10/31/2014

20.2 Wyłączam emocje


Powoli wyłączam uczucia, powoli wyłączam emocje. Co się dzieje takiego? Nigdy się tak nie czułam, może kiedyś, dawno, coś niezrozumiałego. Ale teraz już rozumiem i wiem co się dzieje. Czy miłość istnieje? Czy to jakieś reakcje zachodzące w mózgu. Tylko reakcje. Bodźce czy inne sprawy. Już na prawdę nie mam ochoty biegać, płakać, skakać, użalać się, narzekać i prosić. Znudziło mnie to, zdecydowanie zmęczyło. To była po prostu desperacja, silna więź z tym co było na początku. A jak każdy doskonale wie, na początku jest najbardziej różowo. A potem jest tylko przyzwyczajenie. Złudzenie miłości, sztuczne "kocham", jakieś buziaki.

Na początku kontakt się nie urywa, bo nikt nie chce go urwać. Są pocałunki, przytulańce, flirt i romantyczne momenty. Rozmowy telefoniczne na dobranoc i smsy w ciągu dnia. Tylko siedzisz i czekasz aż się odezwie. A jak się odezwie jesteś cała w skowronkach. Spędzacie każdy dzień razem i jesteście przekonani, że to się nigdy nie znudzi. Ale co to? Nagle jest okazja zamieszkać razem i wychodzi prawda na jaw. 
Ty okazujesz się być znerwicowaną pedantką, a twoja "druga połówka" obleśnym syfiarzem. No przecież nie będziesz sprzątać bez przerwy, no przecież ile można znieść tę hipokryzję i ignorancję. Ciągłe kłótnie, o byle gówno. Przyzwyczajenie staje się męczące. Do głowy wkradają się jakieś obsesyjne wizje zdrady. "Zdradzi mnie, na pewno, ja bym z taką osobą jak ja nie wytrzymała", a z drugiej strony myślisz też "kurcze, nie dam rady tak dłużej, już nie jest mną zafascynowana, już nie chce na mnie patrzeć, coraz częściej słyszę jakie to życie jest chujowe, że chce wrócić do Polski, bo tu nudno, bo chujowo, bo Polacy, bo ojezu", potem te dziewczyny, ciągi, zapomina, że jestem. A może nie zapomina, ale jestem tylko kimś kto pilnuje, żeby brudno nie było i obiad stał na stole ciepły po pracy, ale tak generalnie to jestem dla nego jak wrzód na dupie.

Jeszcze tak nie dawno cieszyła mnie wizja ślubu. Chciałam mieć obrączkę, chciałam być razem, mieszkać razem, mieć piękne dziecko i kotka. Cieszyłam się na to, że wbrew wszystkim będę mogła mieć papierek z urzędu i dumnie mówić oficjalnie o swoim MĘŻU, nie chłopaku, MĘŻU. A ja? ŻONA, ale ekstra. Ale teraz? Teraz powoli przyznaję się przed sobą gdzieś tam w środku, że NIESTETY ale muszę wziąć cywilny ślub, żeby jakoś chrzest załatwić, bo dziecko przecież musi być ochrzczone i to w sumie za pare miesięcy. Co? Już? Tak szybko? Nie chcę wychodzić za mąż za człowieka, który usprawiedliwia każde swoje zachowanie tym, że "jest chory i oderwany od rzeczywistości". Do tego z obowiązku, bo dzieciak... 
Co się dzieje?! Człowieku, jak tak dalej będziesz "oderwany od rzeczywistości" to nawet nie zauważysz jak zostaniesz sam, bo my odejdziemy! I dla kogo będziesz pracować i zarabiać? Dla siebie? Oh, nie żartujmy sobie aż tak, przecież dla siebie nie będziesz pracować. Zachlejesz się w trzy dupy i będzie po zabawie, a tego wbrew pozorom nikt nie chce. 

Marzę o tym, żeby znów poczuć się jak rok temu. Jak wtedy kiedy czarował mnie swoim wzrokiem, jak udawał, że nie chce, a chciał i ja też chciałam. Namiętnie, gorąco. I pomimo, że po czasie już wiedziałam o alkoholizmie, o opętaniu, o narkotykach, o tych wszystkich problemach z prawem i problemach w rodzinie, postanowiłam podjąć to ryzyko. Chciałam zawalczyć o jego serce i stanąć na drodze do butelki. Sprawić, że będę osobą, dla której nie będzie chciał pić, dla której będzie wstawał wcześnie rano, żeby przyjść o 7 i pocałować przed lekcjami. Żeby nie ważne co się dzieje, zawsze był obok i kochał, i chciał, nie musiał, ale chciał, dla mnie. Teraz dla nas.

Rzuciłam wtedy wszystko... Rzuciłam znajomych, przyjaciół. Nie utrzymywałam kontaktów, nie spotykałam się z ludźmi. Rzuciłam rodzinę, to nie oni byli najważniejsi, nie liczyłam się z ich zdaniem, że jest ze mną gorzej, że jestem smutna, zalatana, że mnie nie ma. Nawet po nocach. Rzuciłam szkołę, albo inaczej, zostałam z niej w końcu wyrzucona, bo ile można się spóźniać, ile można lekcji opuszczać, ile jeszcze złych ocen zbierać, nawet na próbne matury nie przyjść, do tego stwarzać zagrożenie dla uczniów. Rzuciłam dosłownie WSZYSTKO. Kraj opuściłam, uciekłam, bałam się konsekwencji, myślałam, że jak za granicą to za daleko, że nauczka mnie nie dopadnie..Po co to wszystko? By zyskać to co mam teraz. Pierwszy wyrok w zawieszeniu, z głupoty. Za kilka dni dojdzie mi drugi wyrok w zawieszeniu, też z głupoty, z chęci szybkich pięniędzy, kilka tygodni i trzeci wyrok w zawieszeniu, z głupoty, też sposób na szybkie pieniądze ale też po to,mżeby załagodzić powód drugiego wyroku. A potem jeszcze czwarty wyrok w zawieszeniu albo odsiadka. Zaskoczeni? Takie błędne koło, same oszustwa, same przekręty. Chciało się być dorosłym? Tak? To teraz musisz ponieść odpowiedzialność i uczyć się na błędach. Płacić kary wysokości kilku tysięcy złotych... Głupia dała się ponieść miłości, straciła co miała, straciła przyszłość. 

Ile bym teraz dała, żeby nie popełnić tych głupich błędów. Żeby mieć szansę zastanowić się nad tym co robię, czy to zgodne z prawem, czy uczciwe. Oddałabym rękę, serio. Zapłaciła każdy pieniądz. Żeby powiedzieć "nie, to nie wyjdzie nam na dobre". Ale była zaślepiona, zaufała, dała się nabrać. 

Teraz żałuję i chcę przeprosić, naprawić.

10/30/2014

19.2 "Zajebiście się nada, bo ogólnie gada"

Nie chcę w każdym kolejnym poście narzekać na to jaki jest mój facet, bo też święta nie jestem. Pisanie o każdej kłótni, o każdym złym słowie, o każdej zgodzie, aj tam. Jest różnie, jakby kogoś to interesowało. Głównym powodem takiej huśtawki nastrojów u nas jest to, że S. skończyły się antydepresanty i niestety wróciły nerwy, lęki, krzyki i przede wszystkim GŁÓD. Głód alkoholowy. To on jest główną przyczyną jego nagłych krzyków kierowanych w moją stronę (halo, przecież S. nie należy do tych którzy unoszą głos!).
Zauważyłam też, że nie krępuje się nawet włączyć te obleśne filmy kiedy siedzę pół metra obok! Co z tego że wyciszone, że chowa jak wstaję, co z tego, że się nie dotyka. I tak jest to dla mnie oczywiste co robi. Chodzę, proszę, krzyczę, płaczę, że nie chcę wiedzieć, że nie chcę widzieć, nie chcę być za ścianą kiedy musi to oglądać, żeby nie robił tego pod prysznicem dwa razy dziennie, bo rachunki za wodę przychodzą kosmiczne! Ale co z tego. Jeszcze jakiś czas temu mówiłam "brakuje tego, żeby oglądał przy mnie". No i mam. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że "brakuje, żeby oglądał ZE mną". Litości...

