9/26/2014

15.2 Wyjątkowa Książka

Dzisiejszy dzień nie był zbyt produktywny. Otworzyłam oczy około godziny 9 ale stwierdziłam, że to stosunkowo za wcześnie na wstawanie i usiłowałam zasnąć jeszcze na minimum godzinę ale na próżno. Po 10 sięgnęłam po ebooka, którego zaczęłam dzień wcześniej a mianowicie "Szaleństwo zmysłów" pierwszą część trylogii "Bez tchu" Mai Banks. Cóż mogę o niej powiedzieć? Że jest uderzająco podobna do serii Greya. Mam tu na myśli parę punktów, które za bardzo rzuciły się w oczy czyli przystojny, bogaty facet, prowadzący firmę, podpisywanie umów, dziewczyna z niższej ligi itd. Poczułam się trochę zbita z tropu, bo miałam wrażenie, że niedawno skończyłam czytać taką samą książkę. Nie twierdzę, że była zła, bo przeczytałam ją praktycznie w kilka godzin i z chęcią przeczytałabym jeszcze drugą i trzecią część, ale za dużo perwersyjnego bzykanka się już naczytałam w tym miesiącu. Mam tu na myśli to, że jeszcze niedawno skończyłam czytać "Ciemniejszą stronę Greya" i "Nowe oblicze Greya". Tę ostatnią męczyłam niemiłosiernie, po prostu za dużo codzienności.

Właśnie o tym chciałam rozpisać się w dzisiejszym poście czyli o książkach, które łykam ostatnimi czasy w zatrważająco szybkim tempie. Jeszcze przed wyjazdem z Polski czyli w marcu wpadłam do Empiku w poszukiwaniu jakiejś Wyjątkowej Książki. Dlaczego napisałam to określenie wielką literą, zapytacie. Otóż dlatego, że nie mam tu na myśli jakiejś tam wyjątkowej książki. Dla mnie Wyjątkowa Książka cechuje się tym, że wcale nie tak łatwo ją znaleźć, ma wyjątkowy tytuł, wyjątkowy wygląd a przede wszystkim wyjątkową treść. Takich egzemplarzy mam na prawdę niewiele. 
Pierwsza, która wpadła mi w ręce jeszcze w czasach gimnazjalnych to "Świat Zofii". Dostałam ją od cioci, która jeszcze wtedy studiowała filozofię w Szczecinie. Co tu dużo mówić o tej książce.. Jest piękna, do niej miałam załączony kalendarz, który również jest wyjątkowy, bo nie jest na określony rok, jest na zawsze. Co do treści "Świata Zofii" - jest to typowa książka, której fabuła jest już od pierwszych zdań przepełniona tajemnicą i zagadkami. Nie jest dla każdego, wielu może męczyć i nudzić, bo około połowa treści zawiera poglądy, teorie oraz biografie najpopularniejszych filozofów. Szczerze powiedziawszy przeczytałam ją raz pomijając rozdziały właśnie z tymi informacjami, bo za bardzo wciągnęła mnie sama fabuła. Niestety, ale mam tendencję do skakania pomiędzy zdaniami, kiedy bardzo chcę przeskoczyć do kolejnych wątków.


9/23/2014

14.2 Zgodnie z planem

Trochę czasu minęło od ostatniej notki, ale nie potrafię zebrać się do roboty. Przez kilka ostatnich dni wyszło pare korzystnych sytuacji. Mam tu na myśli znalezienie pracy przez S. W zeszły czwartek albo środę pojechaliśmy do Regensburgu do biura pracy po tym jak zadzwoniła do nas pani, która odebrała cv, które wysłaliśmy kilka dni wcześniej przez internet. Myślałam, że nigdy się nie doczekam i ponownie wylądujemy w namiocie. Niezbyt ciekawa perspektywa zwłaszcza, że za oknem coraz częściej pada deszcz a temperatura nie przekracza 20 stopni. Ale udało się! Dziś to już drugi dzień kiedy S. siedzi w pracy, właściwie nie siedzi a jeździ na wózkach widłowych.


