Znowu tu jestem i znowu patrzę na pusty arkusz, czekam aż jakieś mądre słowa wejdą mi do głowy.
Dziś zastanawiałam się czy aby przypadkiem nie biorę udziału w chorej grze, w której króluje złe zrządzenie losu. Nie wiem czy wiesz o co mi chodzi.
Chodzi mi o to, że cokolwiek nie robię, gdziekolwiek nie jestem, kogokolwiek nie poznaję, cokolwiek nie powiem i gdziekolwiek się nie spojrzę - nic mi nie wychodzi, a jak wychodzi, za szybko się tym cieszę i za chwilę dostaję z powrotem podwójną dawkę kopa w dupę. Dlaczego? Karma? No nie sądzę, żebym zrobiła AŻ TYLE złych rzeczy. A może tylko mi się wydaje, że nie było tego dużo ale było po prostu bardzo, bardzo źle?
Chodzi mi o to, że kiedy nareszcie uwolniłam się od wszechobecnego wówczas syfu, dostałam wolną rękę i duże pole do popisu, kiedy zrozumiałam swoje błędy i wiedziałam jak je naprawić, od tego momentu walczę! Na prawdę robię co w mojej mocy! Uwierz. Ale co chwila coś! Tu czas, tu hajs, tam ktoś, słowo, chwila, rozmowa, spojrzenie, ruch w tę, czy w tę i nagle wszystko leci w dół, z samego szczytu tej wysokiej góry, na którą idę i idę jak Syzyf, za chwile znów to samo. Idę, bo nie mogę przecież się poddać. To nie tak, że czasem nie chcę, po prostu nie mogę. Inaczej gdybym była odpowiedzialna tylko za siebie, ale nie jestem.
Chodzi o to, że wszyscy oczekują ode mnie, że na pstryknięcie palcem wszystko będę miała podane na tacy. Jesteś w Anglii, przecież tu jest praca, przecież ciocia i wujek dostali kontrakt szybko i radzą sobie super, zaraz samochód kupią, zaraz dom wynajmą. Ale ja nie jestem ciocia i wujek. Ja jestem ja i ja jestem sama i ja sama sama muszę sobie ze wszystkim poradzić. Nie, nie będę miała nic na pstryknięcie palcem.
Chodzi o to, że pracuję. Na ile jest pracy, na tyle pracuję. Szukam rozwiązań sama, otwieram jakieś skromne małe działalności, na razie jedną, ale nie pogardzę innymi zajęciami, na których mogę zarobić, posprzątam w czyimś domu, zaopiekuję się czyimś dzieckiem. Oszczędzam, na prawdę aż mi czasem źle, że w domu jest tak zimno ale nie mogę włączyć ogrzewania, bo gazu na obiad nie starczy. Jestem zarejestrowana w większości agencji w okolicy, wysyłam CV, dzwonię i piszę wiadomości, składam aplikacje, pytam i dowiaduję się, będę robić kwalifikacje. To nie jest tak, że siedzę na dupie w domu i wącham kwiatki. Może to tak wygląda ale uwierz, oprócz tego mam jeszcze dom i małego brzdąca na głowie. Do tego dbam o relacje z ludźmi, których poznałam w pracy czy w okolicy. Nie chcę zostać sama, zasypana ogromem obowiązków i zmartwień, chcę czasem zapomnieć na chwilę i odetchnąć, uśmiechnąć się też..
Chodzi o to, że w momencie kiedy pozbyłam się największej przeszkody jaka stała mi na drodze myślę też, by znaleźć kogoś, kto będzie przy mnie o każdej porze dnia i nocy. Kogoś, kto nie tylko powie mi "głowa do góry, będzie dobrze", ale weźmie mnie za rękę i przejdzie przez to bagno ze mną, na kim będę mogła polegać. Nie tylko przyjaciela, bo przyjaciół można mieć więcej niż jednego, a przyjaciel to nie wszystko. Kogoś, kogo będę mogła pokochać, dać trochę swojej miłości i troski, do kogo będę mogła się przytulić w nocy i ogrzać, kiedy będzie zimno. Kogoś, kto wytrze łzy bezradności, pocałuje w czółko i nie zostawi po pierwszej kłótni. Kogoś, kto jest na tyle dojrzały, że zrozumie na co się pisze, podejmie ryzyko ale będzie wiedział ile może dostać w zamian. Kogoś, kto pomoże mi zrozumieć, że jestem warta coś więcej niż tylko zabawić się i zostawić. Zrozumieć, że być samemu w życiu jest ciężko, a po co dodatkowo powiększać tę wielką górę, skoro można mieć kogoś, z kim przejdzie się przez największe trudy.
Chodzi o to, że chciałabym się cieszyć każdym dniem, zwłaszcza, że zbliża się wiosna, będzie coraz cieplej, słońce na niebie, kwiatki i zielona soczysta trawa. Więcej okazji do spędzania czasu na świeżym powietrzu, więcej okazji do spotkań poza domem, więcej endorfin i witaminy D, ale jest znowu ale. Ale nie mam motywacji. Szukam i szukam, jakieś pasji, albo powrotu do hobby, może basen, może rower. Tylko, że natłok tych cholernych myśli, tych rzeczy do załatwienia, tych długów do zapłaty, wszystko tak nie ułożone, kolejny plan poszedł w pizdu i jak tu można czerpać radość z życia? Codziennie rano walczę kilka godzin z grawitacją w łożku, potem układając plan dnia i doprowadzając dom, siebie i wszystko inne do porządku mijają kolejne godziny, robi się późne popołudnie i znowu kolejny dzień stracony, bo nie zaczerpnęłam z niego ani trochę radości. Ciągła wegetacja, od jednej wypłaty do długiej, walka o przetrwanie.
Nie tak chcę żyć. Rozumiesz już o co mi chodzi?
Jeszcze jedno. Chodzi też o to, że kiedy jest na codzień łatwiej, kiedy jest ktoś, kto porwie mnie z tego marazmu, to jestem na prawdę miła, wesoła, optymistyczna i pomimo, że trochę marudzę, to wcale nie jest tak źle. Tak mi się wydaje. Wiesz, jak chcesz to sam się przekonaj ;).