Ale mniejsza już z tym tematem. Męczę go i męczę, użalam się, wiem, że nic nie zdziałam, pozostało mi tylko pogodzić się.
Zatem dzień minął w większości na kłótniach, milczeniu, pornolach i.. montowaniu telewizora! Tak jest. Tyle gadał o tym, że chce telewizor, że ten , który mamy teraz trzeba wyrzucić bo matryca jest zepsuta, co powoduje czarne pasy na środku ekranu. I proszę... Nie wiem jak to zrobił, nie wiem jak to możliwe, że udało mu się dostać na raty telewizor. Ale dostał, cieszy się, grzebie, bawi, ściąga filmy w 3D. Wszystko jest dla ludzi. Nam zapewnia wszystko co najlepsze, dla synka załatwił wszystko, meble do mieszkania, lodówka pełna. Więc zasłużył. Mi szczerze mówiąc telewizor był obojętny, pochłaniacz czasu, zagłuszacz ciszy, spoko, jakąś muzykę w tle można puścić...






10/27/2014

18.2 Kupię flaszkę, bo wypada

Chciałam dziś poruszyć jedną z kilku kwestii, które przyszły mi do głowy w ciągu ostatnich kilku godzin czytania blogów różnej maści.
Coś co w sumie siedzi w mojej głowie, zakorzenione od paru miesięcy wstecz, niezrozumiałe. Czy to normalne, że alkoholik na etapie "niepijącym" lubi kupować alkohol w formie prezentu lub podzięki? 

Zauważyłam to, kiedy był maj i mieszkaliśmy z biologicznym ojcem S. - Wiechem. Człowiekiem, którego mózg został przeżarty przez tę chorobę, którego myślenie nie jest już ani trochę logiczne.. W każdym razie, wtedy zaczęło się codziennie prezentowanie flaszki wódki, whisky, czy jakiegokolwiek innego mocnego trunku. Po co? Nie wiem, ale tanie to to nie było i mi miło też nie było. Dzień w dzień patrzeć na pijanych starych dziadów, którzy ukradkiem patrzą na mój biust czy pupę. Bez przerwy. I jak tu swobodnie pójść skorzystać z toalety, jak swobodnie przemieszczać się po pokoju? Trochę zboczyłam z tematu. Mieszkaliśmy z nim przez niecały miesiąc, potem po prostu nas wyrzucił i byliśmy skazani na kolejne tygodnie w namiocie (ten kto czytał poprzednie posty wie, co działo się od marca tego roku). Miesiąc, codzienne prezentowanie alkoholu. S. nie pił dobre prawie dwa miesiące. Wtedy to był pierwszy raz tak długi okres podczas naszego związku kiedy to nie pił i nie wpadał w ciągi. 

Razem z opuszczeniem mieszkania tego ELEMENTU (bo Wiecha nie jestem w stanie przydzielić do ludzi, nie dlatego, że jest alkoholikiem, po prostu dla mnie nie jest człowiekiem) natrafiliśmy na kolejnego uzależnionego - Bodzia, 60letni pan, niski, przesadnie miły, irytujący, chory. Z nim spędziliśmy kolejne 2-3 tygodnie podróży w poszukiwaniu stałego miejsca zamieszkania, lekarza i pracy. Zaznaczam, że S. nadal nie pił, dla odmiany upijał Bodzia. Codziennie kilka piw a wieczorem flaszeczka na dobry sen. Tolerowałam to, czasem było śmiesznie, bo nie powiem, ale Bodziu tracił kontrolę nad ciałem i umysłem po 2, może 3 piwach. Robił dziwne rzeczy rękami, nogami, robił miny. Nadszedł czas kiedy przestałam to tolerować. Przepraszam bardzo, ale starszy pan, śmierdzący, brudny, ze sztuczną szczęką, która nie wiedziała co to szczoteczka do zębów i pasta, codziennie brzydko mówiąc najebany. To nie dla mnie, zwłaszcza, że spał z nami w namiocie, smród nie do zniesienia, raz nawet był tak pijany że obudził się w nocy i bezczelnie WYSIKAŁ SIĘ w środku. Wszystko do śmietnika, ciuchy, jedzenie, kapcie, które ratowały moje stopy w lodowate noce, byłam załamana.. A S.? Nie rozumiem ale nadal go upijał, z czasem Bodziu sam prosił się o "piwko i jakieś papieroski" zanim zaczniemy załatwiać sprawy. Nie potrafił niczego zrobić bez zapicia kaca... 
Nie chcę do tego wracać. Dopiero niedawno się go pozbyliśmy tak na prawdę, bo pomimo, że załatwił w końcu pracę, cały czas przewijał się w miasteczku, dzwonił, przychodził, najebany. S. będąc w ciągu spotykał się z nim.. Ahh za dużo tego, za dużo.

