11/02/2015

14. Nóż w serce

Wyobraź sobie to. Poznajesz kogoś dla kogo rzucasz wszystko, to już wiadomo, kto czytał ten wie. Walczysz jak głupi z każdą sytuacją, są wzloty i upadki, dzieją się rzeczy niewyobrażalne.
Kurcze, mijają ponad dwa lata. Twoje życie obraca się do góry nogami. Ze zwykłego życia zwykłego nastolatka czyt. szkoła, dom, rodzina, znajomi, internet, imprezy, używki, kawa, instagram, komputer, całe to pospolite gówno. Pojawia się problem ze znajomymi, problem z rodziną, problem ze szkołą, problem z prawem, problemy w urzędach, ciąża, potem dziecko, potem wyjazdy, ucieczka, niby próbujesz wszystko poukładać, ale nadal walczysz o tę osobę.
Nadal pomimo tego, co się stało, nadal cholera jasna, za plecami rodziny i znajomych walczysz. Już nic nie mówisz, już nie chcesz słuchać "zostaw to i zawalcz o siebie i dziecko'. Dążysz do niby prostego celu, by mieć szczęśliwą rodzinę i dom.
Patrz. Wyjeżdżasz tam, gdzie zawsze marzyłeś by być. Co prawda miałeś tam prowadzić przezajebiste studenckie życie, nadal bawić się i korzystać z życia pełną parą, ale tak też jest okej. Jesteś, masz dom, pracę, pieniądze, ale czegoś tu brakuje.
Miłości. Gdzie jest ta osoba, o którą tak się starałeś? No gdzie? Już mówię.
Przez większość czasu pogrążona była w syfie, ale udało się trafić do odpowiedniego miejsca, dzięki któremu udało się jej stanąć na nogi. Nie wiesz jak długo to potrwa ale masz tę pewność, że idzie w dobrym kierunku.
Gdzieś z tyłu głowy wyobrażasz sobie, że jeszcze trochę czasu poczekasz i pomożesz jej dostać się do Ciebie. Będziecie nareszcie razem, szczęśliwi, taką masz nadzieję. Nadzieja zawsze umiera ostatnia, możesz żyć tą nadzieją, żyć, pić, sycić się nią dzień w dzień, łykać i kurwa dławić. Ale nadal pozostaje nadzieją.
Czasem porozmawiacie na fejsie, łał, ale każda rozmowa jest rozmową, więc nie ma co wybrzydzać. Masz wrażenie, że rozmawiasz z zupełnie inną osobą. Zawsze było "nie zostawiaj mnie, nie będę mieć dla kogo żyć, bądźmy razem już zawsze na zawsze". A teraz? "dajmy sobie czas, wyjadę tu i tam i zobaczymy jak to będzie, może się zakochasz, może też się zakocham, mogę do Was pisać i Was odwiedzać ale bez żadnych związków". I w tym momencie czujesz jak ostry nóż wbija się prosto w twoje serce.
Tyle czasu poświęcasz komuś, w kogo tak mocno wierzysz.. Wszystko poświęcasz. Kurwa no. I zostajesz sam, sam jak palec. Brzydzisz się innymi, nie chcesz nikogo innego, innej miłości, innego dotyku. Tylko tą jedną, swoją.
Co teraz byś zrobił?

10/18/2015

13. Podróż w jedną stronę

Nie lubię zawodzić innych. Wczoraj dowiedziałam się, że mój optymizm jest przerażający, nie wiedziałam. Zawsze wydawało mi się, że jestem raczej pesymistką, ale jeśli jest mowa o planach czy sytuacjach, w których byłam nie raz i udało mi się w nich przetrwać np. szalona przeprowadzka z jednego kraju do drugiego, jestem przerażająco optymistyczna. "Spooko, będzie zajebiście, ogarniemy wszystko na luzie, ja to załatwię i będziecie mieli to i to i to". A co jak jednak coś stanie na przeszkodzie? Tym razem tak właśnie się stało.

Chodzi mianowicie o to, że wybywam. Wybywam do zjednoczonych emiratów brytyjskich, jak to kiedyś ktoś tak nazwał. Druga Polska, polska kolonia etc. Udało się wszystko czasowo i finansowo rozplanować na moją korzyść i lecę zacząć od nowa. Który raz już to mówię, że zaczynam od nowa? Całe życie zaczynam od nowa. Ale lepiej zaczynać niż stać w miejscu, prawda?
Szukałam przez długi czas kogoś, kto chciałby podjąć się tego wyzwania ze mną. Jakiejś koleżanki, kolegi, może ktoś z rodziny, ktokolwiek. I tak właśnie znalazłam dwie i pół osóbki. Zajebiście było poznać kogoś nowego, przy tym odnowić stara znajomość i pomóc trochę w kompletowaniu wyprawki dla dzieciątka, które niedługo będzie z nami na tym świecie.

