Przyjechał Wiechu, u którego mieszkaliśmy do połowy maja. Jak to wyglądało mniej więcej? Cóż, kawalerka wielkości maksymalnie 15m2. Jedno łóżko, stół, zlew, jakiś narożnik i szafa. Wszystko brudne od oleju, bo pokoje w tym pensjonacie były zajmowane głównie przez pracowników firmy Gruner, czyli fabryce części samochodowych.
Przyjechał ze swoim kumplem, oboje pili razem z sąsiadem, codziennie, wszyscy alkoholicy, więc tak jak zaczęli, tak skończyć nie mogli. A za co pili, skoro do pracy nie byli w stanie iść? Proste, na nasz koszt. S. w ramach "podzięki" za "gościnę" przynosił im raz na dwa dni, czasem codziennie flaszkę... Okropieństwo. Nie mogłam czuć się swobodnie, ani trochę prywatności, bo zawsze ktoś był w pokoju. Pójść pod prysznic w majtkach i koszulce? W życiu! Musiałam owijać się kołdrą, żeby uniknąć obleśnych spojrzeń starych schlanych dziadów...
Ale nie potrwało to długo. Wiechu stracił pracę, bo pił, kilka tygodni, wyłączyła mu się chęć do jedzenia, więc proste było, że długo tak nie pociągnie. Ostatnie dni słuchaliśmy bez przerwy, że on wraca do Polski, bo nie ma co, nie ma kasy, zaczęły się również problemy z tym pokojem, w którym wszyscy mieszkaliśmy, bo był dłużny właścicielce trochę kasy. Szybko te wygody, na które tak liczyliśmy się skończyły, do tego dość nieprzyjemnie. Nasze ostatnie starcie z Wiechem pełne było wyzwisk, przekleństw, obwiniania i bliskie rękoczynów. Żadna z tych osób później się do nas nie odezwała, nie była ciekawa co z nami, czy sobie poradziliśmy.
Znowu czekał nas namiot ale tym razem mieliśmy towarzysza. Bodzia. Raz przyszedł do Wiecha na wódkę i tak go poznaliśmy. Kolejny alkoholik ale na tym blogu nie raz już o nim wspominałam. Człowiek przesadnie uprzejmy, przeprasza nawet za to, że idzie się wysrać, że je i że w ogóle istnieje... Codziennie papieroski, piwerka, wszystko na spokooooojnie, bez pośpiechu, damy radę. Dużo pisałam o nim w postach 174, 180, więc nie będę się niepotrzebnie powtarzać :).
Razem z opuszczeniem mieszkania tego ELEMENTU (bo Wiecha nie jestem w stanie przydzielić do ludzi, nie dlatego, że jest alkoholikiem, po prostu dla mnie nie jest człowiekiem) natrafiliśmy na kolejnego uzależnionego - Bodzia, 60letni pan, niski, przesadnie miły, irytujący, chory. Z nim spędziliśmy kolejne 2-3 tygodnie podróży w poszukiwaniu stałego miejsca zamieszkania, lekarza i pracy. Zaznaczam, że Seba nadal nie pił, dla odmiany upijał Bodzia. Codziennie kilka piw a wieczorem flaszeczka na dobry sen. Tolerowałam to, czasem było śmiesznie, bo nie powiem, ale Bodziu tracił kontrolę nad ciałem i umysłem po 2, może 3 piwach. Robił dziwne rzeczy rękami, nogami, robił miny. Nadszedł czas kiedy przestałam to
tolerować. Przepraszam bardzo, ale starszy pan, śmierdzący, brudny, ze sztuczną szczęką, która nie wiedziała co to
szczoteczka do zębów i pasta, codziennie brzydko mówiąc najebany. To nie dla mnie, zwłaszcza, że spał z nami w namiocie,
smród nie do zniesienia, raz nawet był tak pijany że obudził się w nocy i bezczelnie WYSIKAŁ SIĘ w środku. Wszystko do śmietnika, ciuchy, jedzenie, kapcie, które ratowały moje stopy w lodowate noce, byłam załamana.. A S.? Nie rozumiem ale nadal go upijał, z czasem Bodziu sam prosił się o "piwko i jakieś papieroski" zanim zaczniemy załatwiać sprawy. Nie
potrafił niczego zrobić bez zapicia kaca...
tolerować. Przepraszam bardzo, ale starszy pan, śmierdzący, brudny, ze sztuczną szczęką, która nie wiedziała co to
szczoteczka do zębów i pasta, codziennie brzydko mówiąc najebany. To nie dla mnie, zwłaszcza, że spał z nami w namiocie,
smród nie do zniesienia, raz nawet był tak pijany że obudził się w nocy i bezczelnie WYSIKAŁ SIĘ w środku. Wszystko do śmietnika, ciuchy, jedzenie, kapcie, które ratowały moje stopy w lodowate noce, byłam załamana.. A S.? Nie rozumiem ale nadal go upijał, z czasem Bodziu sam prosił się o "piwko i jakieś papieroski" zanim zaczniemy załatwiać sprawy. Nie
potrafił niczego zrobić bez zapicia kaca...