Do teraz zostało coś takiego, że ktokolwiek nie wpadnie, nie pomoże, nie podrzuci samochodem, nie pożyczy dyszki na zakupy, zawsze S. leci po flaszkę, bo wypada. A nie wypada po prostu podziękować? Wczoraj dał whisky sąsiadowi z góry, który rzeczywiście zasługuje na taki drogi alkohol, bo pomógł nam z mieszkaniem aż trzy razy! Pożyczał pieniądze, załatwiał sprawy w urzędzie, zaznajomił z dobrymi ludźmi, na prawdę, jestem mu bardzo wdzięczna, bo w dużej mierze gdyby nie on, to niewiele byśmy teraz posiadali. Ale flaszka dla jakiegoś dziadeczka, który zostawił nam swoje kluczyki do samochodu, bo wybierał się do Polski na weekend? Kolejna flaszka dla jeszcze innego sąsiada, który pożyczył nam laptopa na godzinkę, żebyśmy mogli zgrać pare plików? 

A w portfelu się nie przelewa... A dziecko nadal nie ma wózka, wanienki i pieluszek. A mama nadal nie ma staników do karmienia, koszul do szpitala i głupich wkładów poporodowych. A w domu nadal nie ma stołu, przy którym mamy wspólnie z moją mamą i bratem zjeść kolację wigilijną.. A tata nadal nie ma kurtki na zimę i chodzi do pracy w podkoszulku i choruje co tydzień. 
No ale halo... Przecież kupić flaszeczkę wypada...


10/25/2014

17.2 Wszyscy faceci są tacy sami

Czy każdy mężczyzna jest zakłamany i myśli swoim przyrodzeniem? Bo już nie wiem co myśleć na temat zachowania mojego faceta. Czekamy na dziecko, ja wyglądam jak balon a czuję się jak gówno. Cellulit od małego palca u stopy po czoło, prawie 70kg na wadze, brzuch zasłania mi widok schodów kiedy chcę zejść przykładowo z domu na dwór, obgryzione paznokcie z nerwów, cienie pod oczami spowodowane brakiem snu, rozstępy na udach, krótkie strączki na głowie, które w żadnym wypadku nie przypominają moich loków, które miałam kiedyś, żółte zęby, bo takie mam po prostu od zawsze i do tego nieświeży oddech, bo mam problemy z dziąsłami. A mój facet? Cóż, on przystojny jak zawsze, zawsze pachnący, najedzony (aż za bardzo), wypoczęty, zarumieniony i chętny do żartów. Ciekawe dlaczego. Może dlatego, że pomimo nie chodzimy już razem do łóżka, bo cytuję "nie ma libido, przez te leki chyba, nie wiem ale w ogóle nie chce mu się kochać" to lubi sobie ulżyć w łazience po pracy, kiedy jestem za ścianą i doskonale wiem co robi. Ale jak to w końcu działa, bo skoro nie ma libido to nie powinien mieć ochoty na takie rzeczy, a jednak. Wytłumaczenie? Po pierwsze "bo testosteron rozsadza mnie od środka", po drugie "każdy to robi". Nie wiem, boli mnie to i drażni jak cholera, bo nawet najbrzydsza dziwka z tych pornoli, nawet najbrzydsza dziewucha na ulicy w tym momencie jest o niebo seksowniejsza, zgrabniejsza, piękniejsza i cholera wie co jeszcze ode mnie. Ale zostawmy pornografię i onanizowanie się, chociaż wspomnę jeszcze, że wolałabym żyć w nieświadomości. Byłam o wiele szczęśliwsza kiedy mieszkaliśmy jeszcze w Pile, kiedy nie miał dostępu do internetu, nie miał swojego telefonu. Przecież nie masturbowałby się w publicznej bibliotece... Wtedy wiedziałam, że jest mi wierny, że czeka na uprawianie miłości ze mną, że chce tego i że jestem dla niego obiektem pożądania. Nie twierdzę oczywiście, że wtedy nie był mi wierny. Tego nie wiem i wiedzieć nigdy nie będę, żyję w przekonaniu, że tego nie zrobił. 
Jest jeszcze druga kwestia. Głupi Facebook i opcja zapraszania do znajomych. Nie wiedzieć czemu ale zaprasza KAŻDĄ dziewczynę, która przewinie mu się w "osobach które może znać" dodaje do swoich znajomych. Po co? Ogląda ich zdjęcia, komplementuje, że ma ładne ciało, że coś tam. A ja to czytam i się go pytam: "co ty robisz na tym Facebooku cały czas". "A kotek już myśli, że piszę z jakimiś dziewczynami" odpowiada. Nie kurwa, wcale nie czytam właśnie z jakąś ruską, rozebraną dupą twojej rozmowy, jakiego to nie ma zajebistego ciała. A ja taka gruba i brzydka siedzę i patrzę na to wszystko, doświadczam i popadam w coraz to głębszą depresję. Co jest najśmieszniejsze w tym wszystkim - on doskonale wie, że od czasu do czasu sprawdzę tego jego facebooka, bo mu po prostu nie ufam w 100% i mogłoby to być dziwne, nienormalne, przecież w związku trzeba uszanować prywatność drugiej osoby, ale on nie bez powodu ma cały czas brak rozmów w telefonie. Usuwa na bieżąco, żebym tylko się nie dowiedziała. Ale dziś nie wytrzymałam kiedy to przeczytałam. Cała roztrzęsiona mowię "myślisz, że nie wiem, co piszesz teraz? "You have nice body, I like it, po co kłamiesz, po co mówisz, że z nikim nie piszesz, nie dość, że walisz sobie kiedy jestem za ścianą to jeszcze piszesz z innymi kiedy siedzę obok!" To nie jest normalne, to boli. Potrzebuję do kurwy tej pierdolonej miłości, tych pierdolonych uczuć, tego, żeby przestał, nie chcę już płakać z zazdrości, uśmiechać się na siłę i spać obok niego mając świadomość tego,mżawka przed chwilą robił sobie 
dobrze i pisał ze swoim kumplem o tym, że "przydałaby się jakaś suczenza, bo nawet gruszyć sie nie chce"... Dlaczego? Skoro wiem, że mam miłość swojego życia, że kocham tego faceta, że jest atrakcyjny, że jest dobry, to nie piszę z innymi, nie szukam na siłę kolegów, nie oglądam zdjęć rozebranych i umięśnionych torsów, bo nie czuję takiej potrzeby, mam swojego i mimo, że nie jest tak gorąco między nami jak na początku, to nie chcę, bo nawet gdybym chciała i robiła to samo co on, dowiedziałby się - byłoby mu przykro, główkowałby się "dlaczego, nie starczam jej, nie jestem atrakcyjny, chce mnie zdradzić, nie kocha, mnie" itd. Myślę, że każdy by się tak czuł, zwłaszcza kobieta. Nie wiem co mam zrobić. Blokować każdą do której napisze? Kontrolować dalej i dalej dawać się oszukiwać? Nie wiem... Rani...


10/19/2014

16.2 Nowe mieszkanie!



Cholera czas leci jak szalony, kolejny miesiąc za nami a ja nie wspomniałam ani słowem o zmianach. A zmieniło się bardzo dużo. Kto chce ten przeczyta, a kto nie chce to nie. Od wyjazdu do Regensburga kiedy to S. miał pojechać do biura podpisać umowę o pracę, zdąrzył już przepracować około miesiąc na wózkach widłowych. Niesamowicie się cieszę, że się udało, bo dzięki temu udało nam się zrobić kilka dużych kroków do przodu. Dostałam od S. wymarzoną sokowirówkę ale po 10 minutach cała nam pękła i płakałam z tego powodu cały wieczór :(. 



No ale nie o tym chciałam pisać. Przede wszystkim mamy nowe mieszkanie i obecnie jesteśmy po częściowym remoncie! Przeprowadziliśmy się w tym samym budynku do mieszkania, w którym mieszkaliśmy wcześniej razem z panem Remikiem, jego córką i Jurkiem, ale teraz oni przenieśli się piętro wyżej. Na początku nie mieliśmy w sumie nic oprócz kuchni, kanapy, telewizora i internetu. 


Planowaliśmy dużo co i jak załatwić po kolei i w sumie stwierdziliśmy, że na stronie OTTO weźmiemy meble do całego mieszkania na raty. Pożyczyliśmy trochę gotówki i czekaliśmy do wypłaty, żeby wpłacić zaliczkę. W sumie po czasie stwierdziłam dzięki rozmowom z tatą, że to nie jest dobry pomysł, bo przed 2017 chcemy i tak przeprowadzić się do UK, zanim odbędzie się referendum, bo może wyjsć tak, że Wyspy odejdą od Unii i nie będzie już tak łatwo z przeprowadzką. Dlatego też kupno nowych mebli i spłacanie rat jest kiepskim pomysłem skoro za grosze można znaleźć zajebiste używane meble. Zatem idąc tym tematem kupiliśmy białą farbę, żeby odświeżyć ściany w całym mieszkaniu, które wcześniej były żółte, kupiliśmy nowe lampy, bo nie mieliśmy żadnej i tak się zaczęło :).
Pozbyliśmy się kilku szafek z kuchni, umyliśmy okna, zdezynfekowaliśmy dosłownie wszystko w łazience, kupiliśmy farbę i zaczęliśmy malować.


Kiedy tak czas leciał i szliśmy ze wszystkim do przodu, odezwał się we mnie miłośnik pichcenia. Nie wiem czy to instynkt macierzyński, nuda czy apetyt ale przez cały tydzień zrobiłam kilka pysznych rzeczy, do których przepisy i zdjęcia znajdziecie poniżej.

Na pierwszy ogień poszedł MURZYNEK Z JABŁKAMI.
Składniki:
  • 2 i ½ szklanki mąki
  • 1 i ½ szklanki cukru
  • 5 jaj
  • 4 jabłka
  • szklanka oleju
  • 4 łyżki kakao
  • łyżka proszku do pieczenia
  • cukier waniliowy 
Wszystkie składniki zmiksować (najpierw jajka z cukrem). Jabłka obrać, pokroić w cząstki. Jabłka połączyć z ciastem. Wlać do formy i piec około 45 minut w temp. 180 st. C.

Następnie padło na bułeczki z rodzynkami <3
Składniki na około 26 bułeczek:
  • 150 g masła 
  • 500 ml mleka
  • 20 g suchych drożdży lub 40 g świeżych drożdży
  • pół łyżeczki soli
  • 100 - 150 g cukru
  • około 1 kg mąki pszennej
  • 200 g rodzynków
Do posmarowania:
  • 1 jajko roztrzepane z 1 łyżką mleka
Tłuszcz roztopić w garnku, dodać mleko i podgrzać do temperatury około 37 stopni. Trochę płynu odlać do oddzielnego naczynia i rozpuścić w nim świeże drożdże. Dodać resztę tłuszczu z mlekiem, sól, cukier i około 3/4 przygotowanej mąki. Wyrobić ciasto, dodać resztę mąki. Ciasto jest dobrze wyrobione, gdy łatwo odchodzi od ścianek naczynia. Zostawić do wyrośnięcia w ciepłym miejscu. Powinno podwoić objętość. Wyrobić jeszcze raz przez kilka minut, dodając rodzynki.
Uformować gładkie i równe kule, około 70 g każda. Ułożyć na blaszce, odstawić do napuszenia na około 20 - 30 minut. Kiedy podrosną posmarować roztrzepanym jajkiem.
Piec do zezłocenia w 220 stopniach przez około 10 minut.