Wyszło z naszych spotkań prawdziwie wielkie YOLO, pożyczki, pakowanie, sprzątanie i wszystko rach ciach. Miesiąc znajomości i już mam kompanów do podróży. Sama perspektywa tego, że wyjeżdżając będę miała do kogo otworzyć buzię, jest na prawdę cudowna.
Sęk  w tym, jak już wspomniałam,  wyskoczył jeden głupi błąd,  za dużo naobiecywałam  i teraz mam za swoje. Stara znajomość się na mnie wypięła, nowa znajomość stoi po środku nas, i w sumie nie wiadomo czy jeszcze kiedykolwiek będzie w porządku.  Akurat ta osoba ma kilka niefajnych cech i to jest ta komplikacja.  Szkoda byłoby jeszcze przed startem wszystko zakończyć.  Co to za fajna znajomość, kiedy z jednej strony masz przyjaciela a z drugiej wroga. Wróg wpływa na przyjaciela,  bardziej niż przyjaciel na wroga i w końcu wyjdzie jedna wielka LIPA.

No nic, miejmy nadzieję,  że wszystko się uda i nareszcie będę miała swój kąt na tym świecie.

ZOSTAŁO 7 DNI! LICZĘ  NA POWODZENIE.



8/26/2015

12. Be right back

Znowu dopadła tę stronę kilkumiesięczna przerwa. Widocznie bez tego się nie da.
Co u mnie? Czemu się nie odzywa, czy coś się zmieniło? Co mogę powiedzieć. Wciąż coś się zmienia, podejmuję coraz to nowsze i odważniejsze decyzje. Staję na nogi, powoli, ale każdy krok do przodu się liczy.
W skrócie opowiem tu co wydarzyło się od lutego.
W połowie lutego wróciliśmy do Polski. Straciliśmy dom w Neustadt, zostaliśmy zmuszeni do sprzedania tego, co udało nam się zyskać, by stworzyć swój dom. Wszystko po to, by móc zacząć jeszcze raz, kolejny raz na nowo. Okazało się, że Antoś miał krztuśca, czego nie potrafili w Niemczech zdiagnozować. Na szczęście już po wszystkim. Brał antybiotyk, wykaszlał się na zapas i miejmy nadzieję, że nie zachoruje więcej na nic poważnego.


W marcu zamieszkaliśmy we własnym mieszkaniu, przewieźliśmy tam cały nasz pozostały dobytek i plan był taki by zamieszkać w Pile na jakiś czas, może kilka lat, może nie. Co dalej? No co mogło być dalej. Moje nieszczęście w życiu wygrało, nie pomieszkaliśmy nawet dwóch miesięcy i musieliśmy się wyprowadzić. S. pił, pił, pił, pił, pił, pił, pił aż by się zapił. A ja nie byłam w stanie utrzymać domu i pracować, zapożyczać się i prosić innych o pomoc, tak by utrzymać 3 osobową rodzinę. Logiczne.Wyprowadziłam się w sumie sama. Co mogłam wziąć to wzięłam, co musiałam sprzedać, sprzedałam. Wpadłam w kolejne długi, bo jakżeby inaczej. Kablówka, rodzina itd. A ja nadal w miejscu.


Zamieszkałam u mamy. Razem z Tosiem stworzyliśmy swój mały kącik do mieszkania na czas, aż nie wymyślę czegoś nowego, a czas nagli.
Tymczasowo podjęłam pracę, znalazłam opiekę dla malucha i tak pociągnęłam nie całe dwa miesiące. Każdy grosz jest ważny w moim przypadku. Pracowałam jako korepetytor języka angielskiego dla dzieci z podstawówki i gimnazjum na dłuższą metę i jako sprzedawca w sklepie odzieżowym w Camaieu (moją opinię większość ludzi już zna na ten temat, bo skomentowałam ten okres czasu na Facebooku, ukryłam jednakże ten post z uwagi na dalsze problemy w znalezieniu pracy. Nie każdy chciałby zostać obsmarowany gównem na portalu społecznościowym przez jakąś nic nieznaczącą gówniarę :).)

Poza tym w sprawach sercowych miewały na prawdę bardzo bardzo złe momenty, no i chwile uniesienia, ale bądźmy szczerzy. Raczej nie były one aż tak ważne i znaczące. S. spieprzył sprawę. Cała moja rodzina, bez wyjątków wycięła Go z życiorysu, jego również. W kilku słowach: kłamstwa, kradzieże, oszustwa, szałasy, pijaństwo, leki, karetki, szpitale, odwyki, bez zmian. Niby po raz setny podjął leczenie ale przerwał, zdążył w tym czasie powtórzyć całą tę listę. Szkoda, że nie da się. Nie widzę szansy dla Niego. Teraz (chociaż mam wrażenie, że bez przerwy zmieniam zdanie) na prawdę nie widzę. Marskość wątroby stwierdzona, na co on chory NIE jest? Dobre pytanie. Przykro mi to przyznać ale można mu już odliczać dni.

Obecnie planuję na przełomie września i października wyjazd na stałe do Anglii, tak jak planowałam w liceum. Znaleźć pracę, mieszkanie, zacząć od nowa szkołę, albo chociaż ją ukończyć i podejść do ichniejszej matury. Pójść na studia i jakoś to wszystko ułożyć. Antek niedługo będzie na tyle duży, że zacznie przedszkole i nie będzie takiego problemu z opieką jak teraz. Chcę zacząć w końcu żyć normalnie, uwolnić się od wszystkich ciężarów, długów, a tylko to chodzi mi teraz po głowie.
Przez kilka ostatnich miesięcy miałam problem z załatwieniem dokumentów dla Małego, pesel, dowód, zdjęcia, szczepienia, chirurg, ortopeda, skierowania i lekarze. Ale w tym momencie czekam jedynie na odbiór jego dowodu i sprawę o alimenty. a potem WSIO! i mnie tu nie ma, nareszcie!



1/31/2015

11. Dziś już wiem

Jeden wypad, jedna decyzja i tyle wydarzeń, złych głównie, jak to u mnie, czasem też dobrych, chwile zapomnienia, trochę wspomnień. Nie miałam chęci do tego by cokolwiek tu zamieszczać. Ale jak już piszę to piszę.
Tydzień po ostatnim poście czyli 15-go stycznia na wypłatę wypożyczyliśmy samochód, spakowaliśmy torby i pojechaliśmy do Polski. Plan był wpaść na 3 dni, załatwić najważniejsze i wrócić, dalej walczyć o przetrwanie i o rodzinę. Priorytetem było załatwienie spraw prawnych w Pile, przesłuchania, badania itd, a poza tym to jeszcze wizyta u lekarza, żeby mój S. zmienił swoje leki na inne, bo troszkę mu się pokomplikowało w głowie, chciał, a nie mógł i trzeba było to zmienić.

No i co. Jak zawsze, miało być pięknie, a wyszło jak zwykle. Nie chciałabym jednak opisywać dokładnie co się stało, bo dostałam pośrednio informację, będąc tu w domu, że nie powinnam pisać za dużo o tym co się dzieje w moim życiu prywatnym, zwłaszcza o moim lubym. Ale jest to blog osobisty, myślałam o tym, żeby zamknąć stronę na Facebooku i zmienić adres bloga, żeby na nowo mieli do niego dostęp tylko ci, którzy chcę, żeby go czytali i ci, którzy wpadli tu przypadkiem. Ale zmieniłam zdanie. To co tu zamieszczam jest moją sprawą, nikomu nie robię na złość, pod górkę czy cokolwiek. Nikt nie ma z tym problemu, a jedyne co dostaję w zamian to dobre rady, miłe słowa i wsparcie. Wszyscy, którzy choć raz słyszeli o S. albo go znają, wiedzą jaki jest i co potrafi, kiedy wyłączy myślenie będąc w ciągu. Pisząc tutaj jest mi łatwiej uporządkować myśli i jest mi lżej na duszy, wiem, że ktoś to czyta i mam wrażenie, że jako tako komuś się wygadałam z tego co mnie dusi w środku. No.

