“I'm selfish, impatient and a little insecure. I make mistakes, I am out of control and at times hard to handle. But if you can't handle me at my worst, then you sure as hell don't deserve me at my best.”
7/31/2016
23. Jak być głupim jak but?
Kolejny raz popełniłam tak cholernie głupi błąd, że aż głowa mała. Jestem wściekła na siebie i załamana w najwyższej możliwej skali. Od początku lata kombinowałam jak tu w końcu przyjechać do Polski, odpocząć, spędzić trochę czasu z rodziną i znajomymi, rozerwać i oderwać od tej szarej, smutnej Anglii.
Popatrzyłam na bilety i pomyślałam, że październik będzie idealny, bo jeszcze nie jest wtedy za zimno, trochę kasy do tego czasu zarobię, poza tym loty nie były za drogie. Aplikowałam o urlop w pracy, ale po kilku rozmowach z szefem, niestety okazało się, że w kontrakcie jest jasno napisane, że od 1 września do końca listopada wykluczona jest rezerwacja urlopów, ponieważ akurat wtedy jest "busy" czyli zapierdol i każda para rąk jest potrzebna do pracy. Zaproponowali mi lipiec albo sierpień, stwierdziłam, że lipiec nie, bo wszyscy biorą wtedy urlopy, a poza tym to za szybko i nie stać mnie na bilety. Zaklepałam od 8go do 25go sierpnia. Oczywiście przy moim szczęściu musiało wyjść pare niedomówień. Szef nagle stwierdził, że nasze kontrakty są źle napisane i ogólnie rzecz biorąc zakaz rezerwowania urlopów powinien być od połowy sierpnia ale niech już mi będzie.
Od tej chwili dzień w dzień kontrolowałam ceny wylotów z Doncaster do Poznania i powrotów.
Tak czy inaczej musiałam czekać do wypłaty 29go lipca, żeby zapłacić. Trochę się denerwowałam, że tak późno, bo tylko tydzień mniej więcej do wylotu, więc ceny albo będą kosmiczne albo nie będzie już miejsc w samolocie.
Ostatecznie wczoraj dostałam zaskakująco wysoką wypłatę, bo wydawało mi się, że przepracowałam bardzo mało dni, a tu jednak taka niespodzianka. Cała w skowronkach i podekscytowana szybko weszłam na Wizzair i kupiłam za 259£ wylot na 7go i powrót na 29go sierpnia. Czas na odprawę i będzie po wszystkim. Sięgam po portfel a tu co? Nie ma dowodów. Gdzie są dowody?
Jak mogłam być tak głupia, żeby kupować bilety nie sprawdzając czy mam wszystkie dokumenty? Byłam taka podekscytowana tym wszystkim, stanem konta, całkiem tanimi biletami i tą świadomością, że po tylu miesiącach wreszcie odwiedzę moje miasto rodzinne i jeszcze zaczerpnę przyjemności z reszty lata, że wyłączyłam trzeźwe myślenie.
Od razu rzuciłam się do szukania. Przekopałam po kolei: wszystkie koszyki i pudełka, książki kartka po kartce, szafki i szuflady, kieszenie w bluzach, spodniach, kurtkach moich i nie moich, pod i za meblami, w dokumentach, praniu, naczyniach, kablach, pod pralką i pod lodówką, w pościeli i pod łóżkami, nawet wykładzinę podnosiłam tam, gdzie odchodzi od podłogi. Przejrzałam każdy nawet najmniejszy zakamarek mieszkania i to nie raz, czy dwa ale chyba z dwadzieścia. Znalazłam wszystkie moje zgubione tunele, brakujące skarpetki, magnesy na lodówkę, zapalniczki i wiele innych skarbów. Mój dowód znalazł się w kieszeni spodni razem z kartami bankowymi mojego A. Ale Antka dowodu nie ma. Pomyslałam, że jeśli ostatnio tak pięknie nauczył się sprzątać i wyrzucać wszystko do śmietnika, to bardzo prawdopodobne, że tam też wylądował jego dokument.
