7/25/2016

22. Niedzielna refleksja o związkach


       

Jako, że wracam tu głównie jak coś niefajnego dzieje się w moim życiu, to tak oto jestem poukładać myśli.
Przez ostatnie X czasu układało się całkiem przyzwoicie. Myślałam i byłam wręcz pewna, że znalazłam kogoś z kim na prawdę mogę dzielić najbliższą przyszłość. Ale moje życie nie mogłoby przecież być moim życiem, gdyby jak zwykle nie działo się w nim multum nieznośnych i niezrozumiałych rzeczy, prawda? 

Trzy ostatnie miesiące, może nawet trochę więcej, mój obecny 'chyba związek' przeszedł ze stanu euforii do stanu 'co to kurwa jest?'. Muszę przyznać szczerze, że nie miałam motylków w brzuchu, zawalania obowiązków na rzecz tej drugiej osoby, czy innych typowych dla zakochania odczuć i zachowań. Byłam po prostu pewna siebie, pewna działań i szczęśliwa. Miałam plan, układałam życie pod kątem posiadania prawdziwej rodziny 2+1, dbałam o dom i każdego lokatora, a synka mogłam wreszcie ze spokojem ducha uczyć słowa 'tata'. Składaliśmy się na dom, życie i rachunki, mieliśmy też na przyjemności, widzieliśmy się niekoniecznie 24/h ale było idealnie. Pozbyłam się nawet mojego bąbęlka, w którym mieszkałam razem ze swoimi złymi wspomnieniami i pytaniami. Był czas dla siebie, czas na tęsknotę, wspólnych znajomych i naszą małą rodzinę. Był. A to tylko ile? Trzy miesiące? 

Teraz odnoszę wrażenie, że mieszkam znowu sama z dzieckiem ale mam przy tym jakiegoś lokatora-chyba chłopaka, którego plan dnia na pewno nie wlicza czasu dla mnie czy Antka. Jest sen, żarcie, gry na telefonie, sen, jaranie, żarcie, piwo, żarcie, sen, a w międzyczasie jeszcze gry na telefonie, ah i LeagueOfLegends w weekendy. 
Wstawałam, sprzątałam mieszkanie, robiłam śniadanie i spędzałam czas wolny sama, sprzątałam, dalej siedziałam sama i sprzątałam, po tym jak narobił wszędzie syf, szłam spać. A w dni robocze? Wstawałam, szłam do pracy, wracałam styrana jak wół, sprzątałam, zjadłam obiad i znów sprzątałam, szłam spać i tak codziennie. 
Pytam, dlaczego jesteś opryskliwy, wredny, po prostu jesteś dla mnie zimnym skurwysynem. Co ja Ci takiego zrobiłam? 'Mówiłem Ci, mężczyźni w naszej rodzinie wystarczy, że są przytulani i mają obiad na stole, a zawsze będą wierni i kochani, a Ty ile razy mi zrobiłaś obiad? Trzy razy, trzy, a ile razy przywitałaś mnie w drzwiach z uśmiechem na twarzy jak wróciłem z pracy? Dwa, tylko dwa razy. Jesteś tylko wtedy, jak czegoś ode mnie potrzebujesz, a jak masz żarcie w lodówce, rachunki zapłacone, to nagle Cię nie ma.' Dotknęły mnie te słowa okrutnie. Na prawdę jestem taka straszna? Wiem, że jestem egoistką ale nie do tego stopnia, by wykorzystywać ludzi, a potem bez słowa mieć ich w głębokim poważaniu. To na pewno nie ja. Nigdy w życiu! Poza tym, czy na prawdę obiad na stole i czekanie w drzwiach są kluczowymi elementami każdego związku? Bez tego się nie da? 

Zastanawiam się, czy to kobiety są tak skomplikowane i wymagają niemożliwego? Podnoszą poprzeczki tak wysoko, że nie da się ich dosięgnąć, a co dopiero przeskoczyć? Czy może faceci oczekują tak absurdalnych rzeczy, że kobiecy umysł po prostu nie jest w stanie zrozumieć sensu w tym wszystkim? Co w rezultacie? Awantury, krzyki, rzucanie talerzami, przekleństwa, trzaskanie drzwiami, a po co to, zapytam? Co to da, co to zmieni? Nie lepiej porozmawiać, dojść do kompromisów, pogodzić się i dokładać wszelkich starań z obu stron, by układało się tak, jak powinno? No ba, ale to nie jest takie hop siup, wiem. Dlatego tu jestem. Naszło mnie na takie niedzielne refleksje.

A co jest najlepsze i najgorsze w tym wszystkim? Że już jest dobrze. Ha! Zawsze tak jest! Najlepsze, że jest dobrze, już można się przytulić i pogadać, a najgorsze jest to, że nic nie zostało rozwiązane i wyjaśnione. Skąd mam wiedzieć, czy jutro znów nie będzie to samo? Jak nie jutro to kiedyś? Jak mam temu zapobiec skoro to, co powiedział wcześniej na pewno nie jest głównym powodem? Nie powtarzam swoich błędów, a zwłaszcza takich błahych. 

Muszę przyznać, że gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy nie polubiliśmy się w ogóle. Ja, bo wydawał mi się zbyt wulgarny, rozbiegany, wredny i w ogóle jakiś taki, nie wiem, nie zrobił na mnie dobrego pierwszego wrażenia. A on, chyba nie lubił mnie dla zasady, żeby odwzajemnić moje podejście. Ale z czasem zaczęliśmy spotykać się we trójkę z naszym wspólnym ziomkiem i przekonałam się do niego. Że jest całkiem w porządku, jest dobry, wesoły, szczęśliwy ze swojego życia: zajebiście płatna praca, którą lubił, hajsu na wszystko starczało, robił co chciał, a co najważniejsze nie udawał i był szczerym, brzydko mówiąc skurwysynem. Coś nie tak? Powiedział od razu prosto w twarz, bez owijania w bawełnę i to spodobało mi się najbardziej. Wiedziałam, że jeśli w końcu będziemy razem, to szczerość z jego strony mam murowaną.

Teraz zadaję sobie pytanie, czy aby na pewno ta stuprocentowa szczerość podczas kłótni jest szczerością, czy raczej złośliwością, żeby wbić mi nóż w serce jak najgłębiej. Jakbym sobie zasłużyła, jakbym zrobiła coś na prawdę złego, przykrego, bolesnego. ALE KURWA! 
Dlaczego niektórzy ludzie jak są wkurwieni muszą się wyżywać na bliskich, na tych, którym zależy najbardziej? Nie chodzi o to, by tłumić w sobie emocje, bo to najgorsze co może być, ale weź człowieku wyjdź na dwór, złam jakiegoś większego patyka albo pobiegaj i emocje opadną. Tyle pytań, a odpowiedzi znaleźć nie mogę. Pogadać z kimś? Wygadać się? I co dostać w zamian? Już mówię, bo znam to na pamięć: "pogadajcie o tym, będzie dobrze, nie martw się" albo "co za typ! Zostaw go, lepiej teraz niż żebyś pózniej miała się męczyć, na początku radziłaś sobie sama, teraz też sobie poradzisz". Wygadać się komuś jest w sumie zdrowe, ale nie liczę już na żadne dobre rady. 
Męczy mnie to wszystko, jak ma być dobrze, to jest ale gdzieś z boku znajdzie się jakieś ale, jakiś zgrzyt, który zapoczątkuje cały łańcuch zdarzeń i to nie zawsze dobrych. Przyczepiła się do mnie karma i obrywam chyba za poprzednie wcielenia, nie wiem. 

A może to nie wina wszystkiego dookoła? Może to ja jestem tym zgrzytem, to ja jestem winna, dlatego trzymają się mnie nieszczęścia, bo je przyciągam do siebie jakoś podświadomie - nieświadomie? Rutyna? Nuda? A co tam, znajdę jakiś problem i się go doczepię, a potem będę płakać nad swoim smutnym życiem. Nie wiem, na prawdę! Leję wodę już w tym wpisie, czas to zakończyć i wrócić następnym razem.

Tak mnie pochłonęły te niedzielne reflekcje, że aż straciłam pierwotny wątek. Tak czy inaczej, apeluję do ludzi w związkach, przyjaciół swoich, cudzych i całej reszty: nie bądźcie dla siebie złośliwi, nie róbcie sobie na wzajem pod górkę. Szanujmy się, kochajmy i w ogóle MAKE LOVE NOT WAR, WOODSTOCK :D.

2 komentarze:

  1. Niestety też jestem z gatunku osób, które jak mają zły humor psują go innym. Najgorsze jest to, że zdaję sobie z tego sprawę ale w momencie kłótni po prostu wybucham. Nie wiem czy jestem odpowiednio kompetentną osobą do udzielania takich rad ale wg mnie powinnaś go za uszy zaciągnąć na rozmowę, wtedy kiedy jest dobrze. Pewnie nie bedzie za bardzo chciał więc wiesz, lekka zachęta w postaci dobrego obiadku czy czegoś podobnego będzie mile widziana. Spytaj się go wtedy na spokojnie o co chodzi i zaproponuj byście oboje bardziej się starali, tak żeby żadna ze stron nie czuła się pokrzywdzona. Bo związek to nic łatwego i trzeba mnóstwo energii i chęci by wszystko było w porządku. Trzymam za Ciebie kciuki, pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba wszyscy jesteśmy po części tacy sami. Ubolewam i się skarżę ale tak jak Ty mój zły nastrój zawsze przyczepi się do innych :).
      Na pewno jak trafi się kolejna kłótnia, a trafi się na 100%, postaram się go przycisnąć do muru jak emocje opadną, chociaż nie ukrywam, że takie zmuszanie jest strasznie męczące.

      Usuń

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://klaudiaurszula.blogspot.com/2016/07/22-niedzielna-refleksja-o-zwiazkach.html