Wracając do tematu. Wystarczyło nie całe 10 dni, żeby zniszczyć większość na co zapracował przez rok. Mówiłam, cholera, wypijesz to stracisz. Ale nie wytłumaczę, ani jemu, co robi i jakie są tego konsekwencje, ani innym, że jest chory. "Nie usprawiedliwiaj go", ci, którzy tak mówicie, jesteście po prostu głupi. Przepraszam, ale to prawda. Są choroby mniejsze i większe, te, z którymi można sobie poradzić bez problemu i te gorsze. Wiedziałam jako tako na co się piszę, chciałam wejść w to bagno, żeby pomóc mu z niego wyjść. Bo alkoholik sam dla siebie nie zacznie walczyć z nałogiem, potrzeba mu wsparcia osoby, która jest uparta, kocha, chce pomóc i przede wszystkim jest silna. Nie wiedziałam czy dam radę, czy podołam, czy w ogóle jestem warta jego uwagi. Ale dziś, właśnie dzisiejszego dnia już wiem, że tak.

Przez ostatnie kilkanaście dni przeżywałam na nowo piekło, o którym już dawno zapomniałam, chlanie, szukanie, kłamstwa, groźby, szantaż, kradzieże. Boże. Wszystko wróciło na pierwszy dzień po przyjeździe. Bo nie dopilnowałam, bo nie namówiłam, bo nie dałam rady, bo zaufałam, uwierzyłam i puściłam go wolno. W skrócie. Przez pierwszy dzień, łudziłam się, że po prostu jest zajęty, że załatwia sprawy, miał sprzedać telefon, żebyśmy mieli więcej gotówki na zakupy do domu, że po prostu jest okej i zaraz się odezwie. Tak bardzo się myliłam.. Zostawił mnie i Antka w domu z mamą, mówiąc, że za dużo wspomnień go dopada w tym domu i pójdzie spać do hotelu. A tak na prawdę pojechał na melanż. Przepił w kilka dni tyle pieniędzy ile moja mama zarabia ostro harując przez cały miesiąc. Przepił pieniądze za telefon i ostatnie złotówki z wypłaty. W kolejnych dniach, karmiąc się nadzieją traciłam coraz więcej. Cierpliwości, rzeczy materialnych, wspomnień i nadziei, na to, że jeszcze możemy wrócić do domu. Synek nie ma dokumentów, bo jemu się spieszyło do ziomków, samochód zniszczony, nie mamy ani grosza. Starczy tego złego.

Dziś jest ostatni dzień stycznia i nareszcie czuję, że moja osoba i nasz synek jesteśmy tym, na co czekał przez tyle lat. Jak cudownie jest słyszeć, że się bał, kiedy już przestał, że nas stracił, że przegrał wszystko, że już nie chce więcej, że już nas nie opuści, nie zostawi, nie oszuka, nie okradnie, nie zrani. Postawiłam warunek. Chcesz być w naszej rodzinie, być szczęśliwym mężem i ojcem, wychowywać swojego synka, dawać mu dobry przykład? To idź i się lecz. Zacznij od wizyty u swojej psychiatry, zmień leki, bo po to tu przyjechałeś dwa tygodnie temu i zacznij w końcu żyć, być szczęśliwym! Nie tylko dla nas, ale przede wszystkim dla siebie. Więc spiął dupę i tak zrobił.
Dziś rano byliśmy na wizycie w przychodni BBJ. Dostał lek na alkoholizm, chociaż to śmiesznie brzmi, bo z nałogu się nie wyleczysz, możesz jedynie z nim walczyć i wygrać tę walkę. Racja, uzależniony będzie, ale już nie musi wszywać sobie pod skórę jakiejś wszywki, która spowoduje, że jak wypije to umrze. Ma magiczne tabletki na zahamowanie głodu i na wyjście z ciągu, do tego tabletki szczęścia i tabletki, które usuną lęk, z jego życia i tabletki na życie w społeczeństwie. Tak, jest chory i tak, będę przy nim. Dziękuję.


1/09/2015

10. Trzy miłe rzeczy

29 grudnia rozmawiałam z ciocią, która czytając tego bloga poradziła mi, żebym spróbowała codziennie zapisywać sobie trzy miłe rzeczy jakie mnie tego dnia spotkały. Tak tez zrobiłam ale niczego to nie zmieniło. Nadal jest beznadziejnie i mam dość tego wszystkiego. Chciałabym w końcu być szczęśliwa. Meczy mnie codzienne wstawanie, słuchanie czego mi nie wolno, to i tamto. Wszystko źle, najgorzej czyli w sumie bez zmian. 
Tak też zrobiłam, przez kilka dni spisywałam kilka miłych rzeczy, nawet jeśli były to małostki. Potem zdałam sobię sprawę, że niczego to nie wnosi, nie robi żadnej różnicy i przestałam.
Te kilka rzeczy to w pierwszy dzień, mój synek skończył 5 tygodni, od rana obdarzał mnie zniewalająco słodkimi uśmiechami, coś cudownego, zwłaszcza, że wcześniej bardzo rzadko się ciezzył na mój widok. Kolejna rzecz to uczucie niesamowicie miękkiej skóry po zastosowaniu peelingu kawowego i smak utęsknionej herbaty cytrynowej, bo od kilku tygodni wstecz piłam tylko herbaty o typowo świątecznych smakach. No i na koniec dnia pierwszego, znalazłam całkiem fajny zespół - The Avett Brothers. 
Kolejnego dnia obudziłam się cudownie wypoczęta (o dziwo) i  zaczęłam go  wypiciem przepysznej kawy. Potem udało mi się w spokoju zedytować kilka stron w internecie, odświeżyć wygląd i zaktualizować informacje. Na obiad S. zrobił przepyszny rosół, który zaprzątał mi myśli od paru dni i ostatnie, za oknem panował piękny zimowy wieczór.
Trzeci dzień był od rana spokojny, bo synek spał spokojnie i nie płakał, przytulając się do niego po raz pierwszy zdałam sobię sprawę z tego, jakie przyjemne i mięciutkie są jego włoski. To był sylwester, więc o północy mogłam upajać się widokiem pięknych fajerwerków i czerpać z tego prawdziwą radość. Serio, dawno się tak nie cieszyłam. 

Pierwsze dni stycznia mijały podobnie, na zmianę dobrze i źle. Biorąc pod uwagę tylko te dobre chwile, to muszę się pochwalić, bo mój mały brzdąc niesamowicie rozgadał się i zaczął gaworzyć, po długim czasie znów wróciłam do rozmów z tatą na Skype i muszę przyznać, że pomaga mi to zapomnieć o smutnych i męczących rzeczach. Po prostu jest wtedy wesoło. 
Z S. obejrzeliśmy zajebisty film "Babadook", i spędziliśmy miły wieczór, pierwszy od dawna, a co najważniejsze, po wielu ciężkich chwilach nie poddał się i nie wypił. Jest coraz gorzej z jego psychiką. Skończyły mu się leki, które w sumie nie dawały za dużo ale podtrzymywały jego poziom serotoniny. Teraz kiedy ich nie bierze czas szybko ucieka i jest coraz bliżej ataku. Wziął zwolnienie z pracy jeszcze kilka dni przed wigilią i nadal nie jest w stanie wrócić. Sami wyobraźcie sobie połączenie nerwicy, zespołu lęku uogólnionego, depresji, alkoholizmu i mizantropii. Mieszanka wybuchowa. Czasem nie wiem czy mam się za niego wstydzić, patrząc na to jak traktuje ludzi, których szczerze nienawidzi, czy po prostu to ignorować, wierząc, że niedługo wszystko wróci do normy. Ale zostawmy już ten temat. Miało być przecież wesoło.

Szukałam pracy od kilku dni po Nowym Roku i udało mi się. Może jeszcze nie w stu procentach ale byłam w pracy próbnej. A mianowicie praca w hotelu na stanowisku recepcjonistki, która mówi po angielsku czyli jakby pomoc tej drugiej. Nie muszę mówić po niemiecku, chociaż dobrze by było, bo łatwiej wtedy jest oczywiście porozumiewać się z koleżankami, ale to spokojnie. Byłam na godzinę zobaczyć co i jak i czekam na meila z odpowiedzią czy dostaję tę pracę czy nie. Wiadomość miałam dostać dzisiaj, ale poczekam do jutra i sama napiszę.
Nawiązując jeszcze do tematu S., jego sytuacja psychiczna zmusza nas do jak najszybszego odwiedzenia Polski w celu zmiany jego leków, dlatego prawdopodobnie w piątek za tydzień czyli dzień po wypłacie wyruszymy do ojczyzny. Nic nie jest pewne, to zależy od tego ile dostanie pieniędzy w tym miesiącu i czy stać nas będzie na taki wypad. Tak czy inaczej, jakoś pojechać musimy, bo nie wyobrażam sobie dalej życia w ten sposób. Jeszcze chwila i sama zwariuję. Pozdrawiam!



SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://klaudiaurszula.blogspot.com/2015/