Mniej więcej po 3 lipca dostałam zwrotną kopertę z dokumentami, które wysłałam aplikując na Working Tax Credt i pamiętam, że wszystko od razu posegregowałam do segregatora, robiąc przy okazji porządek w papierach. I w tym momencie pojawiło się w mojej głowie milion możliwości, co mi się wydaje, a co nie. Wydaje mi się, że Mały chwycił papiery, ale od razu mu je zabrałam, albo chwycił dowód i go gdzieś zapodział. Możliwe, że tak jak resztę schowałam go po prostu do portfela, a najgorsza opcja jest taka, że zawinęłam go w koperty i listy do wyrzucenia. Nie mam pojęcia co się w końcu stało. Zadzwoniłam do recyklingu w Mansfield z nadzieją, że jeśli na prawdę wylądował w śmieciach, to jest szansa, że przy segregacji udałoby się go znaleźć. Niestety policzyłam, że do tej pory minęły cztery tygodnie, więc niebieskie śmietniki były opróżniane dwa razy, a zielone trzy, więc już dawno byłby zniszczony. Poza tym linia leci tak szybko, że nikt nie zwróciłby uwagi na małą plastikową kartę.
Spanikowałam. Sama świadomość anulowania rezerwacji, utraty tylu pieniędzy mnie dobijała, a co dopiero fakt, że utknęłam znowu w kolejnym kraju bez ważnego dokumentu dla dziecka. Wyrobienie dowodu za granicą jest niemożliwe, ponieważ do wydania upoważniona jest jedynie gmina, a do paszportu potrzebna jest obecność obojga rodziców. Zaczęłam czytać fora i artykuły w Internecie.
Wpadłam na plan, że zgłoszę zaginięcie dowodu w konsulacie i od razu dostanę zaświadczenie o jego utracie, które jak myślałam upoważni mnie do przekraczania granicy lądowej, odwołam rezerwację biletów i za te pieniądze, które odzyskam wynajmę busa i przyjadę nawet wcześniej, żeby mieć więcej czasu na wyrobienie dowodu Antka w Polsce. Niestety takie zaświadczenie nie jest dokumentem tożsamości i oficjalnie nie upoważnia do podróżowania. Odpada.
Drugi plan jest taki, że wyślę pocztą formularz o utracie dowodu do konsulatu, a do ojca Antka zdjęcia i inne potrzebne dane do wyrobienia dowodu w Polsce, bo akurat to tego nie jest potrzebna obecność obojga rodziców. Wysłałby mi go po prostu pocztą od razu po wyrobieniu.
Trzeci plan zakłada jutrzejszy telefon do konsulatu na numer zarezerwowany do sytuacji losowych i krytycznych i zrobienie Antkowi zdjęcia do paszportu. Opisałabym sytuację, że dowód został skradziony, co zgłosiłabym na policji otrzymując w zamian jakiś potwierdzający to papier, umówiłabym się na wizytę w tym tygodniu, jeśli będzie to możliwe i od razu na miejscu wyrobiła jednorazowy - 7dniowy paszport, z którym mogłabym polecieć samolotem do Polski. Na miejscu złożyłabym wniosek o 2tygodniowy dowód na powrót, albo na normalny dowód i liczyłabym na to, że do końca pobytu zostanie wyrobiony.
Zawsze, ale to zawsze muszę spieprzyć nawet najprostszą sprawę. Nie wiem czy to wypali, bo jak nie to będę płakać, aż w końcu nie polecę do Polski. Jeśli ktoś z Was, kto to czyta, wie co mogłabym innego wymyślić w tej sytuacji, niech da mi koniecznie znać. Został mi tydzień na rozwiązanie tego problemu i nie, nie znajdę tego dowodu na milion procent, chyba, że zdarzy się cud.
Kończąc tę wyczerpującą i jakże ciekawą opowieść, morał jest taki: nie róbcie takich głupich błędów jak ja, bo nie zawsze się poszczęści, a raczej skończycie z reką w nocniku.
Pozdrawiam ja Klaudia - mistrz rozpierdalania systemu.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://klaudiaurszula.blogspot.com/2016/07/23-jak-byc-gupim-jak-but.html
https://klaudiaurszula.blogspot.com/2016/07/23-jak-byc-gupim-jak-but.html

Nie ma co się załamywać, jasne, że mnóstwo stresu i nerwów ale wydaje mi się, że wszystko dobrze się ułoży, będę trzymać kciuki, pozdrawiam
OdpowiedzUsuń