Jest niedzielny wieczór i w sumie od środy nic ciekawego się nie działo oprócz sobotniego wypadu do Ingolstadt 35km od domu Mam w aparacie troszkę nieopublikowanych zdjęć z tych kilku dni, więc postanowiłam napisać posta (drugi raz, może bardziej się postaram, bo na początku nie miałam zbyt dużych chęci na pisanie). Od teraz będę kopiować sobie postęp w pisaniu, żeby znów nie zrobić tego samego błędu.
S. od paru dobrych godzin biega po bloku z góry na dół ściągając jakieś programy, bo naprawia komputer sąsiadowi, więc mam chwilę czasu na pisanie. (Jak wiecie czy jeszcze nie wiecie nie mamy internetu w pokoju - mieszkaniu, tylko niestety trzeba wyjść na korytarz, żeby podłączyć się do sieci z restauracji w budynku albo przejść się dwa piętra wyżej, żeby podłączyć się do sieci z naszego byłego mieszkania.) Nie chcę pisać w jego obecności, bo od razu chce czytać, zwraca mi uwagę, że nie chce być wspominany w notkach co bardzo demotywuje mnie do pisania.
Zatem skoro mam tę szczęśliwą chwilę... W czwartek byliśmy chyba w Kauflandzie albo w piątek, nie wiem bo umknął mi w tym tygodniu jeden dzień. Zorientowałam się dopiero po rozmowie telefonicznej z mamą, że na następny dzień jest sobota a nie piątek. W każdym razie zmierzam do soboty.
W sobotę rano wstaliśmy od razu z zamiarem wypadu gdzieś na stopa. Po śniadaniu poszliśmy na wylotówkę na Ingolstadt, która okazała się dla mojej obecnej formy kropnie daleko, bo prawie 4km. Po drodze minęliśmy rozbijający się cyrk i pola, których tu na Bawarii jest od cholery - pola chmielu, kukurydzy i czasem ziemniaków.
Na miejscu ustaliliśmy, że stoimy 30 minut i jak się nie uda to wracamy do domu. S. jakoś już na początku zanim wyszliśmy z domu odechciało się jechać ale ja stwierdziłam, że skoro z rana rzucił takim pomysłem, ja się przygotowałam psychicznie i w ogóle to nie odpuszczę. S. jak to S. stał z 10 minut i stwierdził, że to nie ma sensu, bo samochody jeżdżą w tym miejscu za szybko. Ale doskonale można się przkonać o tym, że wystarczy zmienić nastawienie żeby wszystko się udało. A zatem powiedziałam mu, że jedziemy i koniec, skoro on nie chce łapać to ja staję i złapię.
Wystarczyło mi 5 minut i trzymały się dwie dziewczyny, fajne, pozytywne, po angielsku mówiły więc wszystko ekstra. Poprosiłam je, żeby wyrzuciły nas gdzieś pod jakimś centrum handlowym ale blisko wylotówki, żeby łatwiej było nam wrócić.Tak też zrobiły. W centrum S. kupił sobie w końcu jakieś tenisówki, a ja plecak, bo mój ukochany w sowy z asos niestety rozpruł się w ostatni wypad do Abensbergu.
Odwiedziliśmy jeszcze kilka innych sklepów, zrobiliśmy na powrót zakupy do lodówki i zaczęliśmy łapać stopa do domu.
Udało nam się złapać jakiegoś drwala, typowego Niemca, który mówił z pełną buzią jakiegoś obwarzanka, zamykał okno w samochodzie podczas palenia skręta, ale na ogół bardzo sympatyczny gość, mieszka w Riedenburgu czy cos takiego ale zawiózł nas tam gdzie chcieliśmy czyli pod netto w Neustadt.
Po powrocie do domu rozpakowaliśmy torby, zrobiliśmy obiad i planowałam przejść się jeszcze do Kauflandu po pare gazet takich jak Glamour czy Joy, bo doszłam do wniosku, że łatwiej będzie mi się uczyć języka niemieckiego tłumacząc sobie artykuły z gazet niż zakuwając podręcznik. Niestety nie doszłam do sklepu, bo wcześniej okazało się, że będziemy mieć gościa na wieczór czyli takiego małego brzdąca sąsiadów. Zdałam sobie sprawę, że nawet będąc w ciąży nadal nie lubię dzieci. Oczywiście mając swoje będzie zupełnie inaczej, to ja będę je karmić, uczyć i wychowywać a nie jak widzę jakiegoś bachora, który ma dwa latka i mam się takim zająć. Nie wiem jaki jest, co lubi, czego nie, co może dotykać, poznawać a czego jeszcze nie. Dlatego też całe dwie i pół godziny to mój S. za nim biegał, ścigał się, wychodzili przez okno, paradowali po korytarz, chowali się i grali na tablecie.













Brak komentarzy:
Prześlij komentarz