Druga sprawa to odebranie paczek z prezentami dla Antosia od taty, mamy i rodziny S. Zrobiliśmy przemeblowanie już drugi raz. A najlepsze jest to, że udało się załatwić mieszkanie. Okazało się, że mamy możliwość powrotu do poprzedniego mieszkania, w którym byliśmy z panem Remikiem, jego córką i Jurkiem ale teraz mamy dostać je na wyłącznosć. Planujemy spory remont i mam nadzieje, że uda się ładnie wszystko urządzić zanim urodzi się Antek.


Byłam u lekarza i dowiedziałam się paru nowych rzeczy. Przede wszystkim leżenie na plecach jest już niestety wykluczone na pewien czas, bo brzuch w tej pozycji sprawia, że krew nie poprawnie przemieszcza się w organizmie i czuję się jakbym umierała. Antoś ma już około 41cm i waży 1600g. Jest zdrowy, serduszko bije poprawnie i klawucha. Ja natomiast czuję się coraz gorzej. Mniej sypiam w nocy, częściej odwiedzam toaletę zamiast smacznie spać. Czasem nawet do 5 razy w ciągu tych 10 godzin "snu". Dłuższe spacery i wyjazdy na stopa też muszę ograniczyć do minimum, bo po prostu nie daję rady.. 


Odezwę się jak najdzie mnie większa wena na pisanie, jak już wspomniałam nie czuję się najlepiej. Najchętniej położyłabym się i nie wstawała ale wtedy czas płynie jeszcze wolniej i dopada mnie jeszcze większa handra. Także czekajcie :).

9/07/2014

13.2 Autostopem całe życie

 Kurwa mać! Usunął mi się cały post i muszę pisać go jeszcze raz! - przepraszam za brzydkie słowa.

Jest niedzielny wieczór i w sumie od środy nic ciekawego się nie działo oprócz sobotniego wypadu do Ingolstadt 35km od domu Mam w aparacie troszkę nieopublikowanych zdjęć z tych kilku dni, więc postanowiłam napisać posta (drugi raz, może bardziej się postaram, bo na początku nie miałam zbyt dużych chęci na pisanie). Od teraz będę kopiować sobie postęp w pisaniu, żeby znów nie zrobić tego samego błędu.
S. od paru dobrych godzin biega po bloku z góry na dół ściągając jakieś programy, bo naprawia komputer sąsiadowi, więc mam chwilę czasu na pisanie. (Jak wiecie czy jeszcze nie wiecie nie mamy internetu w pokoju - mieszkaniu, tylko niestety trzeba wyjść na korytarz, żeby podłączyć się do sieci z restauracji w budynku albo przejść się dwa piętra wyżej, żeby podłączyć się do sieci z naszego byłego mieszkania.) Nie chcę pisać w jego obecności, bo od razu chce czytać, zwraca mi uwagę, że nie chce być wspominany w notkach co bardzo demotywuje mnie do pisania. 
Zatem skoro mam tę szczęśliwą chwilę... W czwartek byliśmy chyba w Kauflandzie albo w piątek, nie wiem bo umknął mi w tym tygodniu jeden dzień. Zorientowałam się dopiero po rozmowie telefonicznej z mamą, że na następny dzień jest sobota a nie piątek. W każdym razie zmierzam do soboty.
W sobotę rano wstaliśmy od razu z zamiarem wypadu gdzieś na stopa. Po śniadaniu poszliśmy na wylotówkę na Ingolstadt, która okazała się dla mojej obecnej formy kropnie daleko, bo prawie 4km. Po drodze minęliśmy rozbijający się cyrk i pola, których tu na Bawarii jest od cholery - pola chmielu, kukurydzy i czasem ziemniaków. 

Na miejscu ustaliliśmy, że stoimy 30 minut i jak się nie uda to wracamy do domu. S. jakoś już na początku zanim wyszliśmy z domu odechciało się jechać ale ja stwierdziłam, że skoro z rana rzucił takim pomysłem, ja się przygotowałam psychicznie i w ogóle to nie odpuszczę. S. jak to S. stał z 10 minut i stwierdził, że to nie ma sensu, bo samochody jeżdżą w tym miejscu za szybko. Ale doskonale można się przkonać o tym, że wystarczy zmienić nastawienie żeby wszystko się udało. A zatem powiedziałam mu, że jedziemy i koniec, skoro on nie chce łapać to ja staję i złapię. 

Wystarczyło mi 5 minut i trzymały się dwie dziewczyny, fajne, pozytywne, po angielsku mówiły więc wszystko ekstra. Poprosiłam je, żeby wyrzuciły nas gdzieś pod jakimś centrum handlowym ale blisko wylotówki, żeby łatwiej było nam wrócić.Tak też zrobiły. W centrum S. kupił sobie w końcu jakieś tenisówki, a ja plecak, bo mój ukochany w sowy z asos niestety rozpruł się w ostatni wypad do Abensbergu.
Odwiedziliśmy jeszcze kilka innych sklepów, zrobiliśmy na powrót zakupy do lodówki i zaczęliśmy łapać stopa do domu. 

Tę wodę można kochać albo nienawidzić. Ja myślałam, że będzie przepyszna ale niestety nie przypadła mi do gustu chociaż bardzo bym chciała. Pamiętam jak kiedyś w domu znalazłam w lodówce puszkę mleka kokosowego i nalałam go sobie do szklanki. Byłam przekonana, że będzie smakować jak bounty i się w nim zakocham, niestety. Ta woda tylko przypomniała mi smak mleka kokosowego i tę sytuację :(.
Udało nam się złapać jakiegoś drwala, typowego Niemca, który mówił z pełną buzią jakiegoś obwarzanka, zamykał okno w samochodzie podczas palenia skręta, ale na ogół bardzo sympatyczny gość, mieszka w Riedenburgu czy cos takiego ale zawiózł nas tam gdzie chcieliśmy czyli pod netto w Neustadt.
Po powrocie do domu rozpakowaliśmy torby, zrobiliśmy obiad i planowałam przejść się jeszcze do Kauflandu po pare gazet takich jak Glamour czy Joy, bo doszłam do wniosku, że łatwiej będzie mi się uczyć języka niemieckiego tłumacząc sobie artykuły z gazet niż zakuwając podręcznik. Niestety nie doszłam do sklepu, bo wcześniej okazało się, że będziemy mieć gościa na wieczór czyli takiego małego brzdąca sąsiadów. Zdałam sobie sprawę, że nawet będąc w ciąży nadal nie lubię dzieci. Oczywiście mając swoje będzie zupełnie inaczej, to ja będę je karmić, uczyć i wychowywać a nie jak widzę jakiegoś bachora, który ma dwa latka i mam się takim zająć. Nie wiem jaki jest, co lubi, czego nie, co może dotykać, poznawać a czego jeszcze nie. Dlatego też całe dwie i pół godziny to mój S. za nim biegał, ścigał się, wychodzili przez okno, paradowali po korytarz, chowali się i grali na tablecie. 

9/03/2014

12.2 Co z tą pracą??

Pisanie notki raz w tygodniu? Co się dzieje... Powinnam się bardziej pilnować ale za dużo się dzieje, a jednocześnie nie dzieje się nic...
S. wyszedł ze szpitala w zeszłą środę. A dzień wcześniej wieczorem przyszedł do nas do domu Bodziu... Jakoś z rana usłyszałam pukanie do drzwi, myślałam, że to Remek czy ktoś z bloku, ale Bodzia się nie spodziewałam. Była taka sytuacja, że zadzwonił jak S. pił i powiedział, że jak przyjedzie z Polski to będzie potrzebował noclegu na pare dni ale zupełnie o tym człowieku zapomniałam zwłaszcza, że byłam sama przez prawie tydzień. W sumie to chyba już o tym wspominałam w poprzedniej notce. Tak, na następny dzień miałam wstać tak o 6-7 rano. Oddałam mu jeden materac z łóżka i położyłam na ziemi, dałam mu jakąś wolną poduszkę i kołdrę do prania, żeby niczego nie pobrudził.


