Wyobraź sobie to. Poznajesz kogoś dla kogo rzucasz wszystko, to już wiadomo, kto czytał ten wie. Walczysz jak głupi z każdą sytuacją, są wzloty i upadki, dzieją się rzeczy niewyobrażalne.
Kurcze, mijają ponad dwa lata. Twoje życie obraca się do góry nogami. Ze zwykłego życia zwykłego nastolatka czyt. szkoła, dom, rodzina, znajomi, internet, imprezy, używki, kawa, instagram, komputer, całe to pospolite gówno. Pojawia się problem ze znajomymi, problem z rodziną, problem ze szkołą, problem z prawem, problemy w urzędach, ciąża, potem dziecko, potem wyjazdy, ucieczka, niby próbujesz wszystko poukładać, ale nadal walczysz o tę osobę.
Nadal pomimo tego, co się stało, nadal cholera jasna, za plecami rodziny i znajomych walczysz. Już nic nie mówisz, już nie chcesz słuchać "zostaw to i zawalcz o siebie i dziecko'. Dążysz do niby prostego celu, by mieć szczęśliwą rodzinę i dom.
Patrz. Wyjeżdżasz tam, gdzie zawsze marzyłeś by być. Co prawda miałeś tam prowadzić przezajebiste studenckie życie, nadal bawić się i korzystać z życia pełną parą, ale tak też jest okej. Jesteś, masz dom, pracę, pieniądze, ale czegoś tu brakuje.
Miłości. Gdzie jest ta osoba, o którą tak się starałeś? No gdzie? Już mówię.
Przez większość czasu pogrążona była w syfie, ale udało się trafić do odpowiedniego miejsca, dzięki któremu udało się jej stanąć na nogi. Nie wiesz jak długo to potrwa ale masz tę pewność, że idzie w dobrym kierunku.
Gdzieś z tyłu głowy wyobrażasz sobie, że jeszcze trochę czasu poczekasz i pomożesz jej dostać się do Ciebie. Będziecie nareszcie razem, szczęśliwi, taką masz nadzieję. Nadzieja zawsze umiera ostatnia, możesz żyć tą nadzieją, żyć, pić, sycić się nią dzień w dzień, łykać i kurwa dławić. Ale nadal pozostaje nadzieją.
Czasem porozmawiacie na fejsie, łał, ale każda rozmowa jest rozmową, więc nie ma co wybrzydzać. Masz wrażenie, że rozmawiasz z zupełnie inną osobą. Zawsze było "nie zostawiaj mnie, nie będę mieć dla kogo żyć, bądźmy razem już zawsze na zawsze". A teraz? "dajmy sobie czas, wyjadę tu i tam i zobaczymy jak to będzie, może się zakochasz, może też się zakocham, mogę do Was pisać i Was odwiedzać ale bez żadnych związków". I w tym momencie czujesz jak ostry nóż wbija się prosto w twoje serce.
Tyle czasu poświęcasz komuś, w kogo tak mocno wierzysz.. Wszystko poświęcasz. Kurwa no. I zostajesz sam, sam jak palec. Brzydzisz się innymi, nie chcesz nikogo innego, innej miłości, innego dotyku. Tylko tą jedną, swoją.
Co teraz byś zrobił?
SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://klaudiaurszula.blogspot.com/2015/11/14-noz-w-serce.html
https://klaudiaurszula.blogspot.com/2015/11/14-noz-w-serce.html
A może warto byłoby nawzajem się posklejać, być przy sobie aż wszystko trochę się zaróżowi i wtedy wyjechać? może twój luby czuł się samotny w waszym związku? rozumiem, że warto walczyć czasami też o siebie, ale skoro tak długo się starałaś i pewnie on się starał to czy nie warto było zacisnąć zęby i zostać przy nim? macie razem dziecko więc warto walczyć nie dla siebie a dla twojego aniołka o to by wychowywał się w szczęśliwej rodzinie a nie takiej w której tatę widzi od święta.. nie znam cie i nie chce cie surowo oceniać, ale uważam, że trochę samolubnie postąpiłaś, szkoda było twojego czasu skoro teraz dałaś za wygraną. Mam nadzieje, że wszystko ci się ułoży. Głowa do góry :)
OdpowiedzUsuńjak będziesz miał/a kiedyś czas, by przeczytać poprzednie posty to zapraszam, myślę, że wtedy Twoje spojrzenie na ten post się zmieni :) ale dzięki za wyrażenie swojego zdania :)
Usuń