Coś co w sumie siedzi w mojej głowie, zakorzenione od paru miesięcy wstecz, niezrozumiałe. Czy to normalne, że alkoholik na etapie "niepijącym" lubi kupować alkohol w formie prezentu lub podzięki?
Zauważyłam to, kiedy był maj i mieszkaliśmy z biologicznym ojcem S. - Wiechem. Człowiekiem, którego mózg został przeżarty przez tę chorobę, którego myślenie nie jest już ani trochę logiczne.. W każdym razie, wtedy zaczęło się codziennie prezentowanie flaszki wódki, whisky, czy jakiegokolwiek innego mocnego trunku. Po co? Nie wiem, ale tanie to to nie było i mi miło też nie było. Dzień w dzień patrzeć na pijanych starych dziadów, którzy ukradkiem patrzą na mój biust czy pupę. Bez przerwy. I jak tu swobodnie pójść skorzystać z toalety, jak swobodnie przemieszczać się po pokoju? Trochę zboczyłam z tematu. Mieszkaliśmy z nim przez niecały miesiąc, potem po prostu nas wyrzucił i byliśmy skazani na kolejne tygodnie w namiocie (ten kto czytał poprzednie posty wie, co działo się od marca tego roku). Miesiąc, codzienne prezentowanie alkoholu. S. nie pił dobre prawie dwa miesiące. Wtedy to był pierwszy raz tak długi okres podczas naszego związku kiedy to nie pił i nie wpadał w ciągi.
Razem z opuszczeniem mieszkania tego ELEMENTU (bo Wiecha nie jestem w stanie przydzielić do ludzi, nie dlatego, że jest alkoholikiem, po prostu dla mnie nie jest człowiekiem) natrafiliśmy na kolejnego uzależnionego - Bodzia, 60letni pan, niski, przesadnie miły, irytujący, chory. Z nim spędziliśmy kolejne 2-3 tygodnie podróży w poszukiwaniu stałego miejsca zamieszkania, lekarza i pracy. Zaznaczam, że S. nadal nie pił, dla odmiany upijał Bodzia. Codziennie kilka piw a wieczorem flaszeczka na dobry sen. Tolerowałam to, czasem było śmiesznie, bo nie powiem, ale Bodziu tracił kontrolę nad ciałem i umysłem po 2, może 3 piwach. Robił dziwne rzeczy rękami, nogami, robił miny. Nadszedł czas kiedy przestałam to tolerować. Przepraszam bardzo, ale starszy pan, śmierdzący, brudny, ze sztuczną szczęką, która nie wiedziała co to szczoteczka do zębów i pasta, codziennie brzydko mówiąc najebany. To nie dla mnie, zwłaszcza, że spał z nami w namiocie, smród nie do zniesienia, raz nawet był tak pijany że obudził się w nocy i bezczelnie WYSIKAŁ SIĘ w środku. Wszystko do śmietnika, ciuchy, jedzenie, kapcie, które ratowały moje stopy w lodowate noce, byłam załamana.. A S.? Nie rozumiem ale nadal go upijał, z czasem Bodziu sam prosił się o "piwko i jakieś papieroski" zanim zaczniemy załatwiać sprawy. Nie potrafił niczego zrobić bez zapicia kaca...
Nie chcę do tego wracać. Dopiero niedawno się go pozbyliśmy tak na prawdę, bo pomimo, że załatwił w końcu pracę, cały czas przewijał się w miasteczku, dzwonił, przychodził, najebany. S. będąc w ciągu spotykał się z nim.. Ahh za dużo tego, za dużo.
Do teraz zostało coś takiego, że ktokolwiek nie wpadnie, nie pomoże, nie podrzuci samochodem, nie pożyczy dyszki na zakupy, zawsze S. leci po flaszkę, bo wypada. A nie wypada po prostu podziękować? Wczoraj dał whisky sąsiadowi z góry, który rzeczywiście zasługuje na taki drogi alkohol, bo pomógł nam z mieszkaniem aż trzy razy! Pożyczał pieniądze, załatwiał sprawy w urzędzie, zaznajomił z dobrymi ludźmi, na prawdę, jestem mu bardzo wdzięczna, bo w dużej mierze gdyby nie on, to niewiele byśmy teraz posiadali. Ale flaszka dla jakiegoś dziadeczka, który zostawił nam swoje kluczyki do samochodu, bo wybierał się do Polski na weekend? Kolejna flaszka dla jeszcze innego sąsiada, który pożyczył nam laptopa na godzinkę, żebyśmy mogli zgrać pare plików?
A w portfelu się nie przelewa... A dziecko nadal nie ma wózka, wanienki i pieluszek. A mama nadal nie ma staników do karmienia, koszul do szpitala i głupich wkładów poporodowych. A w domu nadal nie ma stołu, przy którym mamy wspólnie z moją mamą i bratem zjeść kolację wigilijną.. A tata nadal nie ma kurtki na zimę i chodzi do pracy w podkoszulku i choruje co tydzień.
No ale halo... Przecież kupić flaszeczkę wypada...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz