chciałabym się cieszyć każdym dniem, zwłaszcza, że zbliża się wiosna, będzie coraz cieplej, słońce na niebie, kwiatki i zielona soczysta trawa. Więcej okazji do spędzania czasu na świeżym powietrzu, więcej okazji do spotkań poza domem, więcej endorfin i witaminy D, ale jest znowu ale. Ale nie mam motywacji. Szukam i szukam, jakieś pasji, albo powrotu do hobby, może basen, może rower. Tylko, że natłok tych cholernych myśli, tych rzeczy do załatwienia, tych długów do zapłaty, wszystko tak nie ułożone, kolejny plan poszedł w pizdu i jak tu można czerpać radość z życia? Codziennie rano walczę kilka godzin z grawitacją w łożku, potem układając plan dnia i doprowadzając dom, siebie i wszystko inne do porządku mijają kolejne godziny, robi się późne popołudnie i znowu kolejny dzień stracony, bo nie zaczerpnęłam z niego ani trochę radości. Ciągła wegetacja, od jednej wypłaty do długiej, walka o przetrwanie.

Nie tak chcę żyć. Rozumiesz już o co mi chodzi?

Jeszcze jedno. Chodzi też o to, że kiedy jest na codzień łatwiej, kiedy jest ktoś, kto porwie mnie z tego marazmu, to jestem na prawdę miła, wesoła, optymistyczna i pomimo, że trochę marudzę, to wcale nie jest tak źle. Tak mi się wydaje. Wiesz, jak chcesz to sam się przekonaj ;).



3/16/2016

18. Psychosis


Słyszę huk w kuchni, za chwilę jakiś niesprecyzowany chrzęst, jeb, znowu, patataj kot biegnie przez mieszkanie i wskakuje na parapet. Nie wyszło mu, wpadł w zasłonę wbijając pazurki w delikatną siateczkę robiąc w niej idealnie wkurwiającą mnie potem dziurę.

O matko, moje ręcę jakby.. reklamówka (?), napięta skóra, bolące opuszki, czuję się jak kabanos, organizm tak bardzo wysuszony, że aż boli. Idźmy dalej. Kapeć w buzi, no bo przecież wszędzie sucho to jak w buzi miałoby być mokro. No nie. Ból głowy, taki suchy tępy ból, spałam jakieś 7-8 godzin mniej więcej, a jestem tak okrutnie zmęczona. Boże, trzeba wstać. Nie no, zaraz, teraz nie, teraz nie dam rady. Patrzę kątem oka na to, co dzieje się dookoła.
Sreberko wszędzie, razem z nim podgrzewacze, połowa wykruszona, wosk na ziemi, o, nawet żwirek się znajdzie, jak to, sam przeszedł trasę łazienka – pokój? Gdzie jest sprawca tego zamieszania? Kot? Nie, kot nie otworzy szuflady w kuchni. Dobra, zaraz wstanę i zobaczę, ale zaraz. W sumie doskonale wiem, kto jest sprawcą, do tego ten mały szkodnik jest bardzo bardzo cicho, wolę nie wiedzieć gdzie teraz buszuje. Dopóki leżę jest okej, nie myślę o tym, że za kilkanaście minut będę musiała to wszystko sprzątać, jedzenie jakieś, prysznic by się przydał. Czy coś, ale to zaraz, za sekundkę, sekundeńkę.

Urojenia, halucynacje lub inne zaburzenia myślenia, uważa się, że jest to głównie wywołane zwiększoną aktywnością dopaminy i serotoniny w układzie. Osoba w takim stanie stanowi zagrożenie dla siebie i innych, choćby ze względu na urojenia prześladowcze i agresję. mezolimbicznym mózgu.

Znowu zapadłam w dość głęboki sen, która to już godzina? Nie no, dobra wstaję. Podejście pierwsze. O matko, jak zimno, jak brudno, ale to nie moja wina, gdzie ten szkodnik? Idę do kuchni, trzęsę się jak galareta. Duuużo bym dała by spędzić dzisiejszy dzień wtulona w męskie ciepłe ramiona. Chwila, chwila, ciekawe czyje, he he he. O nie, tylko nie myśl o tym teraz, nie jesteś sama, głowa do góry! Masz kota.
Chwila co to było, a nic, myślałam, że ktoś przeszedł przez korytarz. Cholera, przecież wiesz, że to tylko w Twojej głowie, dziewczyno, ogarnij się. Szybki prysznic. Nie taki szybki, poczułam gorąc wody, musiałam przecież postać dłuższą chwilę, żeby nawodnić organizm, a co jak wyjdę? Na zewnątrz jest tak zimno. Wypiję herbatkę i będzie dobrze. Po za tym nie mogę siedzieć długo pod prysznicem, bo mam wrażenie, że ktoś mi po chacie chodzi, a to nie fajne uczucie.

Ponad 80% użytkowników przyznaje się do doświadczania omamów, zazwyczaj wzrokowych i słuchowych. Urojenia, paranoja, poczucie bycia prześladowanym, hiperaktywność i panika należą do najczęściej występujących objawów.

Wstawiam wodę na kawę, jednak kawę. Mały sprawca bałaganu zaczyna marudzić, temperatura w czajniku zaczyna rosnąć tak jak moje ciśnienie. Cicho, błagam, zamilcz. Kot gdzieś między nogami, wszyscy głodni, wszyscy wydają dźwięki. Zamknijcie się! Wystarczyłoby po prostu tego nie słuchać ale nie da się, nie da się, kurwa mać nie da, cicho, zamknij się, czego wyjesz, nic się nie dzieje! Cierpliwości!
Z jednej strony wykończona, spać i umierać, z drugiej nadpobudliwość, agresor. Zaraz ktoś ucierpi. Muszę wyjść z domu, szybko tu mleko, tam kocie żarcie, ja kawa, muszę się przewietrzyć. Raz, dwa witaminki, woda z cytrynką i wychodzimy.
Zmęczenie zamyka mi oczy, ktoś coś do mnie mówi, opowieści jakieś snuje, słucham ale nie słyszę, patrzę ale nie widzę, marzę tylko by być już w domu i włączyć jakiś film. Ludzie dziś to nie jest najlepszy pomysł. Wszyscy jakby na mnie patrzą, mam coś na twarzy? Może się ujebałam, ale czym, skoro nic nie jadłam? Czasem mam wąsy od kawy ale nie miałam jak wychodziłam. Nie wiem, ale przestańcie. Może po prostu człowiek z psychozą nie wygląda normalnie?
Tak mnie dziś brzuszek boli, światłowstręt okropny, dobrze, że mam okulary, przynajmniej moich oczu nie widać. Pokaż swoje kocie zielone oczka! Spierdalać. Czemu taka jesteś dziwna dziś? Nie masz humoru? Coś się stało? Blada taka jesteś, nie spałaś? Jadłaś coś w ogóle? Jest spoko. Na pewno? Bo wiesz […] A zamkniesz się czy mam cię sama zamknąć? Ludzie ludzie, zabierzcie mnie stąd, niech mnie ktoś przytuli!

'Setki interpretacji zdarzeń, reakcji własnych i innych, absurdalno-lękowe scenariusze przyszłości, fobia społeczna. Zupełnie normalne sytuacje wykrzywione do potęgi n-tej. Deregulacja temperatury, reakcje alergiczne, ostre zaburzenia funkcji nerek i wątroby, "szarpana" praca układu pozapiramidowego, osłabienie stawów i nieprzewidywalna praca mięśni, tachykardia i bradykardia, objawy choroby Parkinsona, ograniczenie funkcji pamięci i logicznego myślenia do poziomu kilkulatka, strach, agresja, mocne obniżenie samooceny, zaburzenia pracy układu pokarmowego, immunologicznego, oddechowego.'

To na szczęście nie ten etap.

3/04/2016

17. Do trzech razy sztuka

Każdy z nas nie lubi uczucia odrzucenia, tego ogromnego smutku tam gdzieś w środku w serduszku. Najgorzej mają Ci, którzy bardzo szybko się przywiązują do drugiego człowieka, zwłaszcza kiedy obiecuje Ci wiele i jest naprawdę miły. Zaczynasz liczyć na coś, mieć nadzieję, nie wiesz co robisz, różowe okulary zaczynają przesłaniać Ci widok na świat i z jednej strony zaczyna się robić wesoło, miło i przyjemnie, a z drugiej wcale to takie przyjemne w końcu się nie będzie. Bo zawsze przyjdzie co do czego i wyjdzie pizda. Cały świat w kolorach tęczy i nagle jeb szarość uderza Cię w twarz. Co teraz mam robić? Każdego dnia czekałeś na rozmowę, spotkanie, smsa, cokolwiek i z dnia na dzień to znika. Już się przyzwyczaiłeś i teraz z tym przyzwyczajeniem musisz wygrać.

Dlaczego właściwie zniknęło? No nie wiem, wina zawsze jest po obu stronach. Czasem wystarczy jedno błahe słowo, czasem może coś większego. Zależy od człowieka. Ty możesz uważać, że to głupota, no weź, daj spokój, co Ty robisz. Lecą obelgi, spadają jedna po drugiej w okienku czatu, tak jak łzy z oczu, no i co poradzisz, nic nie poradzisz. Możesz znów zamknąć się w sobie, zamknąć na wszystkich, nie dać się już ranić, nie dać się więcej miłym słowom. Nie chwytaj więcej nikogo za rękę, nie polegaj więcej, nie  przywiązuj się. Zostaw piękne chwile swojej wyobraźni, życie jest w tej kwestii jakieś nie udane, u mnie przynajmniej. Nigdy więcej wspólnych śniadań. Nie wiem po co to wszystko. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek jakikolwiek związek był sobie, zajebiście od początku, bez końca.

No cholera! Wiesz co jest najbardziej chujowe w tym wszystkim? Jak jedna strona tej kombinacji ma jakiś problem, może nie zauważać tego problemu, a może nie chcieć go zauważać. Otóż to. Tym razem,  a to już drugi raz, wystarczyło jedno zdanie, rzucone ot tak, bez pomyślunku. ‘Daj mi dokończyć! Nie jestem psychiczna!’ Na okrągło słyszę, idź się lecz, idź, jesteś psychiczna, jak możesz, ty nie rozumiesz tego, tego, tego i wszystkiego nie rozumiesz. Krzyczysz, bronisz się, mówisz, piszesz, piszesz, piszesz, piszesz, nie czytasz moich słów. Przecież jest między nami tyle fajnych rzeczy, po co te dramaty? Po co te kłótnie? Masz z tym problem, nie podobają Ci się moje poglądy, to je zostaw w spokoju, niczego mi nie narzucaj, niczego nie wpajaj, nie jestem dzieckiem. Już drugi raz przez moje słowa, skoro to drugi raz, to może rzeczywiście nie bierz sobie do serca każdego mojego słowa? Bo może nie mam na celu krzywdzenia Ciebie, wytykania Ci czegoś, przywoływania jakiś brudnych emocji? Pomyślałeś o tym? Czy naprawdę muszę przemyśleć każde słowo, które do Ciebie kieruję? Skąd mam wiedzieć kiedy zmieszasz mnie z błotem? Ja mam tego dosyć, nie jestem nikim, i nie pozwolę sobie więcej na takie słowa, zupełnie bezpodstawnie. Czekam na szczere ‘przepraszam’.

Tęsknić, tęsknię, bo jak mam nie tęsknić, ale nie potrafię tęsknić w stu procentach mając w głowie tę przykrość, którą mi sprawiłeś. Im dłużej się nie widzimy tym jest lepiej, dopóki nie zacznę o tym myśleć, ale to normalne, zawód miłosny pospolity, nie chce mi się jeść, nie chce mi się wyjść, może trzeba to przeczekać, ale nie wiem czy to jest mądre. Myślisz, że dzięki Twojej pewności siebie zdobędziesz góry, powiesz tak i tak ma być. Bo stanowczy, wow, zajebiście, laski na to lecą. Po co babie lane kluski słodko pierdzące, facet ma być facet, prawda? Ale są granice wszystkiego. Jest coś takiego jak współczucie, może nie o to chodzi, ale możesz czasem być mniej skurwielem, byłoby przyjemniej, czasem odpuścić, powiedzieć ‘pewnie jej się palnęło, nie ważne, nie będę się kłócić, nie będę pierdolić znowu,  wojny toczyć’. Doskonale wiesz, że żadne z nas nie odpuści podczas kłótni, to może dajmy sobie spokój z samą kłótnią.

Do trzech razy sztuka. 

2/27/2016

16. Nic nie musisz, możesz wszystko


Mówisz "podziwiam Cię". Czytasz moją historię i twierdzisz, że na moim miejscu nie dałbyś rady. A ja słucham i myślę "jak można nie dać rady? To co byś zrobił? Nic? Zniknął? No co, nie miałbyś innej możliwości niż dać radę. Po prostu".

Pomimo swojego wieku, 20 lat to jednak niewiele, trochę szalonych rzeczy mam za sobą, ale nie czyni mnie to o wiele mądrzejszą od innych. Poznałam swoje zachowania w pewnych sytuacjach, to do czego jestem zdolna by przetrwać i zobaczyłam na własne oczy trochę tego i owego. Nic więcej.
Jednak jest mi całkiem miło, kiedy dostaję wiadomość na fejsie, że ktoś na prawdę mnie podziwia. To, że w ogóle ktoś czyta moje wypociny jest bardzo motywujące.
Wracając do tematu, to nic wielkiego. Raz dostałam prośbę pomocy. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że tuż obok mnie ktoś miewa podobne problemy. Że ktoś, kogo znałam od dzieciaka, teraz buja się gdzieś na granicy detoks a dragi, ale bardziej dragi niż detoks. No byłam w szoku, serio.
A jednak, patrz. Pomogłam myślę w małym stopniu, właśnie dzięki temu, że piszę te swoje nudnawe tekściki, po prostu by uporządkować myśli.

W momencie kiedy przyjechałam do Anglii i minimalnie się tu zaklimatyzowałam poznałam kilka naprawdę wspaniałych osób. Takich ludzi ze świecą szukać, szanować i pielęgnować jak kwiatki na wiosnę. Zwłaszcza, kiedy przez większość swojego szarego życia obracasz się wokół ludzi, których tak na prawdę nie znasz, albo uważasz ich za takich jakimi nie są. Z tych znajomych których miałam w Polsce, teraz mam kontakt dosłownie z kilkoma, mogę ich zliczyć na palcach jednej ręki. Cała reszta kręci się tylko wokół Facebooka i lajków pod zdjęciami. Nic więcej. A MYŚLAŁAM, że miała tyyylu przyjaciół, ha!
Oczywiście nie wszystko jest tak kolorowo jak się pisze, bo na świecie są ludzie i są parapety. Wszyscy wiemy o co chodzi. Poznajesz człowieka, dajesz mu super wypasiony pakiet zaufania i tylko patrzysz z boku co z tym zrobi. Liczysz na cudowne obrazki, a tu okazuje się, że nie dość, że okaże się fałszywą świnią, zakłamanym gnojem, zbędnym elementem, to jeszcze cię wykorzysta i zostawi na lodzie. W moim przypadku jedna na 20 osób poznanych osób okazuje się być człowiekiem, cała reszta to takie zbędne elementy. Dlatego też, zrezygnuję chyba z rozdawania mojego super wypasionego pakietu zaufania, bo naprawdę nie lubię się zawodzić. W ogóle po co tracić miejsce we wpisie, czas i myśli na takie parapety? Lepiej skupić się na tych przyjemniejszych tematach.
Na dzień dzisiejszy wiem, które relacje pielęgnować i pieścić, by przetrwały jak najdłużej, bo życie jest naprawdę krótkie i trzeba się nim cieszyć. Na co komu stresy, choroby z tego wynikające, leki jakieś na starość i ślepota, skoro można tego uniknąć i żyć dłużej swoim własnym osobistym wypielęgnowanym szczęściem?

Chwila, chwila. O czym właściwie miał być ten wpis? Nie wiem na czym się dokładnie skupić.

Powiem tak, życie kolorowe nie jest, podróżujesz jedną drogą i na pewno spotka Cię na niej wiele nieprzyjemności, ale nigdy się nie poddawaj, ile razy upadniesz, tyle razy wstaniesz, za każdym razem silniejszy. Nie licz na ludzi. Nie ufaj nikomu. To Ty jesteś najważniejszy, to Twoja bajka i spraw tak, by to ludzie walczyli o Twoje zaufanie, nie daj się wykorzystać, nie daj się manipulować, trzymaj w rękach to co Twoje i nie oddaj.




Nienawidzę manipulacji. Kurwa. Skup się, żarty się skończyły. Lecę. Wiele razy chciałam dać się ponieść na innych rękach, nie na moich, nie po mojemu, każda ręka niszczyła, delikatnie, coś zabrała, coś tam coś tam, aż na sam koniec tej drogi zostałbyś sam i do tego bez niczego, na dokładkę ze świadomością ile razy cofnąłbyś czas by tego, tego czy tego nie robić.
Zniknął nie było go. Cieszyłam się, że pójdzie siedzieć, w końcu wygrałam. Nie dałam się donieść do końca tej drogi na obcych rękach, oparłam się i stanęłam na nogi, zrozumiałam, że to złe, że to nie moje dzieło i nie moja duma, wręcz przeciwnie. W sumie dalej tak jest, ale ostatnio coś we mnie pękło, a dzisiejsza wiadomość jeszcze dobiła, jakbym dostała liścia prosto w twarz.
Dlaczego weszłaś na mojego Facebooka? Jak Antoś? Nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale mam do amputacji jeden palec, niedowidzę na prawe oko, mam krwiaka mózgu, ale w sumie to już nie Twoja sprawa. Wiedz, że nie pozwolę by ktokolwiek Ciebie i Antka skrzywdził, jesteś złą i najgorsza ale w sumie to kocham Cię. Jestem o krok wprzód do przekonania, że ot tak można kogoś wymazać z pamięci. Będę o Was walczył do końca. Nie było żadnej L., po Tobie nie miałem nikogo i nie będę nikogo miał, mówiłem, do trzech razy sztuka. Nie ważne. Hajs to priorytet, zostańmy przy tym temacie. Zdecydowałem, że zniknę w sumie, znajdź dla Antka dobrego tatę, ja zniknę, będę Was wspierał finansowo ale niech Antek nie wie o moim istnieniu.
A teraz Drogi Czytelniku znajdź tu logikę, bo ja nie widzę. Nie wiem, słowa to tylko słowa. Ja już ludziom w słowa nie wierzę, słowa nic dla mnie nie znaczą, nie słowa są ważne a czyny.
Ja mówię nie jesteś, nie byłeś, nie będziesz Bogiem, nie ma poziomów, nie ma, zejdź na ziemię, nie jesteś gwoździem tego programu, mówisz ‘przetrwasz’. Ja wiem, ja tak, ty nie, nie jesteś mocny, nie jesteś mądrzejszy z każdym kolejnym upadkiem, nie jesteś silniejszy, wbrew pozorom. Jesteś chory a każdy upadek otwiera Ci szerzej drzwi na cmentarz. Publiki już nie masz, koncert się skończył, wiem, że kiedyś to pojmiesz. Błędy popełnia każdy, ale nie codziennie te same, nie możesz być mądry, silny, skoro nie wynosisz z życia żadnej lekcji. Szansa, nadzieja są zawsze, ale nikt już nie będzie na to czekać, żeby Ci na koniec zaklaskać. Weź kurwa mnie nie załamuj. A najgorsze jest to, że każdy człowiek, mniej czy bardziej ważny powiedział Ci to samo, było ich dziesiątki, każdy to widział i słyszał. A Ty nadal uważasz się za Boga. Przepraszam ale mnie już dla Ciebie nie ma. Mnie na pewno.

Powodzenia S.

Czytasz i i tak nie uwierzysz, tyle TYLE bym dała, żeby to zobrazować, wyjąć z głowy i pokazać, przedstawić, ludzie, ludzie, ludzie! Spokojnie oddychaj, zapal i weź łyka, płynie monotonnie muzyka.

Wyścig myśli. Źle mi, terapia jakaś może, psycholog. Weźcie ode mnie to, proszę. 

Brakuje mi ludzi, różnych ludzi, spotkać, pogadać, nie myśleć. Uciec do pracy, popatrzeć, posłuchać, pobyć i wystarczy. Żeby zagłuszyć ten chujowy okres, ten żal, pomimo obecnego JEST OK, chyba nie jest. Nie wiem, nie wiem. Piszę, palce same uderzają o klawisze, nawet nie patrzę, to już nawet o wenę się nie rozchodzi, to już jest mętlik, który staram się poukładać, dojść do sedna tego problemu. Jakieś psychozy zostały. FUU jak wiatr. Dobra skończyłam, nawet na to nie patrzę, żegnam, to do potem.


2/17/2016

15. 110 dni

Dobra, 2016 siedzi, luty już nawet, a tu nic się nie dzieje. Tyle razy już to robiłam, że nawet nie jest mi głupio. I szczerze powiedziawszy patrzę na pusty arkusz już od dobrej godziny i na prawdę pustka w głowie aż mnie boli.

Dzieje się dzieje dookoła ale już na prawdę nie mam ochoty opowiadać. Tłumaczę i opowiadam non stop i jeszcze tutaj? Dobra, zrobię to tylko i wyłącznie dlatego, że sama postanowiłam sobie zamieszczać tu tę marną historię.
Ostatni post był 2 listopada czyliiii.. jakieś 110 dni temu, chyba, że kopnęłam się w obliczeniach, wybaczcie. W ciągu tych 110 dni naprawdę trochę się wydarzyło…. „kocham te moje ekscytujące początki opowieści”.