W ciągu tych 2-3 tygodni na początku mieszkaliśmy w domu starego Niemca. Bodziu znał go, bo był jego sąsiadem zanim jeszcze go znaliśmy. Nazwaliśmy go Komiks :). Należał do grona takich osób, które mają zakorzenione jakieś przyzwyczajenia, kochają swój dom i są bardzo związani ze swoją przeszłością. Jego dom pełen był gratów, koców, rzeczy, które zrobił sam z szyszek i zdobiazgów znalezionych na dworze, zdjęć rodzinnych i przede wszystkim wiader z deszczówką do podlewania roślin w ogrodzie. Na zewnątrz była masa drewna, narzędzi i materiałów budowlanych, bo z tego co widziałam rozbudowywał jedno skrzydło domu. Miał też króliki i szopę. Pozwolił nam mieszkać u niego przez chyba 4 dni ale chyba głównie ze względu na to, że byłam w ciąży. Przynosił mi codziennie owoce i soki, które musiałam zjadać na jego oczach, wtedy był bardzo zadowolony, pomimo, że jego twarz zawsze była taka sama, nigdy nie wiedzieliśmy w jakim był humorze. Cygaro w buzi i zmarszczone czoło, rzadko kiedy jakikolwiek uśmiech.
Kilka razy odwiedziła go koleżanka - Karin. Starsza pani, która miała na przeciwko jego domu działkę. Umówili się, że zamieszkamy u niej na tak długo na ile będziemy chcieli, dopóki nie znajdziemy pracy i mieszkania. I tak się stało. Razem z
Sebą dostaliśmy mały pokoik, a Bodziu spał w pokoju gościnnym. Nigdy nie pomyślałabym, że spotkamy tak miłych ludzi.
Okazało się, że Karin wyjeżdża na tydzień do swojej chorej ciotki czy coś takiego i zostaliśmy całkiem sami. W tym czasie mięliśmy załatwić wszystko, ale nie udało się. Było pare opcji na pracę, ale bez zagwarantowanego mieszkania, a jak już było mieszkanie, tanie, w którym przez jakiś czas byśmy sobie poradzili we trójkę, a potem poszli na swoje, okazało się, że
kaucja wynosi prawie 3000€!!! Bodziu dostał wsparcie finansowe od Komiksa i Karin w postaci 700€, ale część przepił, a druga część została przeznaczona na transport do sąsiedniej miejscowości. Tak minęła nasza szansa, Bodziu się upił, narobił bałaganu w sąsiedztwie, pojechał na pogotowie, o wszystkim dowiedziała się Karin i delikatnie się nas pozbyła.
Sebą dostaliśmy mały pokoik, a Bodziu spał w pokoju gościnnym. Nigdy nie pomyślałabym, że spotkamy tak miłych ludzi.
Okazało się, że Karin wyjeżdża na tydzień do swojej chorej ciotki czy coś takiego i zostaliśmy całkiem sami. W tym czasie mięliśmy załatwić wszystko, ale nie udało się. Było pare opcji na pracę, ale bez zagwarantowanego mieszkania, a jak już było mieszkanie, tanie, w którym przez jakiś czas byśmy sobie poradzili we trójkę, a potem poszli na swoje, okazało się, że
kaucja wynosi prawie 3000€!!! Bodziu dostał wsparcie finansowe od Komiksa i Karin w postaci 700€, ale część przepił, a druga część została przeznaczona na transport do sąsiedniej miejscowości. Tak minęła nasza szansa, Bodziu się upił, narobił bałaganu w sąsiedztwie, pojechał na pogotowie, o wszystkim dowiedziała się Karin i delikatnie się nas pozbyła.
Wzięliśmy więc namiot, walizki i pojechaliśmy rozbić się w Suhl i dalej szukać pracy. Mieszkaliśmy w dole, w krzakach niedaleko dworca autobusowego, jakoś sobie radziliśmy. Po kilku dniach udało się skontaktować się z biurem w Regensburgu, którzy oferowali im pracę. Musieliśmy w ciągu jednego weekendu przejechać około 300km do Bawarii na stopa, żeby wstawić się na rozmowę. Po rozmowie okazało się, że Bodziu dostał i pracę i mieszkanie i pojechał z ludźmi z biura do Neustadt. A my? Zostaliśmy na lodzie... Dojechaliśmy po kilku godzinach do niego, bo obiecał, że jak damy radę się dostać do Neustadt to pójdziemy do innego biura i on S. pracę załatwi. Szczerze mówiąc przez cały okres opieki nad Bodziem często obmyślaliśmy różne plany jak go zostawić, uciec od niego, tak, żeby się nie zorientował. Po prostu to był dla nas ogromny ciężar, bo bardziej przeszkadzał niż pomagał.
Dojechaliśmy do Neustadt nad Dunajem, spotkaliśmy się z Bodziem. Liczyliśmy na to, że przenocuje nas, pożyczy kilka euro na jedzenie, pozwoli wykąpać, wyprać wszystkie rzeczy. W życiu. Każdy człowiek okazuje się po czasie egoistą. Jest jak czegoś potrzebuje, a jak już ma to się odwraca. Przez kolejne dwa tygodnie mieszkaliśmy w namiocie na polu przy drodze do początku czerwca. Seba codziennie chodził do biura pracy i czekał na informacje. Jako, że nie był sam tylko ze mną nie mógł dostać od biura mieszkania. Ale na nasze szczęście poznaliśmy Remika, który przygarnął nas do siebie i tak mieszkaliśmy u niego prawie do sierpnia.
Resztę tego, co działo się dalej możecie przeczytać od postu 165 :)
To wszystko na dzisiaj. W końcu mogę być na bieżąco.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz