8/22/2014

10.2 Pojechałam na stopa...

Minęło kolejne pare dni i czas na kolejny nudny post. Chcę zachować systematyczność jako tako, żeby znów nie zapomnieć o blogu na rok, zwłaszcza że teraz mam za dużo wolnego czasu, z którym na prawdę i niestety nie mam co zrobić.
Lubicie czytać o mojej "przygodzie" z alkoholizmem, czy nie, tak i tak powiem Wam, że S. jest od poniedziałku w psychiatryku. Tak się DELIKATNIE upoił w ostatni i przedostatni dzień ciągu, że poniosły go emocje i powiedział lekarzom, żeby zawieźli go do domu wariatów. Już nie pamiętam do końca jak to wyglądało ale w poniedziałkowy wieczór obudziłam go na tabletki. Był niesamowicie zdenerwowany przez pare dni przez wielokrotnie powtarzany temat jego biologicznego ojca i planowania na nim zemsty.
Mianowicie planowaliśmy załatwić w jakikolwiek sposób jego numer telefonu, bo zmienił go po powrocie do Polski, żebyśmy do niego nie dzwonili. Miałam do niego zadzwonić jako przedstawicielka z biura pracy z ofertą pracy na wózkach widłowych, sprawdzić znajomość języka niemieckiego i powiadomić o przyjeździe busa, który miał być opłacony przez firmę i miał go zabrać na miejsce zamieszkania. On byłby tym podekscytowany, że jest praca, że będzie za co chlać, zadzwoniłby do wszystkich znajomych i rodziny powiedzieć, że się udało i wyjeżdża za pare dni. Później planowaliśmy zamówić busa pod jego dom i powiedzieć, że przejazd opłaci pracodawca już na miejscu. I tak każdy byłby po części oszukany i dopiero w środku Niemiec na miejscu docelowym okazałoby się, że nikt nie zapłaci, Wiechu nie miałby żadnego pieniądza ani na powrót ani na noc, nie miałby jak wrócić i nikt by mu nie pomógł. S. będzie wtedy chciał do niego zadzwonić i powiedzieć mu o co tak na prawdę chodzi i że to on to zaplanował. Poczułby się wtedy jak my kiedy wyrzucił nas z domu, pojechał do Polski mówiąc, że we trójkę będzie nam w namiocie cieplej...
S. był tym planem niesamowicie podekscytowany ale niestety nic nie wypaliło, bo przesadził z alkoholem i nie zdobyliśmy numeru. Zadzwoniłam po karetkę po tym jak wkurwiony rzucił słowa "nie dam rady bez tych skurwieli, zadzwoń". W ten sposób przyjechała i karetka i policja, bo włączył mu się agresor z nerwów. Był tak pijany, że powiedział wszystkim, że nie jedzie do szpitala tylko do psychiatryka 50km od domu, bo chce mu się wody i tyle. Pojechałam z nimi, wytłumaczyłam wszystkim co jest z nim grane, jakie leki bierze itd i wróciłam z policją, bo nie mogłam tam zostać na noc. 
Dwa dni pózniej wybrałam się do niego na stopa. Wstalam o 7:30 i o 9 wyszłam na wylotówkę. Nie mogłam nikogo złapać przez godzinę, bo większość samochodów jechała w stronę Monachium ale w końcu zabrała mnie jakaś babcia. Wyrzuciła mnie na początku Landshut, po czym okazało się, że to miasteczko to w cale nie takie miasteczko i około 1,5h zajęło mi znalezienie kliniki i psychiatryka. 
Pewnie zastanawiacie się jak wygląda w środku. Niestety jest zakaz robienia zdjęć, więc następnym razem jak wpadnę w odwiedziny zrobię jakieś fotki z ukrycia chociaż... szpital jak szpital. Oprócz tego, że wszystkie drzwi od poszczególnych budynków są zamknięte na klucz, nikt nie wyjdzie ani nie wejdzie, bo klucze mają tylko osoby z personelu. W oknach, które mogą być otwierane przez pacjentów są kraty, a cała reszta jest zamknięta na klucz. Na parterze pomiędzy szklanymi korytarzami znajdują się malutkie ogródki, w których osoby, z trzeciego oddziału mogą spędzać wolny czas, wychodzić przed szpital itd. Nikt inny oprócz tego oddziału nie ma takiego przywileju, oddział pierwszy jest ściśle kontrolowany, nie ma tam odwiedzin ani nic. Są w zamknięciu, oni czyli osoby z problemami psychicznymi, oddział drugi czyli detoksykacyjny dla osób uzależnionych gdzie jest mój S. Odwiedziny są od 8 do 21 ale w godzinach posiłków niestety trzeba opuścić na 30 min oddział. Na wejściu sprawdzane są torby, ale ja się w to nie bawię i oddaję im plecak do kantorku. Fajne jest to, że mają kuchnię, automat z kawą i gorącą wodą i 10 rodzajów herbaty, nic innego nie piją, mogą jeść co chcą pomiędzy posiłkami, owoce, jogurty, bułki z tym co jest we wspólnej lodówce. Ci, którzy znają niemiecki chodzą na zajęcia z terapeutą i spotkania z lekarzem, mojego się to nie tyczy niestety, bo nic by nie zrozumiał :). No i tak to wygląda. 
Kiedy w czwartek rano go odwiedziłam, spędziliśmy razem pare godzin i po południu wyszłam przejść się po sklepach i znaleźć szybką drogę na wylotówkę do domu. Około 18 zaczęłam łapać stopa. W ciągu 30 minut zatrzymało się 6 osób z czego ostatni samochód to była parka, która powiedziała, że tak, jedzie do Neustadt. O, fajnie, wsiadłam, samochód bez dachu, wszystko ekstra tylko czemu jadą w drugą stronę do centrum? Zatrzymali się po 10 minutach jazdy na deptaku i powiedzieli, że to tutaj. Okazało się, że neustadt to po niemiecku nowe miasto (brawo Klaudia!) czyli w Landshut deptak w centrum. Wyjaśniłam im o co mi chodziło, byli lekko zaskoczeni i zdezorientowani, nie wiedzieli co teraz ze mną zrobić, więc odebraliśmy mamę dziewczyny z samochodu i zawieźliśmy do domu, chcieli sprawdzić mi pociąg albo autobus ale niestety miałam tylko 50 centów w kieszeni, a bilet kosztował 20€. W końcu dogadałam się z tą dziewczyną, że pojedziemy jej samochodem z powrotem do psychiatryka i tam pogadam z S. co mam zrobić w tej sytuacji, bo było już za późno na łapanie stopa. Dała mi swój numer w razie gdybym potrzebowała jakiejś pomocy i poszłam do kliniki z powrotem. Tam posiedziałam z 15 minut, opowiedziałam co zaszło i jeden Polak stamtąd załatwił mi podwózkę do domu z jego dziewczyną i przyjacielem. Udało mi się załatwić u nich nocleg, tak że w sumie dziś od rana mogłam być już u S. Ucieszyłam się okropnie, że tak potoczyły się sprawy. 
Jeszcze nie spotkałam tu w Niemczech tak w porządku rodaków. Dziewczyna tego Polaka z detoksu czyli Agnieszka od Mariusza znalazła ze mną porozumienie, bo przeżywa ze swoim to samo co ja. Pierwsza taka osoba, myślałam, że nikt mnie nie zrozumie a jednak :D. Marcin czyli przyjaciel tej dwójki kupił mi soki w sklepie, zrobił kolację, dał ręcznik, pożyczył 10€, Agnieszka dała mi swoją pościel na łóżko, rano pojechała ze mną do chłopaków i jeszcze po południu załatwiła mi u Marcina podwózkę do domu. Niesamowici ludzie. 
S. bardzo to nie pasuje, narzuca mi, że to jest dziwne, że facet mówi, że może mnie wozić kiedy chcę aż 50km, że może mnie nocować i jeszcze dawać kasę i nic nie chce za to. Oczywiście, że będę musiała mu oddać pieniądze i będę im dłużna przez długi czas za to co dla mnie zrobili. Powiedzieli, że jeśli S. nie ogarnie pracy to pomoże nam, pożyczy kasę czy cokolwiek, bo rozumie sytuację ale nie bedzie miło jak go wykorzystamy i znikniemy. Tylko, że my tak nigdy nie zrobiliśmy i nie zrobimy :). 

No i tak to wyglądało. Jak zwykle coś się dzieje, teraz jestem w domu i mam handrę, jestem sama, boję się, nic nie chcę robić, obmyślam plan jak wrócić do S. i spędzać z nim cały dzień i jak uzmysłowić mu to, że nic złego się nie dzieje... 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://klaudiaurszula.blogspot.com/2014/08/102-pojechaam-na-stopa.html