Przyjechałam razem z mamą, żeby pomogła mi przez pierwsze dwa tygodnie zadomowić się trochę i poszukać pracy. Nie no nie mam weny, dobra cicho, skup się. Była, pojechała, było smutno cicho i pusto. Znalazłam dla Antka przedszkole, do którego chodził może maksymalnie dwa tygodnie. W tym czasie pracowałam w kilku miejscach, bo jak wiadomo praca przez agencje, nie jest tak kolorowa jak się spodziewałam jadąc tutaj. Większość czasu siedzę w domu na dupie i liczę krople deszczu na oknie, NO BO CO INNEGO. Powoli zaczynam się irytować, jakaś taka mocno podirytowana ostatnio chodzę. 

Poznałam ludzi. Tylko i wyłącznie dzięki takiej, a nie innej pracy mam znajomych, miałam więcej, ale Polak za granicą już nie jest Twoim bratem i po raz kolejny przekonałam się, że lepiej unikać rodaków za granicą, niż szukać u nich przyjaźni. Pomimo większej ilości nieudanych znajomości, znalazły się też takie, które warto pielęgnować, mogę je policzyć na palcach jednej ręki. Ale po co komu więcej?
Przez prawie dwa miesiące miałam współlokatorów. Z jedną częścią tych współlokatorów dogadywałam się bardzo dobrze, a z drugą miewało różnie, raczej nie dobrze. Co poskutkowało tym, że w chwili obecnej toczę wojnę na słowa. Ale pamiętajcie drogie dzieci, z głupim nigdy nie wygracie, głupiemu trzeba przyznać rację i przybić jeszcze piątkę, hura. Także wojna, nie wojna, nie ważne, szkoda słów, może kiedy indziej, teraz nie, teraz nie ma weny.
Zostałam ciocią!


Oczywiście historia nie obejdzie się bez zawsze obecnego i aktywnego Pana S. czyli ‘gdziekolwiek się nie pojawię, zawsze wszystko spierdolę’. Nie minęła nawet pierwsza połowa grudnia, a Pan S. już tu był. I tym razem drogie dzieci Was nie zaskoczę, bo Pan S. był pijany! Przez miesiąc, prawie dzień w dzień, kilka razy dziennie, słyszałam walenie do drzwi i okien ‘wpuść mnie!’, ‘chcę tylko zobaczyć Antosia’, ‘chcę zobaczyć mojego syna i wejść się ogrzać’, ‘nie nakarmisz mnie?’. Serio? Znam to zbyt dobrze. Grudzień, więc można się spodziewać na dworze minusowej temperatury OCZYWIŚCIE, ale alkoholik zawsze da radę, nie ma innej opcji. Z czasem dowiedziałam się, że Pan S. okupuje super, hiper, wyjebiście wygodniutki, de luxe materac na opuszczonym ogrodzie, za opuszczonym domem i tam nie groźny był mu już śnieg, deszcz, grad czy wiatr, ważne, że flaszka zawsze była w kieszeni.
W końcu wylądował w szpitalu, zakażenie w nodze i odmrożenie rąk i nóg, tydzień w szpitalu pozwolił mu w końcu wytrzeźwieć. Pojawił się potem tylko na chwilę, odebrać swoje rzeczy, które jeszcze pozbierałam z ulicy, wyprałam i włożyłam mu do torby. Wiem, nie powinnam, nie wiem dlaczego to zrobiłam, ale zrobiłam, na chuj drążyć temat. Tego dnia widziałam go po raz ostatni, jeszcze później miałam z nim styczność w internetach, trochę gróźb, problemów, ostatecznie możliwe, że wylądował w więzieniu. Tyle w temacie, i mam nadzieję, że ten temat się więcej nie pojawi na mojej życiowej ścieżce.

A teraz zakończenie. Dobra, chciałabym, móc częściej zmusić się do pisania, ale moje lenistwo jest tak uparte, że sobie z nim nie radzę. Może są na to jakieś leki? Opisane wyżej wydarzenia to tylko skrót, potrzebuję być pod wpływem skrajnych emocji, by przywołać wenę do pomocy. Nie, chyba nie będę się zmuszać do płaczu, żeby coś napisać. To już nie ten etap.


Dobra, trzymajcie się ciepło, cieszcie się nadchodzącą wiosną tak jak ja to doskonale potrafię robić i będę zbierać siły na kolejne wpisy. Cześć!
SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://klaudiaurszula.blogspot.com/2016/