8/25/2014

11.2 Smacznego!

S. ponoć ma wyjść już jutro. Wstępny termin miał być na ten piątek, potem środa lub czwartek a dziś lekarz powiedział, że już jutro czyli we wtorek może wyjść. Dlatego też muszę wstać wcześnie rano, ogarnąć się i ruszyć na stopa, żeby być jak najwcześniej. Postanowiłam pójść na wylotówkę z drugiej strony miasteczka, może tam bardziej mi się poszczęści.
22go czyli w piątek dodałam dość obszerny post, a dziś oprócz tego co się działo do teraz napiszę dla Was przepis na dwa tajskie dania według moich rodziców, są banalnie proste i pyszne :).
Zatem tak, w sobotę cały dzień leżałam w łóżku, bo udało mi się złapać połączenie z internetem w pokoju czego jeszcze nie było. Nic nie zjadłam właściwie oprócz pomarańczy rano, czekolady i całej torby ciastek. Po południu udało mi się w końcu pogadać z mamą. Wcisnęłam jej kit, że S. nie będzie pracować do 01.09 tak jak reszta Polaków tutaj, bo firma stoi do końca miesiąca. Przedstawiłam jej sytuację w tak dramatyczny sposób, że kupiła mnóstwo uroczych ciuszków dla Antosia do paczki, którą ma mi wysłać z butami i jakimiś listami. Tata też się udzielił, zrobił swoją paczuszkę i nawet powiedział, że załatwi wózek! Są kochani :)
W niedzielę też się obijałam ale niestety Internetu nie było w pokoju więc musiałam chodzić na korytarz. Ostatni raz jak wyszłam zapomniałam wziąć klucza do pokoju i nie wiedziałam jak wejść. Najpierw próbowałam otworzyć okno od strony podwórka, bezskutecznie, a pózniej poszłam do restauracji poprosić dziewczynę z obsługi o klucz zapasowy. 

Dziś poniedziałek. Rano wstałam o 7:30, bo dostałam meila z powiadomieniem o przyjściu paczki pomiędzy godziną 7:00 a 9:30. Przez dwie godziny siedziałam na klatce schodowej, zaspana jak cholera ale paczka na szczęście dotarła pare minut po 9:30. Od lipca zamawiam dwie paczki od Glossyboxa, całkiem fajna sprawa i opłacalna jeśli ktoś chce się w takie rzeczy bawić to polecam. Wróciłam do pokoju, posprzątałam, zamiotłam podłogę, zmieniłam pościel, umylam naczynia, wszystko fajnie. Zrobiłam zupę tajską, na którą przepis podam Wam na koniec i nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Byłam przekonana, że to Remek przyniósł list do S. czy coś ale nie, Bodziu. Na śmierć zapomniałam, że S. obiecał mu nocleg jak przyjedzie z Polski. Przecież sama nie przenocuję starszego pana w domu, gdzie tak właściwie nie ma miejsca. Wyjaśniłam mu, że S. jest w szpitalu z rozwaloną nogą (wszystkim tak mówię, bo gdyby sąsiedzi dowiedzieli się, że jest w psychiatryku to byłby zniszczony do końca..) i że nie ma na razie takiej możliwości, powiedział, że rozumie i zostawił u mnie walizki i poszedł szukać noclegu. Ja w tym czasie wzięłam prysznic, ogarnęłam się i poszłam do Kauflandu po zakupy. Zajęło mi to dwie godziny, i zdążyłam porozmawiać przez telefon z S. Powiedział, że mam go przenocować, że nic mi nie zrobi, pomagał nam i spał z nami w namiocie więc w sumie powinnam dać mu ten nocleg i tyle. No okej. Nie przepadam za nim, bo przyszedł wypity i jak powiedziałam mu, że może zostać u nas to poszedł pić dalej. Nie dość, że w pokoju śmierdzi, wszystkie pościele razem z materacem przesiąkną tym jego wyziewem... No ale co zrobić, rzeczywiście był bardzo pomocny no i liczy się też to, że chce załatwić Sebie pracę jak najszybciej i po to tu głównie jest, żeby pomóc. Oferował też pieniądze, dał mi ogórki kiszone i wszystko fajnie. Boję się tylko, że mój Baniu wypije jak będzie z nim spędzał znów tyle czasu...
Tak czy inaczej. Jutro o 6-7 muszę wstać i pojechać. Nie zostawię Bodziowi kluczy do domu, bo mu po prostu nie ufam. Wyjdzie ze mną i będzie czekać aż wrócimy. Muszę mu powiedzieć, żeby wziął sobie jakieś jedzenie na ten dzień czy coś, bo nie wiem kiedy wrócimy.

A teraz niespodzianka!
PRZEPIS NA KURCZAKA CURRY WEDŁUG TATY
Składniki:
Z przypraw potrzebne jest curry, imbir, papryka słodka, czosnek, kolendra, kurkuma, trawa cytrynowa, wegeta, i jeśli ktoś chce dodać więcej egzotycznych smaków to polecam również sos sojowy, sos rybny i tabasco.

Pół kilo kurczaka, ryż basmati albo jaśminowy, puszka mleka kokosowego, duża cebula lub dwie małe

Przygotować przyprawy w miseczce (tzw. proszek):
Dwie czubate łyżki curry, pół łyżeczki kolendry, łyżeczka czosnku, łyżeczka papryki, pół łyżeczki imbiru, szczypta kurkumy, łyżeczka wegety.

W dużym garnuszku (2,5l będzie w sam raz) zeszklić cebulę wcześniej pokrojoną w kosteczkę, następnie dodać pokrojonego kurczaka i obsmażyć, potem dodac proszek z przypraw i dokładnie wszystko wymieszać uważając, żeby nie przypalić przypraw, kolejnie dodać mleko kokosowe, wymieszać wszystko dokładnie i gotować około 35 minut. Na koniec do gotowego sosu dodać czegoś kwaśnego np. kilka kropel soku z limonki czy cytryny albo szczyptę zmielonej trawy cytrynowej a najlepiej ocet ryżowy, można na koniec też dodać odrobiny tabasco i sosu rybnego, sosu sojowego, kilka kropel oleju sezamowego dla smaku. Nie zapomnijcie oczywiście osobno ugotować ryżu.
Smacznego :) 

PRZEPIS NA ZUPĘ TAJSKĄ WEDŁUG MAMY
Składniki:
Mała kukurydza w słoiku, chińska mieszanka mrożonych warzyw, grzybki mun (jeśli chcecie by było ich więcej niż w mieszance warzyw), filet lub dwa kurczaka, puszka mleka kokosowego, przyprawy takie same jak w przypadku kurczaka curry.

Umyte filety kurczaka pokroić w kosteczki i zalać w garnku wodą (szklanka lub mniej), gotować go przez około 15 minut, a następnie dodać mieszankę warzyw, kukurydzę, grzybki mun i pół puszki mleka kokosowego. Wszystko gotować przez kolejne 15-20 minut. Na koniec doprawić czubatą  łyżeczką curry, płaską łyżeczką imbiru, płaską łyżeczką czosnku, szczypta kolendry i kurkumy, łyżeczka trawy cytrynowej oraz na koniec już według uznania sos sojowy, sos rybny i tabasco. Wszystko dokładnie wymieszać i gotować pod przykryciem do momentu aż mięso i warzywa będą miękkie.
Mniam smacznego :)

A na koniec muszę się pochwalić swoją wielorybią masą! Mój mały synek rośnie jak na drożdżach a teraz zostały ostatnie i niecałe trzy miesiące.

8/22/2014

10.2 Pojechałam na stopa...

Minęło kolejne pare dni i czas na kolejny nudny post. Chcę zachować systematyczność jako tako, żeby znów nie zapomnieć o blogu na rok, zwłaszcza że teraz mam za dużo wolnego czasu, z którym na prawdę i niestety nie mam co zrobić.
Lubicie czytać o mojej "przygodzie" z alkoholizmem, czy nie, tak i tak powiem Wam, że S. jest od poniedziałku w psychiatryku. Tak się DELIKATNIE upoił w ostatni i przedostatni dzień ciągu, że poniosły go emocje i powiedział lekarzom, żeby zawieźli go do domu wariatów. Już nie pamiętam do końca jak to wyglądało ale w poniedziałkowy wieczór obudziłam go na tabletki. Był niesamowicie zdenerwowany przez pare dni przez wielokrotnie powtarzany temat jego biologicznego ojca i planowania na nim zemsty.
Mianowicie planowaliśmy załatwić w jakikolwiek sposób jego numer telefonu, bo zmienił go po powrocie do Polski, żebyśmy do niego nie dzwonili. Miałam do niego zadzwonić jako przedstawicielka z biura pracy z ofertą pracy na wózkach widłowych, sprawdzić znajomość języka niemieckiego i powiadomić o przyjeździe busa, który miał być opłacony przez firmę i miał go zabrać na miejsce zamieszkania. On byłby tym podekscytowany, że jest praca, że będzie za co chlać, zadzwoniłby do wszystkich znajomych i rodziny powiedzieć, że się udało i wyjeżdża za pare dni. Później planowaliśmy zamówić busa pod jego dom i powiedzieć, że przejazd opłaci pracodawca już na miejscu. I tak każdy byłby po części oszukany i dopiero w środku Niemiec na miejscu docelowym okazałoby się, że nikt nie zapłaci, Wiechu nie miałby żadnego pieniądza ani na powrót ani na noc, nie miałby jak wrócić i nikt by mu nie pomógł. S. będzie wtedy chciał do niego zadzwonić i powiedzieć mu o co tak na prawdę chodzi i że to on to zaplanował. Poczułby się wtedy jak my kiedy wyrzucił nas z domu, pojechał do Polski mówiąc, że we trójkę będzie nam w namiocie cieplej...
S. był tym planem niesamowicie podekscytowany ale niestety nic nie wypaliło, bo przesadził z alkoholem i nie zdobyliśmy numeru. Zadzwoniłam po karetkę po tym jak wkurwiony rzucił słowa "nie dam rady bez tych skurwieli, zadzwoń". W ten sposób przyjechała i karetka i policja, bo włączył mu się agresor z nerwów. Był tak pijany, że powiedział wszystkim, że nie jedzie do szpitala tylko do psychiatryka 50km od domu, bo chce mu się wody i tyle. Pojechałam z nimi, wytłumaczyłam wszystkim co jest z nim grane, jakie leki bierze itd i wróciłam z policją, bo nie mogłam tam zostać na noc. 
Dwa dni pózniej wybrałam się do niego na stopa. Wstalam o 7:30 i o 9 wyszłam na wylotówkę. Nie mogłam nikogo złapać przez godzinę, bo większość samochodów jechała w stronę Monachium ale w końcu zabrała mnie jakaś babcia. Wyrzuciła mnie na początku Landshut, po czym okazało się, że to miasteczko to w cale nie takie miasteczko i około 1,5h zajęło mi znalezienie kliniki i psychiatryka. 
Pewnie zastanawiacie się jak wygląda w środku. Niestety jest zakaz robienia zdjęć, więc następnym razem jak wpadnę w odwiedziny zrobię jakieś fotki z ukrycia chociaż... szpital jak szpital. Oprócz tego, że wszystkie drzwi od poszczególnych budynków są zamknięte na klucz, nikt nie wyjdzie ani nie wejdzie, bo klucze mają tylko osoby z personelu. W oknach, które mogą być otwierane przez pacjentów są kraty, a cała reszta jest zamknięta na klucz. Na parterze pomiędzy szklanymi korytarzami znajdują się malutkie ogródki, w których osoby, z trzeciego oddziału mogą spędzać wolny czas, wychodzić przed szpital itd. Nikt inny oprócz tego oddziału nie ma takiego przywileju, oddział pierwszy jest ściśle kontrolowany, nie ma tam odwiedzin ani nic. Są w zamknięciu, oni czyli osoby z problemami psychicznymi, oddział drugi czyli detoksykacyjny dla osób uzależnionych gdzie jest mój S. Odwiedziny są od 8 do 21 ale w godzinach posiłków niestety trzeba opuścić na 30 min oddział. Na wejściu sprawdzane są torby, ale ja się w to nie bawię i oddaję im plecak do kantorku. Fajne jest to, że mają kuchnię, automat z kawą i gorącą wodą i 10 rodzajów herbaty, nic innego nie piją, mogą jeść co chcą pomiędzy posiłkami, owoce, jogurty, bułki z tym co jest we wspólnej lodówce. Ci, którzy znają niemiecki chodzą na zajęcia z terapeutą i spotkania z lekarzem, mojego się to nie tyczy niestety, bo nic by nie zrozumiał :). No i tak to wygląda. 
Kiedy w czwartek rano go odwiedziłam, spędziliśmy razem pare godzin i po południu wyszłam przejść się po sklepach i znaleźć szybką drogę na wylotówkę do domu. Około 18 zaczęłam łapać stopa. W ciągu 30 minut zatrzymało się 6 osób z czego ostatni samochód to była parka, która powiedziała, że tak, jedzie do Neustadt. O, fajnie, wsiadłam, samochód bez dachu, wszystko ekstra tylko czemu jadą w drugą stronę do centrum? Zatrzymali się po 10 minutach jazdy na deptaku i powiedzieli, że to tutaj. Okazało się, że neustadt to po niemiecku nowe miasto (brawo Klaudia!) czyli w Landshut deptak w centrum. Wyjaśniłam im o co mi chodziło, byli lekko zaskoczeni i zdezorientowani, nie wiedzieli co teraz ze mną zrobić, więc odebraliśmy mamę dziewczyny z samochodu i zawieźliśmy do domu, chcieli sprawdzić mi pociąg albo autobus ale niestety miałam tylko 50 centów w kieszeni, a bilet kosztował 20€. W końcu dogadałam się z tą dziewczyną, że pojedziemy jej samochodem z powrotem do psychiatryka i tam pogadam z S. co mam zrobić w tej sytuacji, bo było już za późno na łapanie stopa. Dała mi swój numer w razie gdybym potrzebowała jakiejś pomocy i poszłam do kliniki z powrotem. Tam posiedziałam z 15 minut, opowiedziałam co zaszło i jeden Polak stamtąd załatwił mi podwózkę do domu z jego dziewczyną i przyjacielem. Udało mi się załatwić u nich nocleg, tak że w sumie dziś od rana mogłam być już u S. Ucieszyłam się okropnie, że tak potoczyły się sprawy. 
Jeszcze nie spotkałam tu w Niemczech tak w porządku rodaków. Dziewczyna tego Polaka z detoksu czyli Agnieszka od Mariusza znalazła ze mną porozumienie, bo przeżywa ze swoim to samo co ja. Pierwsza taka osoba, myślałam, że nikt mnie nie zrozumie a jednak :D. Marcin czyli przyjaciel tej dwójki kupił mi soki w sklepie, zrobił kolację, dał ręcznik, pożyczył 10€, Agnieszka dała mi swoją pościel na łóżko, rano pojechała ze mną do chłopaków i jeszcze po południu załatwiła mi u Marcina podwózkę do domu. Niesamowici ludzie. 
S. bardzo to nie pasuje, narzuca mi, że to jest dziwne, że facet mówi, że może mnie wozić kiedy chcę aż 50km, że może mnie nocować i jeszcze dawać kasę i nic nie chce za to. Oczywiście, że będę musiała mu oddać pieniądze i będę im dłużna przez długi czas za to co dla mnie zrobili. Powiedzieli, że jeśli S. nie ogarnie pracy to pomoże nam, pożyczy kasę czy cokolwiek, bo rozumie sytuację ale nie bedzie miło jak go wykorzystamy i znikniemy. Tylko, że my tak nigdy nie zrobiliśmy i nie zrobimy :). 

No i tak to wyglądało. Jak zwykle coś się dzieje, teraz jestem w domu i mam handrę, jestem sama, boję się, nic nie chcę robić, obmyślam plan jak wrócić do S. i spędzać z nim cały dzień i jak uzmysłowić mu to, że nic złego się nie dzieje... 


8/16/2014

09.2 Kim jesteś i co Ci się stało, kotku?

Zdałam sobie sprawę, albo inaczej. W sobotę zostało mi w końcu wytłumaczone o co w tym wszystkim kurwa chodzi. Czy jest alkoholikiem z krwi i kości? Otóż nie. Alkoholik z krwi i kości CHCE PIĆ. Zaczyna bo chce, zapija kaca bo musi i chce, wpada w błędne koło, bo tego chciał, bo jest alkoholikiem z krwi i kości. Jakim alkoholikiem jest zatem mój Mężczyzna? On jest alkoholikiem fizycznie, jego organizm jest uzależniony. A psychika? To już zupełnie coś innego.

Wytłumaczę to sobie bardziej sobie jeszcze raz, napiszę, rozpiszę, przeanalizuję. On nie chce pić. Jest błyskotliwy, szczery, kochany, opiekuńczy, czasem radosny, ale tylko czasem, niestety też zamknięty w sobie, unikający nerwów, stresu, rozmów na jego osobiste tematy. Dlaczego więc zaczyna skoro nie chce? Bo tylko wtedy otwiera się na uczucia, dopiero wtedy jest w stanie myśleć "trzeźwo" o sprawach, które go męczą. 
To jest człowiek, który nie miał ciężkiego dzieciństwa. Ten okres był tak koszmarny, że można powiedzieć, że tego dzieciństwa wcale nie było. Była tylko i wyłącznie walka. Walka, która sprawiła, że został fizycznie alkoholikiem, co spowodowało, że ludzie, którzy od maleńkości krzywdzili go jak psa teraz uważają go za wariata, kogoś kto jeśli nie pojedzie się leczyć na dwa lata to nikt od niego nie odbierze telefonu. 
Każdego dnia dusi w sobie to co się działo, to co przeżywał, aż w końcu dochodzi do momentu, że nie wytrzymuje i MUSI się napić, żeby się w końcu wypłakać i wyżalić, opowiedzieć, chcieć wyjaśnić, dlaczego, dlaczego oni mu to zrobili, dlaczego namawiali jego matkę, żeby usunęła ciążę, dlaczego potem go zostawiła na prawie 20 lat, dlaczego tata, który tak na prawdę nie jest jego tatą najpierw był, spał przy nim i dbał o niego, dopóki nie poznał swojej obecnej kobiety, która robiła wszystko, żeby się tego dzieciaka pozbyć, rzucała talerzami, zabraniała jeść, dlaczego? Dlatego, że był ze swoją siostrą przygarnięty? Dlaczego jego babcia kradła im meble z domu, dlaczego go biła? Dlaczego musiał w wieku 10 lat walić konia sąsiadowi, wtedy, kiedy jeszcze nie wiedział czym jest popęd seksualny i co tak na prawdę robi, dlaczego jego tata kiedy zanim wstał do pracy musiał się onanizować? Bo wybrał miłość nieswojego syna niż kobiety? Dlaczego potem wróciła jego matka, z jego biologicznym ojcem, szatanem w czystej postaci, skurwielem, grubą świnią, którą też poznałam, wykorzystywał go, kazał kraść i pożyczać pieniądze od obcych, bo inaczej nie będzie wpuszczony do mieszkania, Bo inaczej nie będzie mógł zjeść kromki chleba z masłem. O co tu kurwa chodzi, a to nawet nie jest 10% tego koszmaru. Potem narodziła się ucieczka w alkohol i dragi, lęki przed społeczeństwem, wymiotowanie po jeździe autobusem, zaczęły się wizyty w psychiatrykach, ucieczki, spanie po piwnicach, klatkach, bycie brudnym tygodniami, proszenie o złotówkę na chleb, szukanie alkoholu po śmietnikach.

A ma dopiero 24 lata. Co robi teraz? Śpi. Najebany. Nie zabieram mu alkoholu, nie bronię, nic nie mówię. Boli mnie to, boli cholernie, że piję, ale wiem, że jeśli zabronię alkoholikowi pić, on będzie ciągnąć to dłużej. Dlatego zostawiam go ze swoimi sprawami, chce dzwonić, dzwonić do taty, mamy, zemścić się na biologicznym ojcu, chce numeru do siostry ale nikt nie chce tego numeru mu podać. Ne mogę mu pomóc, mogę jedynie być i słuchać, starać się zrozumieć tylko na swój sposób. Nic więcej. 


8/09/2014

08.2 W kółko to samo

Było fajnie przez dwa dni i znów koszmar wrócił. Kłótnie w sklepie, kasy nie ma, umrzemy z głodu, o nie... Lepsze to niż gdyby znów pił ale mimo wszystko codziennie wspominam to co było na początku. A co jeśli to już nie jest miłość tylko mocne przyzwyczajenie? Co jeśli jesteśmy ze sobą tylko z przywiązania i dlatego, że jestem w ciąży? Nie chcę tak.... Powiedział dziś, że nie jest szczęśliwy, "śpię, jem, idę na internet, śpię, jem, idę na internet, wieczna walka o przetrwanie, nie jestem szczęśliwy". Chciałabym dać mu szczęście, pamiętam jak przed wyjazdem nie potrafiliśmy wytrzymać bez siebie nawet minuty, ciągle smsy, wiadomości w sieci, telefony, czy to noc, czy to dzień, zawsze w kontakcie.
Nie chcę już się użalać, może przyjście Antosia na świat coś zmieni.

A przy okazji, nabyłam dziś dla niego pierwsze śpioszki i śliczny termofor, tadaa!

I znajdzie się miejsce na pare losowych zdjęć.

Doszłam do wniosku, że skoro nie mam mojego pierścionka zaręczynowego to będę nosić sygnecik woodstockowy, który dał mi na początku naszej znajomości. To nie jest to samo ale wolę nosić taki niż koszyczek wielkanocny, który wręczył mi rok temu po tym jak powiedziałam, że w przyszłości przyjmę jego oświadczyny na 80%. 

8/07/2014

07.2 Nie chcę

Okrutnie boję się tego, że zostanę oszukana. Nienawidzę tego miasta po tym co przeżyłam. Nawet idąc po zakupy muszę zobaczyć dziewczynę z personelu, która TEŻ pojawiła się w wynikach wyszukiwań na tym pierdolonym Facebooku. Poważnie? Każdy w tym odegrał jakąś rolę? Każdy przeciwko mnie? To jest pojebane! Od kiedy mój mężczyzna wrzuca swoje zdjęcia na telefon, które mam na aparacie? Czemu kojarzy mi się to tylko z tym, że ponoć wysyłał zdjęcia swojego przyrodzenia jakiejś szmacie w internecie? Znowu moja intuicja się budzi i wcale nie chce przekazać mi niczego dobrego. Dlatego się boję. Wiem, że zrobiłam w życiu dużo błędów, że zraniłam rodzinę, ale myślałam, że już dawno karma się zwróciła! 
Nie chcę być już okłamywana prosto w oczy, nie chcę, nikt nie chce. Nie chcę już bać się każdego wieczora tego, czy nazajutrz znowu wszystko zacznie się od kłótni czy w końcu będzie śmiech, zabawa, żarty, wszystko prosto z głębi serca. Nie chcę już udawać, siedzieć i czekać na te rzadkie chwile. Chcę by były czymś normalnym, jak kiedyś. Jak kiedyś, kiedy nie było ani chwili, żebyśmy nie pisali sobie miłych rzeczy, żebyśmy spędzali czas na oglądaniu filmów razem, a nie osobno, żebyśmy spali pod jedną kołdrą, na jednej poduszce, żebyśmy chodzili na spacery za rękę i całowali się wszędzie gdzie tylko można! Gdzie to wszystko się podziało? Kiedy wróci...
Chciałabym by mój pierścionek zaręczynowy był z powrotem na moim palcu, chciałabym tyle rzeczy, wydawało mi się, że to niewiele, że to normalne. Minął rok od kiedy się tak naprawdę poznaliśmy, przeżyliśmy razem już chyba wszystko co było możliwe, to nie może być przyzwyczajenie, u nas nie ma rutyny, nie wolno jej być!