A więc wstałam o tej 6 rano razem z Bodziem, bo chciałam się porządnie ogarnąć i pojechać po S., ale niestety od rana lał deszcz. O 9 przestawało już padać a potem już się przejaśniało. S. zadzwonił do mnie po śniadaniu o 8.30 i powiedziałam mu, że nie przyjadę. Od razu był zły "wiedziałem, że tak będzie". W sumie cały dzień użerałam się z tym starym dziadem, zastanawiałam się co jest grane, że S. jeszcze nie wrócił, martwiłam się jak cholera... Zadzwoniłam nawet do szpitala zapytać czy S. jest nadal w stacji i czy mogę z nim rozmawiać ale pani po drugiej stronie słuchawki powiedziała, że nie ma go od rana i był widziany na terenie szpitala jakoś po 15. Zdziwiłam się ale to oznaczało, że jeszcze nie jest tak źle z jego czasem i jest okej. Podczas czekania na niego i odchodzenia od zmysłów udało mi się dokonać zakupu łóżeczka dla Antosia w moim mieście, bo nie mogłam niestety zamówić go przez internet nie wiem do końca dlaczego. Wróciłam do pokoju po 18 i zobaczyłam S. za oknem na parapecie. Przestraszylam się jak cholera, Bodziu jak zwykle nie w temacie, najebany, gestykulację bezsensowną załączył. Widziałam, że S. jest zły, nie chciał mnie przytulić, poszedł się wykąpać, od razu pokłóciliśmy się o jakąś bzdurę, ja zaczęłam ryczeć i tak to w sumie wyglądało. 
Do niedzieli trzymaliśmy w pokoju najebanego Bodzia. Powiedział, że zostanie maksymalnie dwie noce i że po to przyjechał, żeby załatwić Baniowi pracę i spokojnie, wszystko idzie zgodnie z planem, wszystko się uda powolutku, bez nerwowo.. Jasne, codziennie byłam na skraju załamania nerwowego przez tego człowieka. Wszędzie brud, smród, alkohol, jego gesty, twarz, obiecanki cacanki. Miał codziennie chodzić do biura do Beaty i załatwiać pracę, obiecał nam wizytę u burmistrza, u którego ma ponoć pracować za jakiś miesiąc w biurze za ponad 2tys euro. Wszystko super, Beata załatwiła im podpisanie umowy o pracę w Nurnbergii w Playmobil na produkcji. Mięli wstać o 5 rano, bo o 8 byli umówieni w biurze. Tak więc zrobili, wstali, wyszli przed 6, żeby dojść na pociąg z torbami Bodzia, zrobiłam im kanapki dzień wcześniej na drogę i byłam niesamowicie ucieszona, że w końcu praca się udała pomimo, że tak daleko, bo prawie 45km drogi od domu to i tak jest praca, może uda się załatwić mieszkanie w większym mieście. Idealnie poniekąd. Ale co? Godzina prawie 7, słyszę pukanie do drzwi. Kto to o tej godzinie?? S.? Co Ty tu robisz? 
Słuchaj tego. Bodziu po drodze zaczął narzekać, że źle się czuje i musi się wyrzygać, złapał go kac morderca a dla alkoholika to przejebane. Wyrzygał się w krzakach i zaproponowałem mu, że skoczę mu na stację po flaszkę. Nie chciałem mu brać piwa, bo zaraz by mu nie starczyło a wódki weźmie pare łyków, ogarnie i na lekkiej piździe wszystko załatwimy. Kupiłem mu więc flaszkę na stacji, wypił trochę, potem znów i w pociągu, pare minut przed odjazdem mówi do mnie "Seba słuchaj, wszystko spokooojnie, prześpimy się w pensjonacie i jutro z samego rana pójdziemy do biura i wszystko załatwimy, bo ja nie idę dziś do biura". Więc 2 minuty przed odjazdem powiedziałem mu, że idę się wysikać, wyszedłem z pociągu i jestem. 
Co proszę?! I co teraz?? Co z pracą? Załamałam się.. Jest środa i z pracą nadal lipa.. W ciągu tego tygodnia kupiłam dla Antosia pare rzeczy, zrobiłam małe przemeblowanie, bo S. zanim wrocil ze szpitala poprosił mnie żebym zmieniła w naszym domku coś, żeby nie wracał do tego samego gówna. Posprzątaliśmy pare razy podczas pobytu naszego "gościa" ale bez sensu. S. nawet umył okna :).


Od niedzielnego wieczora zastanawialiśmy się nad tym gdzie jest Bodzio, czy pojechał tam pracować sam, czy wróci do nas, czy zadzwoni czy co? S. w poniedziałek skontaktował się z Beatą i dowiedział się, że Bodziu przyszedł do biura ale Beata powiedziała, że jest zamknięte. Na następny dzień znów do niej przyszedł zapytać czy ma dla niego jakąś pracę, ale odpowiedziała mu, że nie chce go więcej tu widzieć i mu nie pomoże. Doskonale wiedziała, że przychodził do niej najebany za każdym razem, poza tym poznała również ich niedzielną przygodę i to, że przez niego stracili szansę na pracę. A zatem okazuje się, że Bodzio nigdzie wtedy nie pojechał i wrócił do Neustadt. Wczoraj czyli we wtorek pukał do naszych drzwi ale mu nie otworzyliśmy, olał nas i naszą pomoc, więc razem doszliśmy do wniosku, że nie chcemy mieć z tym człowiekiem nic wspólnego.. 
Byliśmy przedwczoraj na wycieczce do Abensbergu po zakupy, S. nadal chodzi w japonkach a jesień już za oknem, chcieliśmy kupić jakieś buty, poszliśmy do paru sklepów, nawet do zoologicznego dowiedzieć się w jakiej cenie są króliki :). Wróciliśmy sobie na stopa ale do połowy drogi, bo przed naszym miastem są jakieś roboty drogowe. Odkryliśmy, że nasze małe dotychczas miasteczko wcale nie jest takie małe. Szliśmy do domu przez pola ziemniaków, kukurydzy, chmielu i róż. Potem dalej przez jakieś osiedla domków jednorodzinnych i wpadliśmy na pomysł, żeby wieczorem wpaść na pole ziemniaków i zebrać trochę do domu. Nie poszliśmy jednak tam w poniedziałek, bo byliśmy zbyt zmęczeni ale za to nadrobiliśmy to wczoraj.


Znaleźliśmy w Abensbergu dziwny sklep z lalkami, które są... Sami zobaczcie, te niemowlaki są przerażające!
Na koniec wycieczki nakarmiliśmy kaczki i w sumie muszę stwierdzić, że od kiedy Bodzia nie ma jest idealnie. Kłócimy się na prawdę prawie w ogóle. Tylko dziś płakałam pare razy, cały czas przeszkadza mi brud, to, że muszę myć naczynia, cały czas coś mnie irytowało, do tego S. mnie przedrzeźniał z wkurwienia, powiedziałam mu, że piszę bloga, a on na to, że nie chce być na tym blogu, nie chce, żebym o nim wspominała czy cokolwiek wrzucalo ale to jest taki mój pamiętnik, dzięki pisaniu jest mi łatwiej poukładać wszystko w głowie, zastępuje mi to ludzi, których miałam w domu na co dzień a teraz nie ma nikogo... Facebook, smsy, wiadomości, meile, telefony to nie to samo co rozmowa twarzą w twarz.


To koniec na dzisiaj. Trochę zdjęć, trochę informacji. Wszystko nadrobione. 15ego mam wizytę u lekarza i muszę sporządzić sobie listę pytań dotyczących szpitala, opieki położnej itd. 
Kupiłam taką klawiaturkę do tableta, dzięki niej pisze się dwa razy szybciej i jest wygodniej :). 
Trzymajcie się ciepło i czekajcie na kolejny post.

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://klaudiaurszula.blogspot.com/2014/09/