Później ciasteczka owsiane mniam mniam:
Składniki na około 35 ciastek:
  • 200 g miękkiego masła
  • 1 szklanka drobnego cukru do wypieków (dodałam 3/4 szklanki)
  • 1/4 szklanki ciemnego brązowego cukru
  • 1 duże jajko
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1 szklanka mąki pszennej
  • 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • szczypta soli
  • 2,5 szklanki płatków owsianych
Masło utrzeć (zmiksować) na puch, pod koniec wsypując biały cukier i dalej miksując. Dodać cukier brązowy i zmiksować. Dodać jajko i zmiksować. Wsypać pozostałe składniki na jeden raz i zmiksować.
Blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Z ciasta robić kulki wielkości orzecha włoskiego (lub większe, wedle uznania), spłaszczyć je łyżką. Układać na blaszce z sporych odstępach. Piec w temperaturze 180ºC przez około 15 - 17 minut do lekkiego zbrązowienia (piekłam 14 minut). Chwilę odczekać przed zdjęciem z blachy, potem studzić na kratce.

Z bardziej obiadowych rzeczy, znalazłam przepis na faszerowaną cukinię, który znajdziecie pod tym linkiem na youtube: http://youtu.be/e7M3aJVwSzQ


Zrobiłam jeszcze pizzę i sernik, do których przepisów nie będę podawać, bo pizza jest zbyt prosta a sernik uważam, że mi nie wyszedł :). 
Wczoraj pojechaliśmy z rana do Caritasu pod Ingolstadt, gdzie za niecałe 300€ kupiliśmy prawie wszystkie meble do mieszkania! Problem jak zwykle musiał się pojawić. Chodziło mianowicie o przewóz mebli do miasteczka, w którym mieszkaliśmy. Niestety nie pomyśleliśmy o tym, żeby na ten dzień wynająć busa albo znaleźć kogoś kto może przyczepić do samochodu przyczepkę. Ostatecznie zapłaciliśmy 70€ jakiemuś przypadkowemu Chorwatowi za przewóz swoim prywatnym busem :(. 
Po wniesieniu mebli do mieszkania, Seba zabrał się za malowanie pokoju dziennego, a ja za sprzątanie bałaganu w całym mieszkaniu, czyszczenie tapicerki na kanapach i mebli. W wersji ostatecznej wczorajszego wieczora nasze mieszkanko wyglądało już zupełnie inaczej :).


Myślę, że oszczędzę Wam oglądania naszego mieszkania co post i każdej nawet najmniejszej zmiany, więc jak myślę, że kiedy na święta będziemy już obkupieni i urządzeni ostatecznie i pięknie udekorujemy dom to wrzucę Wam fotki. Jestem szczęśliwa jak nigdy, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Stajemy się dorośli, jesteśmy rodziną i sami podejmujemy ważne decyzje. Dla mnie to wszystko jest po prostu niesamowite i nowe, bo stało się tak szybko. Za równy miesiąc przypada dzień porodu. Ostatnie cztery tygodnie na zebranie najpotrzebniejszych rzeczy dla Antosia i do mieszkania. Dziś wygotowałam wszystkie antosiowe ciuszki, szmatki itd, prawdopodobnie jeszcze dziś wyparzę wszystkie buteleczki, smoczki i inne akcesoria. W tym lub przyszłym tygodniu powinien przyjść wózek, przewijak i kołderka. Mam nadzieję, że zdąrzymy. Jutro lub pojutrze będę pakować wyprawkę do szpitala, o której może też napiszę. Może komuś się przyda :). 
Trzymajcie się!

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://klaudiaurszula.blogspot.com/2014/10/