No co mam zrobić.... Proszę wróć do mnie, bądź zakochany...

8/06/2014

06.2 Combo zdarzeń

Minął miesiąc, w sumie ponad miesiąc od kiedy napisałam ostatniego posta. Jakoś nie mogłam się do tego zabrać. Wciąż jeszcze zalegam z opowiedzeniem Wam (o ile ktokolwiek tu zagląda i czyta moje bardzo intymne i prywatne wypociny) tego co działo się przez ten baaaaardzo długi okres czasu wcześniej. W każdym razie... Ostatni post napisany był na początku lipca czyli po urodzinach S.
W ciągu tego czasu dowiedziałam się o niezbyt ciekawej sprawie, przeżyłam piekło, zgubiłam ważny element mojego obecnego życia no i... Tak.
S. pracował sobie i za wypłatę dostałam od niego wczesny prezent czyli malutki aparat fotograficzny, o którym mówiłam mu parę razy. W sumie to wszystko zaczęło się dziać jakoś w połowie lipca, bo prezent dostałam 14.07. Poniżej macie pare pierwszych fotek jakie nim zrobiłam. Noszę go właściwie wszędzie, ostatnio też nabyłam kartę pamięci 34GB, żeby mieć miejsce w pakięci na każdy dzień :).


Wszystko układało się idealnie, wręcz książkowo. Robiłam listę rzeczy, które muszę nabyć dla dziecka, siedziałam w necie na stronach sklepów z mebelkami, ebayu, czytałam mnóstwo artykułów i czas tak leciał. Marzyliśmy już o tym, żeby przenieść się na swoje mieszkanie, kupić do niego meble i żyć już tylko czekając na małego Antosia. Ale jak zwykle moja kobieca intuicja musiała mnie ponownie zaskoczyć.
Ostatni dzień jaki spędziliśmy radośnie w towarzystwie naszych (byłych już teraz) lokatorów, do tego na wycieczce do sąsiedniego miasteczka to była sobota 19 lipca no i może jeszcze dzień wcześniej, bo wtedy poszliśmy zjeść ogromną porcję gofrów! Tego dnia podjęłam też ważną dla każdej kobiety decyzję o ścięciu włosów a mianowicie moich dreadów. 
Rano poszłam do fryzjera, zebrał się malutki tłumik dzieci przy wejściu żeby zobaczyć dziewczynę, która ścina swoje patyki. W zamian za wytrwałość i odwagę dostałam kapelusik od mojego S., w razie gdybym bała się chodzić z odsłoniętą głową. Ale wszystko poszło idealnie, mówię Wam, że nigdy nie czułam się na głowie tak wygodnie!
Po powrocie do domu dostaliśmy propozycję wspólnego wypadu do Abensbergu, do miasteczka piwnego i na spacer. My oczywiście nie piliśmy ale za to zrobiłam kilka ładnych fotek :). Dowiedziałam się, że kiedy w Niemczech zaczyna się Oktoberfest to właśnie w tym miejscu. 
Zleciały może dwie godziny i znów byliśmy z powrotem, odpoczęliśmy, zrobiliśmy obiad, a wieczorem poszliśmy na spacer i lody. Idealny dzień nieprawdaż? Dla mnie to już jest zbyt mocne przekonanie o tym co stanie się na następny dzień...


Rano obudziło nas pukanie do drzwi. Bodziu... Starszy pan, który towarzyszył i pomagał nam w ostatnich tygodniach pod namiotem. Przebrzydły śmierdzący alkoholik. S. poszedł z nim wyjaśnić pewną sprawę finansową na dół pod dom, a ja korzystając z okazji, że zostawił telefon postanowiłam go sprawdzić. Po tym jak w czerwcu go sobie kupił i minęło trochę czasu zaczął go pilnować jak oka w głowie, pozmieniał wszędzie hasła (pomimo, że zawsze oboje mieliśmy dostęp do swoich kont i niczego nie blokowaliśmy), a jeszcze wcześniej powiedział, że robi to dlatego, że nie chce żebym czytała wiadomości od jego kumpli, które są prywatne i takie tam, żebym się nie denerwowała jak pisze z ziomkami o laskach itd. Podejrzane prawda? No właśnie. 
Pierwsze co zrobiłam to facebook. I poleciała lawina zdarzeń. Przeczytałam rozmowę z jakąś dziewczyną o Woodstocku, o tym, że nie może się doczekać aż zobaczy ją nago, jak będą się ostro pieprzyć w namiocie, że będzie miał pieniądze i odjebią zajebisty melanż, że ona musi przyjechać a jak nie to on odwiedzi ją w Holandii. Załamałam się. Poszłam na dół, nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić, zaczęłam się dusić, dławić, drapać, oszalałam, niestety w takich sytuacjach muszę przyznać, że nie jestem do końca zdrowa psychicznie. Usłyszałam, że S. siedzi na dole, zeszłam do niego i do Bodzia, uderzyłam go w twarz, powiedziałam co wyczytałam i rzuciłam w niego pierścionkiem zaręczynowym, co było ogromnym błędem z mojej strony, ponieważ od tamtego momentu już go nie mam, a był dla mnie najważniejszym malutkim skarbem jaki kiedykolwiek dostałam... Teraz kiedy o tym piszę mam łzy w oczach...
Nie oddałam mu telefonu. Przefiltrowałam pozostałe rozmowy, wszystko kręciło się tylko i wyłącznie wokół Woodstocku. A czemu mnie to z jednej strony tak boli a z drugiej nie? Dlatego, że pare tygodni wcześniej mówił mi, że bierze wolne w pracy na pare dni, bo musi jechać spotkać się z tatą, odebrać od niego moje walizki, podpisać dokumenty i odebrać inne potrzebne do ślubu cywilnego. Wszystko było jedną wielką bujdą. Zadzwoniłam tego dnia do jego ojca, który powiedział, że pierwsze słyszy o jakimś spotkaniu i że wszystko wysyła pocztą. Wspaniale.
Okłamał mnie, będąc trzeźwym, byłam przekonana, że jest prawdomówny, że nie kłamie jak nie pije, że to wszystko jest idealne, że ja i Antoś jesteśmy najważniejsi... Całe to gadanie żebym się nie stresowała, że pojedzie i wróci. A jak bardzo bolało mnie kiedy płakałam mu w rękaw prosząc żeby zdążył wrócić na moje urodziny 3 sierpnia, a on mówił, że się postara.... Postara?! Ma być, to oczywiste! 
W każdym razie tego dnia czyli w niedzielę, kiedy dowiedziałam się o Woodstocku i tej szmacie, on wypił z "ziomkami". Załamał się, że wiem i wpadł w ciąg. Nie ma sensu opowiadać dzień po dniu co się działo, bo jestem osobą współuzależnioną od alkoholika więc jego ciąg jest dla mnie zlaną kupą zdarzeń podczas, których obsesyjnie go kontroluję, szukam, sprawdzam, dzwonię po ludziach a kiedy jest obok to płaczę, biję i szukam winnych. Akurat wtedy był tydzień kiedy nie pracował, bo jego pracodawca był na urlopie i po prostu musiał poczekać na przeniesienie z firmy do firmy. Szkoda bo tydzień pracy w tył. 
Minął poniedziałek, wtorek, środa, czwartek i jakoś w tym czasie poszłam do lekarza poprosić o tabletki podobne do relanium, żeby pomogły mu wyjść z ciągu. Dostałam Diazepam 5mg, za słaby... Sama zjadłam dwie w godzinach załamania, choć w ciąży nie powinnam. Odbyłam też rozmowę z jego ówczesnym najlepszym ziomkiem w tym mieście, który opowiedział mi po pijaku, że mój S. opowiada wszystkim w pracy np. o tym jaką zajebistą dupę widział w mieście i że aż musiał zwalić sobie konia w domu, bo nie mógł wytrzymać, przyznał się, że ma problem z pornolami i że musi je oglądać, dowiedziałam się, że wszyscy w pracy się z niego śmieją, że o tym gada. Ma mnie i musi to robić, pojebane. Co do tej szmaty to podobno kiedy w tamtą pamiętną sobotę dowiedziałam się o niej, on przyszedł do niego i był załamany, że wiem, namawiał, żeby iść się najebać. Poza tym rozmawiałam z nią również osobiście. Sprawdziłam też skype, na którym pisał jej, że nie jest ze mną, że odpierdala mi, że wszystko będzie okej... Ona powiedziała mi, że kiedy spotkają się na Woodstocku, to po nim będą chcieli razem uciec. I co ja mam myśleć kiedy w jednym momencie dowiaduję się od ludzi dookoła, że ja i mój synek jesteśmy gówno warci dla kogoś, kto dla mnie jest wszystkim... Co dalej.
Piątek, sobota. Poszedł do lekarza sam poprosić o coś silniejszego. Dostał Tranxilium 20mg, wydawało mi się, że pomagały ale on gadał o zastrzyku relanium w dupę i że za słabe. Przez cały tydzień leciał na około 15 piwach dziennie. Niedziela zapił leki wódką. Zadzwoniłam po pogotowie, bo wiedziałam, że inaczej nie da rady wyjść sam, zwłaszcza, że juz wtedy przestał jeść, co jest bardzo złym znakiem w ciągu. Po 16 pojechałam karetką do Kelheim 20km od domu, tam załatwiłam z lekarzami to co trzeba było wyjaśnić, jakie leki itd zabrałam jego rzeczy z oddziału intensywnej opieki i ruszyłam na stopa do domu. 
Oczywiście aparat był ze mną.


Na następny dzień rano pojechałam go odwiedzić i wyjaśnić z lekarzami pewne nieporozumienie, ponieważ po parudniowej kuracji chcieli go przewieźć na detoks, a jak nam już był ten temat znany, zabraliby go na nie wiadomo jak długo do psychiatryka i zostałabym sama. Dlatego też trzeba było to załatwić. Siedziałam z nim od rana do wieczora. 
Kolejnego dnia musiałam być w szpitalu o 8, żeby podpisać jakiś dokument, dać mu świeże rzeczy, bo miał być wypisany. Pamiętajcie, że nigdy nie wiadomo ile będziecie stać na stopa jak już stoicie nawet, jeżeli wasz cel jest na prawdę blisko. Wyszłam z domu o 7:30 a 20km dalej byłam około 10... Szkoda gadać. W każdym razie wypisali go, poszliśmy na zakupy, pokłóciliśmy się i co najważniejsze - wyjaśnił mi jako tako całą tą sytuację. Powiedział, że ta szmata, z którą pisał była tylko i wyłącznie tylko po to, żeby nakręcić jego ziomka na Woodstock, żeby miał co poruchać, po za tym miało być śmiesznie, przyznał, że to błąd, że mnie oszukał ale ten ZIOMEK go tak nakręcił, że o niczym innym nie myślał. Nie ważne. 
Postanowiłam, że nie mam zdania na ten temat. Czy to prawda czy nie, nie wierzę w żadne słowo w tym temacie i po prostu w głębi serca liczę, że to nigdy się nie powtórzy. Nadal oczywiście sprawdzam mu telefon, ale jak na razie niczym jeszcze mnie nie zranił oprócz tego, że nadal ogląda pornole jak pojebany pomimo tego, że z brzuchem staram się jak mogę by był zaspokojony i nie oglądał tego gówna... Ale o tym pisać nie będę. 
Co się działo dalej? Wróciliśmy do normalności, S. dostał przesyłkę od taty z lekami na kolejne dwa miesiące, ja się w końcu uspokoiłam. Przeprowadziliśmy się do swojej małej kawalerki na samym dole tego samego budynku. Nie mamy kuchni ale za to mamy trzy łóżka, duże okna przez które można wyjść na trawę, malutki telewizor z niemieckimi kreskówkami i w końcu swoją łazienkę. To były te dobre rzeczy. Do tych złych należało to, że jakiś pojeb zadzwonił do szefa S. i powiedział, że ten mnie bije, co jest tak nieprawdziwe, że aż śmieszne, że pije i bierze takie leki, że nie powinien pracować. Więc szef go zwolnił. I co mamy zrobić kiedy w małym miasteczku jest tylko jedno biuro pracy i tylko dwie fabryki? Postanowiliśmy chodzić codziennie do biura i próbować to jakoś wyjaśnić. 
Dlaczego Polacy to takie buraki za granicą? Wiedzą, że mamy cieżko, że dopiero zaczynamy, że musimy zadbać o to, by synek miał to czego potrzebuje, warunki, wszystko, to nie. Zawsze znajdzie się jakiś debil, który nie ma swojej rodziny więc "zaopiekuje" się czyjąś....

Tak wyglądał pokój przed przemeblowaniem:

A tak już po:

W każdym razie to na tyle w tym skromnym poście. Miałam chyba wenę do tego by coś napisać. Trzymajcie się ciepło, postaram się pisać częściej jak wcześniej ale nie chcę, żeby S. widział, co piszę. Na razie nie pracuje więc czas jako tako spędzamy razem. 



SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://klaudiaurszula.blogspot.com/2014/08/